Mój piękny syn – Requiem dla snu

dnia

Filmy o narkotykach wśród młodzieży to grząski grunt dla filmowców. Trudno nie popaść w łzawy moralitet, łatwo też jest przeszarżować i pokazać zbyt mocno degenerację młodych ludzi. Wypadałoby też nie oceniać swoich bohaterów. Mój piękny syn (piękne tłumaczenie, naprawdę) jest dziwnym filmem. Intencje jego są szlachetne i widać, że film nie był robiony na łatwą kasę. Niestety, wyszło coś zupełnie innego.

Mój piękny syn opowiada historię rodziny, która musi zmierzyć się z uzależnieniem dorastającego chłopaka. To opowieść o nastolatku, który poszukuje swojej drogi, o marzeniach, które prowadzą go na skraj przepaści, a także o miłości rodziców, którzy nie potrafią wypuścić swego dziecka z objęć. To pierwszy tak szczery, prawdziwy i poruszający film o rodzinie, bezwarunkowej miłości, dumie, rozczarowaniach i nadziei.

FOTO: IMDb

Film Feliksa Von Groeningena kusi nas nietypową obsadą. Z jednej strony mamy Steve‘a Carella, który już udowodnił, że umie grać zarówno w komedii, jak i dramatach (fun fact: w rolę byłej żony Davida Sheffa wciela się Amy Ryana, czyli Holly z The Office). Z drugiej strony mamy Jamesa Deana naszego pokolenia, czyli Timothéego Chalameta, który próbuje w tym filmie udowodnić, że nie jest gwiazdą jednego sezonu. To właśnie powyższy duet aktorski niesie ten film. Jest to też jeden z jego nielicznych plusów.

Zacznijmy od tego, co chyba wszyscy chcą wiedzieć. Tak, rola Timothéego w tym filmie jest bardzo dobra. Młodzieniec po raz kolejny udowodnił swój talent i stworzył przekonującą postać. Dużym plusem  jest to, że Chalamet nigdy nie szarżuje i nie popada w aktorski ekspresywny bełkot. Mimo iż jego postać jest ograniczona przez reżysera i scenariusz, to Timothée świetnie gra takimi kartami, jakie ma do dyspozycji i wyciska maksimum potencjału z filmu.

Steve Carell wypada równie dobrze. Jego kreacja jest bardziej wyciszona. Przypomina jego rolę w Foxcatcherze Bennetta Millera. Tylko tym razem Steve nie gra psychopaty. Jego postać jest z jednej strony niczym dawny hollywoodzki heros o nieskazitelnych zamiarach rodem z filmów Franka Capry. Z drugiej strony targają nim jednak poważne wątpliwości. Carell znakomicie oddał na ekranie to emocjonalne rozdarcie. Niektórzy zarzucają mu snucie się po ekranie, ale taka właśnie jest postać ojca w tym filmie. Wycofana.

FOTO: IMDb

Powyższa dwójka znakomicie odnajduje się na ekranie. Carell i Chalamet grają tak, jakby się znali od lat. Steve już udowodnił nie raz, że jest świetnym aktorem, na dodatek przewodził on licznej obsadzie The Office, ale Timothée pokazuje, że z każdym może znaleźć chemię. Pomimo około 40 lat różnicy wieku pomiędzy aktorami nie widzę żadnej różnicy w ich doświadczeniu. Innymi słowy mówiąc, oboje grają na równym poziomie i ich relacja jest autentyczna.

Aktorzy starają się, jak mogą i nawet udaje im się ukryć fakt, iż grają w obyczajowej szmirze. Wspomniałem o tym, iż Chalamet jest wstrzymywany przez reżysera. Dlaczego tak sądzę? Ponieważ uzależniony Nick wygląda w tym filmie, jakby był na zdrowym kacu, a nie na narkotykowej jeździe. Zabawnie jest, kiedy widzimy, jak młody Sheff robi rozmarzone oczy podczas odlotów, po czym budzi się z zakrzepniętymi wargami.

Film pokazuje uzależnienie do narkotyków jako chorobę, ale robi to w taki sposób, aby nie przestraszyć mainstreamowego widza. Mamy takie klisze – lekarz tłumaczący objawy choroby czy też niewyszkolonych pedagogów. Mój piękny syn w zapleczu tematycznym nie prezentuje nic ciekawego, czego już wcześniej nie widzieliśmy. Może finałowy dylemat jest ciekawy, ale szybko zostaje on zmarginalizowany. Film Van Groeningena wygląda jak pogadanka w gimnazjum na temat narkotyków, przy której znużony ukradkiem przeglądasz neta na telefonie.

Za to jest coś, co w miarę dobrze wychodzi temu filmowi. Otóż Felix Van Groeningen próbuje wpisać język swojego filmu w ramy kina niezależnego spod szyldu Sundance. Udaje mu się to za sprawą ładnych plenerów, ale przede wszystkim za sprawą bogatego soundtracku, który prezentuje utwory od Nirvany, przez Massive Attack aż po Sigur Rós. Nawet  w pierwszej połowie to działa i możemy poczuć się jak na festiwalu filmowym  organizowanym przez Pitchfork.

FOTO: IMDb

W drugiej połowie filmu jednak mamy dość tej indie atmosfery. Szczególnie kiedy piosenki zaczynają zastępować emocje. Każda kłótnia, łza, radość i uczucie jest w filmie wspierana przez utwór muzyczny.  Wygląda to tak, jakby reżyserowi zabrakło środków wyrazu.  Jest to dla mnie „gwóźdź do trumny” tego filmu.

Mój piękny syn to zmarnowany film. Szkoda przede wszystkim aktorów, którzy zostawili tu sporo serca. Zamiast poruszającego dramatu otrzymaliśmy film o narkotykach, który możemy obejrzeć równie dobrze w niedzielne popołudnie, klepiąc się po brzuszku. Chyba nie tak to miało być.

Ocena: 5/10.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *