Mudbound – Mississippi w błocie

Przychodzi taki czas w roku, kiedy zewsząd napływają do nas produkcje, wydające się tzw. „oscarowymi pewniakami”. Bo jak Akademia może być obojętna wobec docenionych przez krytyków, poprawnie zrealizowanych filmów na tematy uchodzące za społecznie czy historycznie istotne? Odstawiając cynizm na bok – dzieło Dee Rees może zainteresować choćby faktem, że jest kolejną produkcją prężnie rozwijającej się platformy Netflix, usiłującą wznieść się walorami produkcyjnymi na poziom kinowych hitów. Czy Mudbound może się udać to, co nie udało się Beasts of No Nation i dołączy do wyścigu po nagrody? Ponadto, czy jest to film dobry, wyróżniający się na tle podobnych mu oscar bait’ów?

Jest sprawa

Mississippi, lata czterdzieste dwudziestego wieku. Na horyzoncie widmo wielkiej wojny ukrócającej jankeski izolacjonizm, a na własnym podwórku króluje utrzymywany społeczny status quo segregacji rasowej i przyzwolenia na linczowanie nieposłusznych delikwentów. W tym krajobrazie splatają się losy dwóch rodzin. Primo, świeżo upieczeni, biali właściciele ziemscy – szorstki Henry (Jason Clarke), wraz z przywykłą do miejskiego życia żoną Laurą (Carey Mulligan), bratem-uwodzicielem Jamiem (Garrett Hedlund) oraz rasistowską konserwą, którą nazywają ojcem (Jonathan Banks). Tą samą ziemię użytkuje afro-amerykański klan złożony z religijnego ojca rodziny Hapa (Rob Morgan), jego troskliwej żony Florence (Mary J. Blige) oraz kilku dzieci, w tym najstarszego Ronsela (Jason Mitchell).

Foto: IMDb

Jakie dramaty dotykają tych ludzi w naszej greckiej tragedii? Czego tu właściwie nie ma! Jak nie Ku-Klux Klan, wojna czy nieurodzaj, to stres pourazowy, alkoholizm, cudzołóstwo, przypadkowe dzieci, niebezpieczne związki i słabej jakości seks. Zagęszczenie problemów na minutę czasu trwania jest naprawdę duże. Film skacze od wątku do wątku, od tematu do tematu, bardzo często nie doprowadzając do satysfakcjonujących konkluzji, urywając potencjalnie interesujące kwestie, by zostawić miejsce innym. Tak naprawdę kluczowa dla centralnego konfliktu relacja weteranów wojennych, przytaczana w każdym skrócie fabuły, pojawia się dopiero w drugiej godzinie filmu. Czy taka niekonwencjonalna dla kinowej narracji struktura może się sprawdzić?

Powieść polifoniczna

Mudbound jest adaptacją współczesnej powieści, z tego co mi wiadomo bardzo wierną. Być może problem tkwi właśnie w tym, że jest aż zbyt zbliżony do literackiej techniki opowiadania. Wydaje się dosłownie kalkować książkę rozdział po rozdziale, zgodnie z kolejnymi zmianami perspektywy narratora, tak by nadać każdemu bohaterowi równą ilość czasu, rezygnując z kreowania własnej dynamiki opowieści. Robi to za pomocą swojego sztandarowego  narzędzia – monologu z offu.

Foto: IMDb

Narracja zza kadru, choć nieco prymitywna, nie jest sama w sobie zła, jeśli zostaje wpleciona umiejętnie, dopełnia historię. Tutaj popełniono pewne nadużycie. Bardzo często wypowiadane myśli bohaterów zastępują wszelkie inne sposoby charakteryzowania ich. Zamiast uczyć nas o postaciach przez pokazywanie ich w działaniu, interakcje z innymi, film targa nas przez kolejne voice-overy, na skróty tłumaczące nam postawy najważniejszych graczy. Przez pierwszą połowę filmu nie mamy nawet czasu przywiązać się do którejkolwiek z postaci, bo zaraz przeskakujemy z farmy w delcie Misssissippi do ognia działań wojennych. Nie wiemy na kim się skupić i czy w ogóle warto się przejmować, bo wiemy z grubsza jak to się skończy (akcja zaczyna się in medias res). Na szczęście w dalszej części dramaturgia nabiera rumieńców i  zaczyna funkcjonować bardziej samodzielnie, skondensowana i przyczynowo-skutkowa, innymi słowy – filmowa.

Kolor purpury

Trzeba przyznać, że nawet kiedy ta poszatkowana narracja daje się we znaki, to i tak dzieło Dee Rees ogląda się bardzo dobrze. Urzekają przede wszystkim fenomenalne zdjęcia Rachel Morrison. Wysoko-kontrastowe obrazy ze światłem do złudzenia przypominającym naturalne, z wnętrzami wydawałoby się, iluminowanymi wyłącznie lampami naftowymi. Jedną z inspiracji dla surowego stylu wizualnego miała być twórczość Dorothea Lang z czasów Wielkiego Kryzysu. Wraz z dużą dbałością o epokowe szczegóły, kreuje to obraz nieustępujący w niczym kinowym produkcjom kostiumowym. Znaczącym wyjątkiem są jedynie sceny batalistyczne, których biedę maskuje się dość mało skutecznie kręceniem na dużych zbliżeniach, mającym ewokować poczucie chaosu i dezorientacji. Nie można za wiele oczekiwać w tej kwestii od filmu za 10 milionów, ale te sekwencje są zupełnie zbędne i zaniżają poziom produkcji.

Foto: IMDb

Warsztat reżyserski jak najbardziej imponuje, szczególnie jeśli chodzi o prowadzenie obsady. Świetne występy aktorskie są jedną z największych zalet filmu, szczególnie role kobiece. Wyróżnia się stonowana Blige (nominacja do Złotego Globa), bardzo dobra jak zawsze Carey Mulligan, ale nawet na poziomie epizodów są tu małe perełki  – Lucy Faust ma jedną z najefektowniejszych dramatycznie scen w filmie. Dużo iskry wprowadza także znany i uwielbiany ostatnio z fenomenalnych występów serialowych Banks, który nawet tak jednowymiarową postać potrafi uwiarygodnić.

Mudbound jest więc filmem z warsztatem więcej niż poprawnym, mogącym służyć w roli narzędzia uświadamiania nieprzyjemnych prawd o historii amerykańskiego południa oraz niepozbawionym naprawdę mocnych scen. Jednak jako całokształt, przez swoją nieco dystansującą narrację i brak wydźwięku dla wszystkich wątków, raczej nie zostaje długo w pamięci. To po prostu kolejny dobry krok w rozwoju raczkującego, nowego sposobu myślenia o doświadczeniu filmowym, jakim jest Netflix.

Ocena: 6,5/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *