Nigdy cię tu nie było – Taksówkarz

dnia

Obecna Post-Drive’owa dekada ciekawie eksperymentuje z kinem akcji. Mieliśmy Mad Maxa, Kung Fury, czy też całkiem niedawno Good Time. Wszystkie te tytuły, udowodniły nam, że jeszcze wiele można wycisnąć z gatunku kina akcji. Jednak to, co się dzieje w nowym filmie Lynn Ramsey, to jest Proszę Państwa rewolucja na całego.

Nigdy cię tu nie było to historia byłego agenta do zadań specjalnych, mężczyzny pełnego sprzeczności, zagubionego, na krawędzi autodestrukcji. Widział już prawie wszystko, a prześladujące go wspomnienia sprawiają, że chciałby, aby świat o nim zapomniał. Jednak gdy zaginie pewna nastolatka, podejmie się jej odnalezienia. Wkrótce przekona się, że w jego misji nic nie jest tym, czym się wydaje.

FOTO: IMDB

Opisywany tutaj film to kolektywny potwór. Łączy ze sobą między innymi: neonowy blask filmów Refna, odwołania do Taksówkarza, elementy kina gore, ukłony w stronę Lśnienia Kubricka, a wszystko jest poparte klasyczną Freudowską psychoanalizą. Nie bójcie się o ból głowy podczas seansu. Ramsey niczym perfekcyjny chirurg pozszywała wszystkie te elementy i stworzyła istny frankensteinowski film.

Oglądający Nigdy cię tu nie było widz, jednak może poczuć dyskomfort. Film brytyjskiej reżyserki serwuje odbiorcy  na tyle unikalną kombinację obrazów i dźwięków, że można momentami poczuć zawroty głowy. Jest w tym filmie pozorowane niechlujstwo (pisze pozorowane, bo jak wspomniałem wyżej, wszystko jest tu zaplanowane), które wytwarza tutaj niesamowity klimat, wymykający się wszelkim porównaniom.

Bohaterem jednak tego filmu jest Joaquin Phoenix. Zawsze uważałem, że  najlepsze role tego aktora (no może poza „Her”) to te, w których prezentuje swoją szeroko pojmowaną „dzikość”. Nie inaczej jest tutaj.  Phoenix w tym filmie jest brutalny, odpychający, zwierzęcy, dziki, a jednocześnie zagubiony i wrażliwy. Joaquin znakomicie balansuje pomiędzy tymi uczuciami i jednym spojrzeniem potrafi przekazać skomplikowany charakter Joego.

FOTO: IMDB

Nigdy cię tu nie było gra z przyzwyczajeniami widza. Tutaj przemoc sama w sobie jest potraktowana bardzo subtelnie. Natomiast sama siła obrazu uderza w twarz i kopie do nieprzytomności. Nie nastawiajcie się na stosy trupów zapowiedziane w zwiastunie, przygotujcie się natomiast na intrygującą wizualną łamigłówkę.

Kolejnym rozczłonkowanym elementem jest tutaj fabuła. Podobnie jak w powieściach wielkich postmodernistów naszych czasów, jak: Thomas Pynchon, czy William Burroughs elementy klasycznego scenariusza są tutaj pretekstem do pokazania wewnętrznych rozterek postaci granej przez Phoenixa. Więc nie zastanawiajcie się: co i jak, tylko po prostu chłońcie obraz.

Warto również wspomnieć o soundtracku autorstwa Jonny’ego Greenwooda. Jeszcze utwory z Nici widmo, nie zdążyły opuścić mojego odtwarzacza, a już muszą dzielić miejsce, z kompozycjami z Nigdy cię tu nie było. Brytyjczyk po raz kolejny pokazał, że jest obecnie czołowym kompozytorem w branży. Ten soundtrack jednak różni się od jego poprzednich dokonań. Brzmi on po części jak album macierzystego zespołu Greenwooda-Radiohead. Czyli mamy tutaj kombinacje alt rocka, elektroniki i zajadłych smyczków od Pendereckiego. Po raz kolejny Jonny rozbił bank.

Nigdy cię tu nie było ma wszelkie predyspozycje, do tego, aby zostać klasykiem. Dawno nie widziałem obrazu z tak unikalnym, przeszywającym widza klimatem.  Zdecydowany kandydat do miana filmu roku.

Ocena: 8/10

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *