Mission: Impossible – Fallout – Prawdziwe kłamstwa

To już szósta odsłona kasowej franczyzy o niemożliwej gibkości ciała pięćdziesięcioletniego mężczyzny. Jeszcze z kilkanaście lat temu nieprawdopodobne byłoby dotrwanie tak długo, a co dopiero utrzymanie przyzwoitego poziomu filmów. Dzisiaj, w dobie powszechnej serializacji wszystkiego i długoterminowych planów „filmowych uniwersów”, czasami czwarta czy piąta część potrafi być momentem, gdy seria dopiero się rozkręca, albo odnajduje swoją odpowiednią tożsamość (casus Szybkich i wściekłych). A jak jest w przypadku Mission: Impossible – Fallout?

Ethan Hunt (Tom Cruise) musi stawić czoła konsekwencjom błędów przeszłości. Własnych, jak i popełnionych przez współpracowników. Niedobitki anarchistycznego Syndykatu Solomona Lane’a (Sean Harris), samozwańczy Apostołowie, próbują położyć łapy na broni jądrowej. Wraz z ekipą (stary skład, minus Jeremy Renner), agent wyrusza na misję z celem powstrzymania apokalipsy, która to miałaby przynieść nowy, zrodzony w chorym umyśle, porządek świata. Jak cień, towarzyszy mu straszak od brudnej roboty prosto z CIA, Walker (Henry Cavill).

Foto: IMDb

We don’t throw stones, we throw stacks…

Po raz pierwszy w historii serii, na stołek reżysera powraca to samo indywiduum – Christopher McQuarrie. Przyznam, że rozczarowała mnie ta bezpieczna decyzja producentów, bo choć Rogue Nation było bardzo sprawnym rzemiosłem, to też filmem niezwykle przezroczystym stylistycznie, nieodróżnialnym w zatrzęsieniu innych blockbusterów. A wszystkie poprzednie części to niemalże kino autorskie, w obrębie ograniczeń gatunku i systemu. Podtrzymuję, że Chris to trochę akcyjniakowy wyrobnik, ale na pewno nie zarzuciłbym mu braku pierwiastka twórczego szaleństwa. Bo tym razem, w tych bez mała dwu i pół godzinach godzinach filmu, zaserwował nam naprawdę wyśmienity koktajl ze wszystkiego, co najlepiej się sprawdzało w serii. Swoisty best-of reel.

Zawikłane szpiegowskie szarady z „jedynki” De Palmy, przy których widz musi na bieżąco tworzyć wykresy w głowie pt. „kto zdradza kogo”, „która agencja krzyżuje strumienie z którą”? Są! Wspinaczka wysokogórska i męskie mano a mano po mordach (stety albo niestety, tym razem bez gołębi i slow motion, wybacz Woo)? Są! Psychopatyczny złoczyńca a’la Philip Seymour Hoffman, uderzający w osobistą sferę życia bohatera, tam gdzie boli? Jest! Nieposkromiona, komiksowa zabawa gadżetami i nieludzko inteligentnymi planami rezolutnych bohaterówGhost Protocol Birda? Oczywiście! Finezyjnie, niemal baletowo zainscenizowane, wielopoziomowe sekwencje akcji niczym opera w Rogue Nation? Nie zawodzą! Jeszcze dodajmy trochę klasycznego, pozorowanego napięcia z kilkoma tykającymi bombami i mamy „misję niemożliwą” idealną.

Foto: IMDb

We goin’ Mad, Mad, Mad Max

Dzieje się naprawdę sporo, film przykładnie wciąga widza za szmaty do ekranu i każe mu nie zadawać pytań. Bo owszem, scenariusz nie jest tu zbyt odkrywczy i jeśli zaczniecie się zbyt długo zastanawiać nad logiką prezentowanych wydarzeń, może zacząć się sypać. Główny zwrot akcji wywęszycie na kilometr, ale po drodze dostaniecie na twarz tyle twistów pośrednich, że sami zwątpicie, jak się nazywacie i dla którego wywiadu pracujecie.

Nie ma wśród tych widowiskowych sekwencji ani jednej nietrafionej. Stały gwóźdź programu, czyli popisy kaskaderskie wykonywane przez gwiazdę we własnej osobie, nie zawodzą i tym razem. Użycie efektów komputerowych w tym przypadku to naprawdę konieczne minimum, choć trzeba przyznać, że tam gdzie zdarzyło się większe, to zdecydowanie widać. Co do samych scen, to oprócz zwiastunowych showstopperów w rodzaju pościgu z motocyklem po ulicach Paryża czy helikopterowego cwału po łańcuchu górskim Kaszmiru, mamy także pamiętne akcje jak klaustrofobiczne zapasy w publicznej toalecie. Scena równocześnie naładowana zawieszającym suspensem, zbawiennym humorem, jak i spełnioną obietnicą progresji dramaturgicznej.

Foto: IMDb

Filozofia akcyjniaka

To zresztą kolejna zaleta filmu – każda, choćby najdurniejsza scena akcji jest tu po coś, zarówno na poziomie intrygi, jak i nośnika idei. Głównym tematem Fallout, wychodząc już od samego tytułu i przytoczonego wstępu fabuły, są długoterminowe konsekwencje podjętych przez bohaterów decyzji. To już nie czasy filmów ze Schwarzeneggerem i stosów bezimiennych trupów w imię porwanej córki, bo cel uświęca środki. Kino blockbusterowe dojrzewa i staje się bardziej refleksyjne, choćby dlatego, że żyjemy w świecie z żywą i wciąż rozdrapywaną raną po 11 września. I tym sposobem mamy filmy takie jak Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów, które podejmują próbę poważnego dyskursu na temat „szkód kolateralnych” przemocy w imię dobra ogółu.

Jednak film M:I – Fallout zabiera się za rzecz na dużo ciekawszy i atrakcyjniejszy sposób, niż czcze gadanie wplecione pomiędzy sztampową fabułę i komiksowe „nerdgazmy”. Mianowicie bierze te moralne dylematy bohaterów na temat odpowiedzialności i organicznie wszczepia je w samą akcję. Wyjątkowo świeże wydaje się takie podejście, w którym bohater musi stale lawirować pomiędzy maksymalnym wykorzystaniem swoich zasobów do wykonania zadania, a minimalizacją krzywd bogu ducha winnym gapiów. Pozbawionym wrażliwości krzykaczom „poprawności politycznej” przypomnę, że w równie umiejętny i niepozbawiony zabawy sposób robił to już drugi Terminator Jamesa Camerona.

Foto: IMDb

Kłopoty w raju

Czy jednak filmowi Fallout udaje się stuprocentowo spełnić te swoje ambicje problematyzacji głupkowatego kina akcji? Niezupełnie, bo chyba sam w nie do końca nie wierzy i porzuca je w natłoku wydarzeń i zwrotów akcji na rzecz standardowych, szpiegowskich igraszek. Nie jest to wada sama w sobie, szczególnie gdy zapewniona widzowi rozrywka jest na takim poziomie, jak tutaj. Ale po jakimś czasie zdajemy sobie sprawę, że ten cały ciężar przeszłości bohaterów jest nieco sztucznym konstruktem. Ma na celu głównie pompowanie napięcia i stawek do jak najpotężniejszego finiszu, a nie ma żadnych podstaw w naszym przywiązaniu do postaci, tym co o nich wiemy.

Już J.J. Abrams bez skutku próbował spośród tych międzynarodowych spisków wysupłać jakąś ludzką opowieść. Wciąż niedoceniany talent dramatyczny Toma Cruise’a jest w stanie podtrzymać emocjonalność najważniejszych scen, ale w przypadku innych postaci sprawa jest utrudniona. Pomijając typowe comic relief w osobie choćby Simona Pegga, ciężko się przejąć tak słabo nakreśloną bohaterką jak Ilsa Faust (Rebecca Ferguson), na innym poziomie niż losu pionka „większego niż życie” systemu. Trudno zaakceptować sytuację, w której możemy nie pamiętać czy daną postać znamy od dwóch czy już sześciu filmów, bo poza powierzchownym opisem, niewiele o niej ciekawego możemy powiedzieć.

Foto: IMDb

Z innych niedopracowań w tym, ogółem bardzo udanym obrazie, można wymienić ścieżkę dźwiękową Lorne Balfe’a. Zupełnie odtwórcze i nieoryginalne dudnienie, jakie słyszeliście w każdym innym, współczesnym filmie akcji, wymieszane z niezłymi miksami motywu przewodniego. Ledwo działa jako forma użytkowa towarzysząca akcji, a co dopiero muzyka, którą zapamiętacie po seansie.

Werdykt?

Tych wszystkich drażniących w perspektywie niedoskonałości, nie dostrzegałem jednak podczas mojego seansu kinowego. Całkowicie zaabsorbowany zniewalającym nalotem dywanowym doskonałej akcji, którą do teraz nie przestałem się ekscytować, nie mogę ocenić Mission: Impossible – Fallout inaczej, niż jako najlepszego blockbustera od ładnych paru lat. Najlepsza część serii na równi z kreskówkowym odjazdem Brada Birda i najlepszy film akcji od czasu powrotu Mad Maxa. To ostatnie powinno być najlepszą rekomendacją dla tych, którzy realizacyjną inwencję przedkładają nad hamulce logiki i zachowawczej konwencji.

Ocena: 7,5/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *