Narodziny gwiazdy – Bulwar Zachodzącego Słońca

To już czwarta w dziejach Hollywood wersja Narodzin gwiazdy. Piąta, jeśli liczyć bliźniaczo podobny, aż do ryzyka procesu sądowego, scenariusz do filmu Georga Cukora z 1932.  Co nowego może nam powiedzieć debiutujący jako reżyser Bradley Cooper, poza przypisaniem sobie powtórnego odkrycia talentu Lady Gagi?

Stawka musi być naprawdę wysoka, jeśli filmem zachwyca się cały świat, w momencie gdy piszę te słowa, nadeszła wiadomość o jego nominacji do Złotego Globu w głównej kategorii, a w dzień po moim festiwalowym seansie, jego autor zdjęć aż z wrażenia pobił ratownika medycznego. Czy warto było szaleć tak?

Always Remember Us This Way

Podobnie jak w przypadku poprzednich Narodzin gwiazdy z Barbrą Streisand i Krisem Kristoffersonem (1976), przedmiotem zainteresowania jest przemysł muzyczny (w przeciwieństwie do pierwowzorów ze Złotej Ery Hollywood, traktujących o jej właśnie światku). Z początku niewielu tu jednak trafnej aktualizacji do „tu i teraz” 2018 roku.

Foto: IMDb

Mamy niechlujnego rockmana Jacksona Maine (Cooper), nadal cieszącego się statusem supergwiazdy, co już samo w sobie jest lekkim anachronizmem. Tak jak w każdej poprzedniej interpretacji, wynajduje dziewczynę znikąd – Ally (Gaga), tutaj rzekomo marnującą swój talent w drag pubie i rozpoczyna jej błyskawiczną karierę jednorazowym wyciągnięciem na scenę. Bo w świecie tego filmu nie istnieją castingi, talent show czy YouTube, a młoda kobieta z niebiednej rodziny sama nie osiągnie nic, chyba że uzależni swoje poczucie wartości od wsparcia wpływowego mężczyzny. Gdzieś w połowie filmu powoli wynurzamy się z tej bajkowej rzeczywistości. Mówi się coś o wyświetleniach, hasztagach, jest występ w SNL. Przez większość czasu jednak, bliżej nam nostalgicznego tripa w rodzaju La La Land niż trzymającego rękę na pulsie obrazu współczesnego showbiznesu, do tego bez grama autoironii Chazelle’a.

Obstając jednak przy tych zarzutach, pierwszy akt filmu pozostaje jego najbardziej udanym. Sceny pierwszego spotkania, pierwszych rozmów, budowania chemii i fundamentów przyszłego związku, są napisane i zagrane fantastycznie. Trudno zapomnieć takie momenty jak przyjemne odwrócenie tropu „intymność przez pielęgniarstwo” – w tym wydaniu to mężczyzna opatruje kobietę, swoim urokliwie nieudolnym okładem z lodu na jej zranioną pięść, w zabawnej i rozczulającej scenie. Już na tym etapie dostajemy wiele znaków, zapowiadających przyszłe problemy pary, ze skłonnością Jacksona do częstego zaglądania do kieliszka na czele.

Foto: IMDb

Shallow

Jeśli myślicie, że sielankowy wstęp prędzej czy później poprowadzi nas do dramatycznie łamiących kulminacji, to macie rację tylko połowicznie. Raczej później niż prędzej. Jak znacie trzony fabularne poprzednich wersji tej historii chociaż powierzchownie, wiecie doskonale jakich scen się spodziewać. Jeśli nie, tym lepiej dla Waszego odbioru. Ja jednak odniosłem wrażenie, że film konsekwentnie boi się za mocno uderzyć. Owszem, są konflikty – poza chorobą alkoholową przebrzmiałego gwiazdora, dochodzą m.in. niedokończone sprawy z mniej utalentowanym starszym bratem („Ukradłeś mi głos!”), a zarazem menedżerem Jacksona w jednej osobie, zmęczonym jego pijackimi ekscesami (Sam Elliott). Jeśli już jesteśmy przy kliszach, to nie zabraknie i demonicznego producenta…

Jednakże budując te dramaty, reżyser obchodzi się z widzem jak z jajkiem, rozładowując wszelkie napięcie w ciągu jednej sceny, tak żebyśmy nie zdążyli się za bardzo przejąć. Jest zawsze miękko, poprawnie, a poważne problemy są wepchnięte pomiędzy stosy ładnych obrazków i lekkostrawnych piosenek. Ci ludzie są krystaliczni, a wszystko złe, co im się przydarza nie jest absolutnie ich winą. Jeśli oczekujemy bardziej krytycznego spojrzenia, jakiejś ciekawej dyskusji na temat powierzchowności współczesnej kultury, ujednolicania wizerunków gwiazd i wiążącej się z tym „utraty duszy” artysty – pułapki, w którą wydaje się wpadać Ally w (satyrycznej?) scenie występu w SNL, dostaniemy tylko bełkot zazdrośnika w amoku.

To w końcu pokazujemy tę mroczniejszą stronę sławy, czy powielamy „disnejowską” wizję rzeczywistości, nie podważając niczego? Przypomnijcie sobie scenę kłótni z wspomnianego wcześniej La La Land. Jakie tam padały mocne słowa! Para młodych, pięknych, utalentowanych ludzi, którzy skrycie liczą, że temu drugiemu się nie powiedzie, a ich ego pozostanie nietknięte? Jaka to była w gruncie rzeczy dojrzała i przykra opowieść! Próżno szukać podobnie bezkompromisowych momentów w filmie Coopera.

Foto: IMDb

Is That Alright?

Więc mamy bardzo płytki, pełen skrótów myślowych scenariusz, brak dramaturgii i postacie napisane na pół gwizdka. Mimo tych wszystkich wad, trudno nie rozumieć zachwytów nad Narodzinami gwiazdy. Bo tak, to jest olśniewający wizualnie obraz. Zdjęcia Matthewa Bydgoszcz-weszła-za-mocno Libatique’a, sprawnie przechodzące między różnymi paletami barw, stylami koncertowego oświetlenia, zbliżeniami „z ręki” a popisowymi steadicamowymi jazdami, rozkładają na łopatki. Fenomenalne wykonania estradowych serenad i power ballad wwiercą się w Wasze serduszka błyskawicznie i zapewne będziecie zapętlać je jeszcze przez co najmniej kilka następnych tygodni, marnując kolejne paczki chusteczek.

I tak, Lady Gaga jest bardzo dobrą aktorką, a Cooper lepszym niż pamiętacie. Kobieta odwala doskonałą robotę jako skromna i wrażliwa, początkująca artystka ze wczesnej fazy opowieści. Potem trochę włącza się jej autopilot, ale to już znowu problem scenariusza, który ani trochę nie jest zainteresowany bohaterką, gdy ta zdobywa autonomię i przestaje być muzą, narzędziem w micie samozadowolonego Pigmaliona. Bo nie oszukujmy się – to dalej bardzo staroświecka historia, faworyzująca „męską” narrację i nierobiąca zbyt wiele, by to przełamać.

Narodzinom gwiazdy daleko do ideału, ale w żadnym stopniu nie jest to seans męczący ani urągający widzowi. Nie oczekujcie na pewno żadnego wyzwania odbiorczego, odkrywczych wniosków, a nawet dojrzałości emocjonalnej, przekraczającej możliwości klasycznej animacji Disneya. To filmowy ekwiwalent radiowego soft songu. Ni ziębi, ni grzeje, ale wpada w ucho, by potem zbrzydnąć od ciągłego powtarzania, aż do czasu gdy usłyszycie go trochę lat później, ciepło wspominając czasy minione.

Ocena: 5/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *