Najgorsze momenty MCU

dnia

Jesteśmy już po Endgame, czas więc na podsumowanie tego uniwersum. Podobnie jak w przypadku Gry o tron, podzielimy nasze podsumowanie na dwie części. Dzisiaj zapraszamy na te gorsze momenty. Tekst przygotowałem z Michałem Nadolle, czyli naszym naczelnym komiksowym ekspertem.

Wszystkie żarty w Thorze i Thor: Mroczny Świat

Thor to najdziwniejsza seria w MCU. Thor: Ragnarok jest jednym z najlepszych filmów w całym uniwersum, podczas gdy poprzednie części były najgorszymi. Mogę wymieniać wiele rzeczy, których nie cierpię w filmach Kennetha Branagha i Alana Taylora, np.: wątek romantyczny między Thorem a Jane Foster, wątek fish out of water lub wszelkie postacie Ziemian. Najbardziej jednak irytuje mnie mocno przestarzały i zrealizowany po linii najmniejszego oporu humor. Oba Thory czerpią z motywów, którymi filmy takie, jak Goście, Goście, Smerfy, Zaczarowana albo Władcy Wszechświata, zdążyły już zanudzić. Każdy żart o tym, jak Thor nie potrafi odnaleźć się w naszym świecie, jest do bólu przewidywalny i monotonny. Jednak to jeszcze nic w porównaniu ze sceną ze Stellanem Skarsgårdem biegającym nago wokół Stonehenge w drugiej części. Marvel przyzwyczaił nas do względnie inteligentnego poczucia humoru, opartego na charakterach postaci czy intertekstualności, tutaj mamy poziom Michaela Baya. (Michał)

Schematyczność origin movies

Wiekszość origin movies w Marvelu to smutne i mało oryginalne wydmuszki. Można zauważyć tutaj schemat, który jest opisany przez sześciolatka, a nie scenarzystę. Zmienia się tylko setting. I tak, np. Spider-Mana możemy poznać w liceum, a Kapitana Amerykę w przeszłości, Ant-Mana natomiast w domu rodzinnym. O dziwo, pod samym względem origin movie pojedynczego bohatera najlepiej wypada Czarna Pantera, bo przez swoją nielinearną fabułę jest chociaż odrobinę ciekawy. Patrząc na te nudne origin movies, naprawdę doceniam rzeczy pokroju Infinity War, w których z takich kartonowych postaci udało się wykrzesać wielowymiarowe emocje. (Tomek)

Pijany Tony Stark

Pierwszy Iron Man zakończył się świetną sceną Tony’ego Starka przyznającego się do swojej drugiej tożsamości. Otwierało to wiele możliwości na pokazanie, jak zarówno świat, jak i bohater będą radzili sobie z takim statusem quo. Koncept Iron Mana 2 na papierze brzmi intrygująco – pokazać Starka jako upadającego moralnie celebrytę. Jednym z wątków pobocznych jest jego problem z wiecznymi imprezami i spożywaniem alkoholu. Niestety zamieniło się to w festiwal prymitywnych żartów i bardzo infantylnie poprowadzonego dramatu, czego najgorszym podsumowaniem jest scena, w której Tony Stark publicznie moczy się we własnej zbroi – nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. (Michał)

Mrówka gra na perkusji

Pierwszy Ant-Man był miłym zaskoczeniem. Udowodnił, że można zrealizować dobry film rozrywkowy z elementami komedii, dramatu rodzinnego i heist movie o zmniejszającym się gościu gadającym z mrówkami. Ant-Man i Osa z kolei okazał się pustym festiwalem średnio udanych gagów, często powtarzających się po kilka razy; filmem bez pomysłu na siebie, bez poczucia stawki, bez wyraźnego kierunku, czego najbardziej bolesnym przykładem jest druga scena po napisach. Niby nic wielkiego, niby tylko dodatek, ale wyjątkowo obraźliwy dla widzów czekających do końca seansu. Widzimy w niej po prostu mrówkę grającą na perkusji – bez kontekstu, bez puenty, na dodatek jest to dokładnie ta sama scena, którą oglądaliśmy w połowie samego filmu. U boku nagiego Skarsgårda najbardziej żałosna i zdesperowana próba wywołania śmiechu u widowni. (Michał)

Wykopanie Edgara Wrighta

No C’mon. Michał już pisał, dlaczego Ant-Man i Osa jest słabym filmem. Ja mam głębszy problem, bo w ogóle nie lubię Ant-Mana (a uwielbiam Paula Rudda). Postać, która najbardziej w świecie kolektywnych instalacji typu Wojna bohaterów w swoich solowych filmach jest beznadziejna. Dlaczego? Bo Marvel nie umie w ryzyko komediowe. A wiecie, kto umie? Edgar Wright, który miał reżyserować Ant-Mana. Niestety stanęło na wkładzie w scenariusz. A szkoda. Tak bardzo zmarnowany potencjał, który źle świadczy o włodarzach z MCU. (Tomek)

Villiany

Patrz, jaki jestem zły! Chcę zniszczyć świat! Arr… Arr! Marvelowi „złole” to postacie pisane na kolanie, których motywacje są często śmieszne. Dopiero Thanos to zmienił. Reszta przeciwników superbohaterów to schematyczne pokraki wymyślone przez złego edgy 13-latka, który naczytał się pseudofilozofii. W tym momencie chciałbym przypomnieć jeden odcinek South Parku, który doskonale podsumuje moją opinię. (Tomek)

To nie naziści, to żołnierze Hydry!

Czyli o tym, jak Marvel boi się pokazywać nazistów. Captain America: Pierwsze Starcie był mieszanką kina nowej przygody z realiami II wojny światowej. Opowiadała o tym, jak Steve Rogers staje się tytułowym bohaterem i rozpoczyna swoją walkę z nazistami… a może raczej żołnierzami Hydry? Hydra była organizacją podlegającą III Rzeczy specjalizującej się w tworzeniu broni opartej na pozaziemskiej technologii. Przez pierwszy akt filmu żołnierze Hydry byli po prostu nazistami, co pozwalało nadać historii Kapitana Ameryki nieco autentyczności, a zagrożenie traktować poważniej. Przynajmniej do momentu, w którym przywódca Hydry, Red Skull, zdradza III Rzeszę, zmienia wizerunek swojej organizacji i wymyśla najbardziej obciachowy salut w historii kinematografii. Od tego momentu jednakowo Captain America: Pierwsze Starcie oraz całe MCU konsekwentnie oddzielały Hydrę od III Rzeszy, zamieniając ją w nudny, kiczowaty syndykat zbrodni. (Michał)

Hawkeye/Czarna wdowa

Czyli dwie najbardziej niepotrzebne postacie z oryginalnego składu. Widać to nawet w Infinity War i Endgame. Hawkeye odfajkował Infinty War, gdzie przecież znalazło się miejsce dla każdego. Natomiast Czarna Wdowa (SPOILER Z ENDGAME) zginęła, chyba tylko po to, aby zgadzała się lista trupów. Obie postacie zostały zmarnowane przez scenarzystów, wikłając ich w kiepskie love story, które przypominało nam brazylijską telenowelę. No cóż, na szczęście raczej ich już nie zobaczymy, i dobrze. (Tomek)

Finał Czarnej Pantery

Czarna Pantera jest z pewnością lepszym filmem niż wymienione tytuły na tej nieszczęsnej liście. Buduje naprawdę ciekawy, oryginalny świat Wakandy, barwnych bohaterów drugoplanowych z antagonistą, Killmongerem, na czele. Przez pewien czas można mu wręcz kibicować, bo jako jedyny dostrzega problem dotykający jego ojczyzny i pobratymców. Niestety, ale Marvel znowu musiał przestraszyć się zbyt odważnych pomysłów i wrócić do schematu, zamieniając w trzecim akcie postać Michaela B. Jordana w typowego, szalonego złoczyńcę mordującego wszystkich na prawo i lewo. Jakby tego było mało, otrzymujemy kolejną nudną „nawalankę” między bohaterem a swoim lustrzanym odbiciem oraz scenę batalistyczną między ich wojskami. Wszystko to zrealizowane za pomocą kiepskiego montażu, nudnej choreografii oraz fatalnego CGI żywcem wziętego z produkcji pokroju Dardevila z Benem Affleckiem lub Kobiety Kot z Halle Berry. Pytanie tylko, na co poszły te 200 mln dolarów!? (Michał)

Marnowanie świetnych aktorów

Anthony Hopkins, Jeff Bridges, Sam Rockwell, Idris Elba, Natalie Portman, Stellan Skasgard…. Lista się ciągnie i ciągnie. Nie mówię, że MCU nie wykorzystuje potencjału gwiazd, bo patrząc na przykłady Chrisa Pratta, Roberta Downeya Jr. czy Toma Hollanda, to uświadamiamy sobie, że to nieprawda. Gorzej MCU radzi sobie z aktorami charakterystycznymi, którzy często nie dostają nic do grania. Taki Sam Rockwell, który zagra wszystko, w Iron Manie 2 jest śmieszkiem. Anthony Hopkins jest mentorem. Jeff Bridges jest ZŁY. C’mon, scenarzyści, napiszcie tym ludziom coś wartego ich talentu. (Tomek)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *