Ach, ci artyści – o molestowaniu raz jeszcze

Nikt chyba nie spodziewał się, że druga połowa roku 2017 upłynie pod znakiem tak zmasowanej fali oskarżeń o molestowanie seksualne. Nawet ci, którzy po relacjach kilkudziesięciu kobiet skrzywdzonych przez Harveya Weinsteina bagatelizowali wypłynięcie problemu wypowiedziami w rodzaju „Hollywoodzkie tuzy obłapiają kogo chcą i nikt z tym nic nie robi – powiedzcie mi coś, czego nie wiem” albo zarzutami o rzekome rozdmuchiwanie oskarżeń w celu zdobycia rozgłosu, nie mogą pozostać obojętni. W sprawę są teraz zaangażowane naprawdę pierwszoligowe nazwiska i w końcu wyciągane są faktyczne konsekwencje. Co nam to wszystko mówi o przemyśle rozrywkowym, współczesnym społeczeństwie, ale także relacji między sztuką a moralnością?

Przypadek jakich wiele

Warto najpierw rozpatrzyć sprawę na konkretnych przykładach. A idealny na początek będzie kazus zdobywcy dwóch Oscarów i flagowej twarzy Netlifxa – Kevina Spacey. Po zeznaniu aktora Anthony’ego Rappa, który po latach zdecydował się wyjawić, że ów kolega po fachu wyjątkowo nachalnie zalecał się do niego na imprezie (m.in. kładąc się na czternastoletnim wówczas Tonym), gwiazda House of Cards odpowiedziała w ten sposób na swoim Instagramie:

Wolne tłumaczenie: Byłem pijany i w sumie brzmi jak ja, ale to było dawno. Sory. Tak w ogóle to jestem biseksualny i te wszystkie dziwne historie o mnie to przez to, że się nigdy nie przyznałem. I wolę chłopców.

Co jak co, ale nieźle to rozegrał. Nie przyznaje się do niczego, asekuruje się połowicznymi przeprosinami i wykorzystuje sytuację do własnego coming outu, prezentując się jako niezrozumianego outsidera, który odnalazł siebie po latach wiktymizacji. Trzeba mieć ego. Może nawet by udało mu się z taką gadką wyjść ze wszystkiego z twarzą, ale potem okazało się przecież, że daleko temu incydentowi do jednostkowego.

Nikt nie zostaje oprawcą bez powodu. Jeśli poczytacie trochę o życiu Kevina, dowiecie się, że jego dzieciństwo było dość traumatyczne i na jego skrzywione podejście do seksualności można znaleźć wiele źródeł. Nic jednak nie usprawiedliwia wyrządzonych krzywd, a w większym stopniu przerażającego deficytu empatii i kompletnego niezrozumienia szkodliwości tych powtarzających się ekscesów. I to nie dotyczy tylko aktora, ale także osób broniących go. Ilość podobnych komentarzy w mediach społecznościowych przytłacza: „Czternastoletni chłop to nie dziecko”, „Był pijany i do niczego nie doszło” czy wiekopomne „Siedział cicho 30 lat i mu się nagle przypomniało?”.

How soon is now?

„Dlaczego teraz?”, pytają. A kiedy? W każdy inny czas, gdy podobne oskarżenia przeszłyby bez echa? Kiedy trzeba byłoby jak zawsze, latami forsować się z nieefektywnymi procedurami sądowymi, wydając ogromne pieniądze w walce z nietykalnym oponentem? Może rok temu, kiedy oskarżony Casey Affleck ukrócił sprawę ugodowo, kryjąc się za dolarami i dobrym PR-em, nie dopuszczając zbyt dużego rozgłosu i nie przeszkadzając sobie w odbieraniu Oscara, umacniającego jego status w Fabryce Snów? Pomińmy gradację tego, na ile zachowanie Afflecka na planie I’m still here jest porównywalne z ostatnimi rewelacjami, to po prostu przykład tego, jak bardzo władza i wpływy gwiazdy są w stanie stłumić głosy ofiar.

Foto: Breitbart

Takie sprawy wypływają teraz, bo nigdy nie było lepszego momentu. Nigdy nie było dla tych ludzi szans na zebranie się na odwagę i stawienie czoła opresyjnemu systemowi. Szczególnie, gdy w szeregu stoją z nimi ludzie, którym nie można zarzucić szukania sensacji, podbicia kariery czy zwracania na siebie uwagi – głos podniosły przecież chociażby Kate Beckinsale, Angelina Jolie czy Lupita Nyong’o. Bo ofiary boją się nie tylko konfrontowania z traumami przeszłości, ale także osądów ze strony opinii publicznej.

Idiotyczne jest porównywanie całej tej sprawy do polowania na czarownice, paranoi niszczącej życia i kariery niewinnych artystów. Że niby te setki ludzi wymyślają historie o byciu krzywdzonym, bo chcą popatrzeć jak znani i lubiani cierpią? Jeśli kogoś martwi ta nagonka – spokojnie, do tłumów maszerujących z pochodniami na Bulwar Zachodzącego Słońca jeszcze nam daleko, na razie kończy się wysyłaniem na terapię, podczas których delikwenci siedzą z telefonem w ręku i zasypiają, by wyjść po tygodniu. Czasami dojdzie odcinanie się twórców od wizerunku aktora czy producenta, co ma raczej charakter zabezpieczający PR niż rzeczywiste konsekwencje dla oskarżonej osoby.

Odpowiedzialność moralna

Te wszystkie kontrowersje mogą stać się boleśniejsze dla nas, zwykłych odbiorców kultury, gdy dotyczą osób do tej pory przez nasz szanowanych. Wiedziałem, że Lars von Trier może być lekko autystycznym ekscentrykiem, ale niekoniecznie spodziewałem się po nim zboczeńca. Louis C.K. to guru życiowego nieudacznictwa, ale czy przy tym musiał się *dosłownie* obnażać publicznie? A Kevin Spacey to tak dobry aktor…

Moment zrozumienia Hitlera; Foto: Haaretz

Kocham serial Mad Men. To nie miejsce na dyskusję o jego wartości artystycznej, o tym czy jest czymś więcej niż przeintelektualizowaną telenowelą z dobrym marketingiem, to nieistotne. Wiem jedno – dzieło Matthew Weinera silnie na mnie wpłynęło i na pewno w jakiś sposób kształtowało. Uwrażliwiło mnie na wiele zjawisk związanych właśnie z molestowaniem seksualnym czy pozycją kobiet w społeczeństwie. Teraz dowiaduję się, że mózgiem całego projektu mogła być osoba zachowująca się równie nieprzyzwoicie wobec współpracowniczki jak bohaterowie serialu, prawdopodobnie szkodząc jej karierze po tym, jak nie wykazała zainteresowania showrunnerem. Na czele silnie feministycznego tąpniecia współczesnej kultury telewizyjnej stał człowiek, który reprezentuje ten sam, krytykowany przez niego, opresyjny, patriarchalny system.

Więc to otwiera kolejny problem – czy będę w stanie kiedykolwiek spojrzeć na Mad Men tak jak wcześniej? Albo inaczej, czy mam teraz moralny obowiązek odcinać się w jakiś sposób od wszystkiego, co Weiner stworzył i jeszcze stworzy, wiedząc że treść może być naznaczona czyimś bólem? Rozszerzając tę kwestię – czy powinniśmy zacząć deprecjonować dotychczasową twórczość artystyczną Larsa Von Triera, niezależnie od tego, co wcześniej o niej myśleliśmy? Czy Kevin Spacey nie był świetny w American Beauty? A jeśli któryś z nich działałby dalej, czy naszą powinnością byłoby bojkotowanie wszystkiego, co robią i nieokazywanie im żadnej uwagi?

To absolutnie nie nowy problem, rozgraniczenie pomiędzy artystą a jego sztuką od zawsze było kłopotliwe. I choć z perspektywy badawczej raczej nie zaprzecza się istotności interpretacji dzieła poprzez życie prywatne jego autora, to jednak w przypadku mierzenia wartości artystycznej, preferuje się radykalne rozdzielenie dwóch sfer. Shakespeare to przecież geniusz, a jego dramaty do dziś przekazują nam uniwersalne prawdy o ludzkiej naturze, mimo że zawierają treści antysemickie, seksistowskie czy rasistowskie. Ryszard Wagner był ultra-nacjonalistycznym antysemitą, a jego dramaty muzyczne, poza byciem inspiracją dla niezliczonej ilości artystów teatru, muzyki, literatury, komiksu, animacji czy kina, nieocenienie wpłynęły na wrażliwość i światopogląd młodego Adolfa Hitlera.

Foto: NY Daily News

Ale to przecież ludzie swoich czasów, nie można oceniać ich przez pryzmat tu i teraz, nie można uciec od swojej perspektywy, bo to jak baron Münchhausen wyciągający się z bagna za włosy.. czy coś. Dobrze, ale Roman Polański? Nasz wybitny, obdarzony najwyższym uznaniem tylu liczących się filmoznawców twórca. Wszyscy wiedzą od dawna, co ma za uszami, ale ten dalej kręcił filmy i utrzymywał przychylność krytyków. Nikt nie miał problemów z oddzieleniem wielkich zasług dla kina od molestowania trzynastolatki. Co się zmieniło od tego czasu, czy społeczeństwo nagle stało się wrażliwsze przez zaledwie kilka lat?

Czy każde nasze oświadczenie pt. „Dziecko Rosemary to genialny horror” musi poprzedzać „Wiem jaki z Romana Polańskiego potwór, ale…”? Czy powinniśmy czuć się źle z tym, że śmieszą nas komedie Allena i utożsamiamy się z jego bohaterami, wiedząc jakim okazał się człowiekiem? Czy finansowe wspieranie, albo i nawet samo poświęcanie czasu na oglądanie filmów stworzonych przez ludzi dopuszczających się przemocy seksualnej jest milczącym przyzwoleniem na ich system?

Nie ma poprawnej odpowiedzi na żadne z tych pytań. Myślę, że najważniejsze w tym wszystkim jest uświadamianie i bycie uświadomionym, a także wzmożona wrażliwość. Gdy obcujemy z dziełem kultury, musimy wiedzieć skąd do nas przyszło, że nie istnieje w próżni i znajomość wszelkich kontekstów jego powstania zagwarantuje nam pełniejszą i sumienniejszą interpretację. By nasz odbiór nie był bierny i zaślepiony, niezależnie jak bardzo damy się omamić. Możemy przecież zachwycać się walorami estetycznymi utworu, jednocześnie odcinając się od jego moralnych implikacji.

I tak samo wszyscy powinniśmy edukować się w sprawie molestowania seksualnego oraz psychologicznego wpływu, jakie ma na osobach go doświadczających. Zamiast stawiać sądy i „doradzać” ofiarom, jak powinny się czuć, lepiej posłuchać. Nie dyskredytować, nie obwiniać, nie posądzać o przesadę, ale reagować. Jeśli coś jest nam obce – próbować zrozumieć, nie podważać z góry. Powinno być oczywiste, najwidoczniej nie jest.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *