Miecz Nieśmiertelnego – Do stu razy sztuka

Takashi Miike jest jednym z najpopularniejszych, współczesnych japońskich reżyserów. Zasłynął przede wszystkim z postmodernistycznych filmów, pełnych zabawy konwencją, czarnego humoru i groteskowej przemocy. Dostępny od niedawna na Netflixie Miecz Nieśmiertelnego jest już setnym filmem w jego dorobku.

Akcja ma miejsce w czasach feudalnej Japonii. Manji (Takuya Kimura) jest samotnym roninem dotkniętym klątwą nieśmiertelności. Pewnego dnia nastoletnia dziewczyna imieniem Rin (Hana Sugisaki), wynajmuje go w celu dokonania zemsty na zabójcach jej rodziców.

Miecz Nieśmiertelnego jest adaptacją mangi Hiroaki Samury (w Polsce wydanej przez Egmont w 2004). Jest to klasyczna historia zemsty z elementami kina drogi, przywodząca na myśli Prawdziwe Męstwo (nastoletnia dziewczyna razem z doświadczonym najemnikiem dokonujących zemsty), utrzymanej w konwencji chanbara. Młodsi widzowie mogą też mieć wiele skojarzeń z ubiegłorocznym Loganem (mroczne, brutalne kino drogi z młodą dziewczyną i nieśmiertelnym wojownikiem na pierwszym planie).

Wizualnie film często przypomina o swoim mangowym pierwowzorze. Wiele postaci (głównie złoczyńców) wygląda bardzo groteskowo – noszą kiczowate czupryny, farbowane włosy, dziwne blizny i tatuaże na twarzach, jaskrawe ubrania i nietypowe uzbrojenie. Niejeden raz obserwujemy walki samotnego bohatera z przeważającą ilością przeciwników (już na samym wstępie widzimy jak Manji w pojedynkę zabija dosłownie setkę wojowników). Każde starcie jest niezwykle brutalne, tryskająca czerwona farba i latające, gumowe kończyny są tutaj normą. Nie zabraknie też nadludzkich skoków i akrobacji rodem z kina wuxia. Film przywodzi na myśl jidai-geki na podstawie mang Kazuo Koike z lat 70, takich jak cykl Samotny wilk i szczenię, Krwawa Pani Śniegu, albo Hanzo zwany Brzytwą.

Konstrukcją przypomina grę komputerową. Bohater przechodzi różne plansze w których musi pokonać zastępy przeciwników, a na końcu każdego etapu czeka go boss (którego można pokonać tylko określoną strategią). Jak na grę przystało, Manji kiedy ginie respawnuje się, posiada włączony tryb god mode i posiada bezdenną kieszeń w której ukrywa absurdalną ilość broni.

Foto: imgur.com

„Why so Serious?”

Miecz Nieśmiertelnego wydawał się idealnym materiałem na setny film Takashiego Miike. Teoretycznie mamy wszystko, co znamy z twórczości reżysera – kino samurajskie, groteskowe postacie i epatowanie przesadną brutalnością. Zabrakło jednak jego najbardziej charakterystycznego elementu – samoświadomości. Film mimo banalnej fabuły, kiczowatych scen akcji i postaci traktuje siebie z całkowitą powagą. Nie ma tutaj żadnej zabawy konwencją, czy elementów humorystycznych, ani przez moment nie spuszcza z tonu. Reżyser opowiada swoją historyjkę jakby to było kino na miarę Harakiri Masaki Kobayashiego (które zresztą Miike remejkował w 2011).

Jest to próba stworzenia kina artystycznego po najmniejszej linii oporu, bo opartego głównie na nietypowym montażu. Film na siłę rozciągnięto do prawie 2 i pół godzin, metraż został sztucznie wydłużony długimi, statycznymi ujęciami i pauzami między dialogami. Poza tym próbowano jeszcze „uambitnić” film minimalistyczną muzyką i irytująco przedramatyzowanym aktorstwem. Nic nie idzie za artystyczną otoczką. Film stara się być ambitny, tylko dla samego bycia ambitnym – nie ukrywa w sobie żadnej głębi, nic co by skłaniało do refleksji. Przesadnie poważny ton gryzie się z całą resztą. Trudno czerpać frajdę z scen akcji, skoro wszystko jest nadęte i przedramatyzowane.

Już w latach 70 Japończycy kręcili postmodernistyczne, samoświadome filmy jidai-geki pełne zabawy konwencją, nietypowych zabiegów narracyjnych, nowoczesnej muzyki, autoironii i czarnej komedii. Nawet tacy ambitni reżyserzy kina samurajskiego jak Akira Kurosawa wykazywali się większym dystansem i skutecznie rozluźniali atmosferę humorem.

Bohaterowie, którzy nas nie obchodzą

Foto: cultastic

Kolejną wadą filmu są postacie. Manji jest typowym reluctant hero – ponury, zamknięty, z mroczną przeszłością, niechętny do angażowania się w cudze sprawy. Poznajemy dobrze back story nieśmiertelnego ronina, ale nie jego motywacje. Nie wiemy czym Rin w końcu przekonała go do udziału w wendecie. W trakcie podróży zachodzi w nim pewna zmiana, ale jest ona przedstawiona zbyt pośpiesznie i mało wiarygodnie. Poza zdolnością regeneracji nie ma w sobie absolutnie nic, co by go wyróżniało spośród większości bohaterów kina samurajskiego.

Jeszcze gorzej prezentuje się Rin. To protagonistka kina drogi, która nie przechodzi absolutnie żadnej przemiany. Zaczyna jako przestraszona, niezdarna nastolatka i kończy jako przestraszona, niezdarna nastolatka. Z filmu dowiadujemy się, że od najmłodszych lat ciągnęło ją do świata mężczyzn – szkoliła się w szermierce u ojca, a późnej odbywała treningi u Manjiego. Ale to wszystko ujęto wyłącznie w dialogach, nie odbija się to na bohaterce. Za każdym razem, kiedy musi stanąć do walki szybko przegrywa, poddaje się i wybucha płaczem. Przez cały film jest bita, porywana i manipulowana przez własnych przeciwników. Nie potrafi zadbać o siebie, podejmować słusznej decyzji, ani zachować zimnej krwi. Częściej przeszkadza niż pomaga. Absolutnie niczego nie potrafi, niczego się nie uczy, nie ma w niej niczego za co moglibyśmy ją polubić. Jest po prostu żałosna i irytująca.

Relacja między bohaterami jest bardzo powierzchowna – nie czuć żadnej chemii, ani wiarygodnego rozwoju, przyjaźń między nimi bierze się znikąd. Nie pomagają w tym dialogi, które są nienaturalne i przesadnie patetyczne. Jedynym momentem w którym widać jakiekolwiek emocje między postaciami, jest scena w której Manji próbuje pocieszyć Rin opłakującą matkę (raz dobrze pokazano różnicę charakterów bohaterów, oraz ich próbę w zbliżeniu się do siebie). W filmie pojawia się masa postaci drugoplanowych o których niczego się nie dowiadujemy (Yaobikuni), albo są zupełnie zbędne (Hyakurin i Shira). Jedyną w miarę ciekawą postacią jest główny antagonista, czyli Kagehisa Anotsu (Sota Fukushi). To Aleksander Wielki wśród szermierzy – młody, ambitny, przywódczy, z nowoczesnymi poglądami, który pragnie podbijać i jednoczyć szkoły.

Foto: Comic Book

Sprawna realizacja

Realizacja stoi na dobrym poziomie. Wysmakowane i bardzo przyjemne dla oka zdjęcia, starannie dobrane oświetlenie i praca kamery. Scenografia i (częściowo) kostiumy ciekawie odzwierciedlają realia feudalnej Japonii. Efekty specjalne nie powalają, jednak są na tyle skromne, że nie przeszkadzają. Sceny akcji wypadają najwyżej poprawnie. Zbyt często polegają na bezmyślnym wymachiwaniu mieczem we wszystkie strony. Brakuje finezji, różnorodności, pomysłowości, momentów wzbudzających efekt „wow”. Poza tym, skoro bohaterowie nas nie obchodzą, brakuje emocji w scenach walki (i nie pomagają w tym hektolitry krwi i latające kończyny). Finał cierpi na tzw syndrom Władcy Pierścieni: Powrotu króla. Kiedy wydaje się, że film dobiega końca i bohaterowie w końcu rozprawią się z Kagehisę, ciągle pojawiają się kolejni przeciwnicy i „subbossowie” do pokonania. Na dłuższą metę zaczyna się to robić męczące i tylko czekamy na koniec.

Podsumowanie

Miecz Nieśmiertelnego jest typowym przykładem przerostu formy nad treścią. Jeżeli ktoś subskrybuje Netflixa i jest wielkim fanem brutalnego kina akcji z dalekiego wschodu, może dać szanse. Co nie zmienia faktu, że zabrakło umiaru i dystansu. Film posiada konstrukcję typową dla gry komputerowej, ale niepotrzebnie sili się na kino artystyczne. Męczy przesadnie poważnym tonem, wydłużonym na siłę metrażem, monotonią walk i nudnymi, irytującymi bohaterami. Rozczarowanie.

Ocena: 5/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *