Mniej Dolana to więcej Dolana

To tylko koniec świata Xaviera Dolana to film psychologiczny, klaustrofobiczny. Czyli taki, który całkiem nieźle ukazuje duszność relacji rodzinnych. Jest adaptacją sztuki Jeana-Luca Lagarce’a o tym samym tytule. Film zbiera skrajne recenzje, co już samo w sobie czyni go interesującym.

To tylko koniec świata Dolana odstaje nieco od poprzedzającej go Mamy. Przede wszystkim jest znacznie krótszy, co czyni go mniej teledyskowym. Choć ta skłonność reżysera jest wciąż nader obecna. W zwięzłym opisie: pisarz przyjeżdża po wielu latach w rodzinne strony, by porozmawiać z rodziną o… i… [koniec opisu].

its-only-the-end-of-the-world-english-poster
Oficjalny plakat filmu.

Wielu fanów twórczości reżysera zarzuca filmowi, że jest mało dolanowy, że dialogi są denne i że bohaterowie nie potrafią niczym zaskoczyć. Wydaje mi się, że mocą tego filmu jest ukazanie nieatrakcyjności, a w tym niezrozumiałości, zwykłego życia, ale nie z punktu widzenia hipsterskiego artysty czy burżuazyjnego dandysa. Dramatem powrotu do domu, po dłuższej rozłące, są nasze oczekiwania. Liczymy, że pewne rzeczy pozostaną takimi, jakimi były, choć irytuje nas zastój, który – w tym przypadku, z punktu widzenia dynamicznie rozwijającego się miasta – jest raczej negatywnie odbierany. Jednak, żeby była jasność, film nie buduje prostej opozycji: wieś (pracownicy fizyczni) vs miasto (inteligenci).

Bardzo wiele do filmu wnoszą aktorzy. Choć na pierwszy rzut oka odgrywane przez nich kłótnie, wykrzykiwania i pełne pretensji rozmowy mogą mierzić, w gruncie rzeczy są całkiem realistyczne i wymagające od aktorów zaangażowania. Głównemu bohaterowi (Gaspard Ulliel) euforyczna matka (Nathalie Baye) zarzuca zdawkowość w rozmowach. „Odpowiadasz w trzech słowach”, rzeczywiście Louis jest małomównym, wycofanym mężczyzną, silnie skontrastowanym z rodziną, w szczególności z porywczym i miejscami agresywnym bratem (Vincent Cassel). Oprócz tego są jeszcze dwie ważne postacie, pozornie nierozgarnięta żona brata (Marion Cotillard) oraz najmłodsza z rodzeństwa (Léa Seydoux), łaknąca kontaktu z Louisem.

its-only-the-end-of-the-world-f
Źródło:IMDB

Silnie odczuwalna jest klaustrofobia. Awantury eskalują w ciasnych i przyciemnionych pomieszczeniach. Dolan intensyfikuje ujęcia poprzez  mocne zbliżenia, ukazując w równie ciasnych kadrach spektrum emocji. Wiele scen rozgrywa się w półmroku, z ograniczonym światłem dzienny, które kontrastują z piękną prowincją. Ta opozycja ma służyć, jak sądzę, zderzeniu potencjalnych oczekiwań z bezpardonową rzeczywistością.

Ponadto Dolan nie byłby sobą niewrzucając sekwencji teledyskowych do filmu. Jest ich na szczęście mniej niż zwykle i służą raczej projekcji pewnych wydarzeń, czyli wpisują się w sferę, powiedzmy, marzeniową aniżeli fabularną, co moim zdaniem jest zaletą.

W dramacie Lagarce’a znamy powód przyjazdu Louisa do domu. Film nie daje jednoznacznej odpowiedzi, jednak możemy się bardzo łatwo domyślić – choćby po banalnej, acz uroczej scenie z kukułką. Wydaje mi się, że stosując taki zabieg reżyser chciał nadać nieco uniwersalności tej historii. Sądzę, że każdy widz bez problemu może identyfikować się z Lousiem, ale także innymi bohaterami. Ich postępowanie wydaje się nieracjonalne czy nawet przerysowane, ale należy postawić pytanie: jacy są nasi rodzice?

To tylko koniec świata jest podróżą do niezręczności relacji rodzinnych, niepotrzebnych  zależności, utrudniających codzienne funkcjonowanie. Ukazuje zmuszanie siebie i innych do odgrywania kiepskiego spektaklu, w którym wcale nie potrafimy i nie chcemy grać. Film jest mocno psychologiczny i w gruncie rzeczy otwarty. Motywacje bohaterów nie są jasne, niewiele o nich wiemy, podobnie jak oni niewiele wiedzą o sobie nawzajem i samych sobie. Dolan nie wprowadza nieznośnego moralizatorstwa, ani opozycji surowi rodzice – rozgoryczone dzieci.

maxresdefault-1
Źródło: IMDB

Z każdym filmem Xavier Dolan coraz bardziej dojrzewa. Juste la fin du monde stanowi syntezę brutalności Toma, zmysłowości Mamy czy uroku Wyśnionych miłości. Teledyskowość, osiągającą swoje apogeum w Laurence Anyways, za którą tak kochamy reżysera wciąż jest żywa, jednak nie dominuje, jak dawniej. Zeszła z pozycji przedmiotu do podmiotu, co w moim mniemaniu robi dobrze filmowi i samorozwojowi twórcy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *