Midsommar. W biały dzień – Tamte dni tamte noce

Rok temu Ari Aster wjechał na filmowy parkiet z niezłym przytupem. Jego pełnometrażowy debiut, był odważnym obrazem, zaskakującym widza dojrzałością przekazu i gatunkową otwartością. Młody reżyser stwierdził, że nie ma co tracić czasu i w ciągu roku przygotował kolejny horror. Jak twórca Hereditary poradził sobie z ogromną presją, jaką na nim ciążyła?

Dani (Florence Pugh) i Christian (Jack Reynor) to młodzi Amerykanie, którym nie układa się w związku i rozważają rozstanie. Niespodziewana rodzinna tragedia zbliża ich jednak do siebie, a pogrążona w żałobie Dani postanawia dołączyć do Christiana i jego przyjaciół, aby wziąć udział w wakacyjnej wyprawie na północ Skandynawii. Tam, w odciętej od świata wiosce, raz na 90 lat obchodzone jest prastare święto związane z letnim przesileniem.

FOTO: IMDb

Midsommar jest filmem podobnym do Hereditary, ale również zupełnie innym. Podobieństwa jawią się tutaj przede wszystkim w doborze tematów. Po raz już drugi płaszczyzna gatunkowa stanowi dla Astera pretekst do wykreowania Post Bergmanowskiej opowieści o żałobie, o stracie i o słabości podstawowych instytucji społecznych. Ari tak naprawdę kręci filmy głęboko humamistyczne i emocjonalne, ubiera to jednak w kostium horroru.

Podobieństwo również znajdziemy w strukturze fabularnej. Aster w Midsommar bardzo podobnie rozkłada wątki i akcenty, co w Hereditary. Reżyser nigdzie się nie śpieszy i bardziej ceni zarysowanie bohaterów, niż zrzucanie co chwilę cegieł na głowę widza. Natomiast jak już owe cegły nas uderzą… to Aster nie idzie za ciosem, tylko wycofuje się i zabiera nas w inne miejsce. Jest to interesująca koncepcja. Biorąc pod uwagę dosyć długi metraż filmu (140 min.), ktoś może nazwać Midsommar filmem niesatysfakcjonującym. Ja wolę określenie: wymagający.

Czym się film różni od debiutu, to rozłożeniem tonów. W Hereditary mieliśmy bardzo klarowną dramę obyczajową, która napędzała film. W Midsommar też to mamy, ale podane w nieco innej formie. Bohaterowie tutaj są bardziej skryci, mniej otwarci, a o ich zachowaniu i motywach nie jesteśmy klarownie potraktowani. Na dodatek film nie przypomina nam cały czas o przysłowiowym drugim dnie, pozwalając nam samemu znajdować interpretację. Midsommar jest obrazem otwartym na dialog z widzem.

FOTO: IMDb

Piękne jest tutaj również rozbijanie konwencji horrorowej. Wchodząc do sali kinowej miałem dosyć jasne przekonanie, w które rejony gatunku Aster mnie zabierze,natomiast w trakcie seansu byłem wielokrotnie zbijany z tropu. Ari doskonale rozumie przyzwyczajenia widza i specyfikę gatunku. Pozwala mu się to bawić z widzem. Zyskują też na tym drugoplanowi bohaterowie, na pierwszy rzut oka są to gatunkowe stereotypy, lecz w filmie sporo oni zyskują.

Porozmawiamy o warstwie technicznej. Ari Aster już teraz jest reżyserem, który zachowuje pełną kontrolę na planie. Widać na ekranie ciężką pracę reżysera. Głównym bohaterem jest jednak Paweł Pogorzelski i jego pastelowe zdjęcia. Doczekaliśmy się kolejnego świetnego polskiego operatora. Wyróźnić należy również scenografów i ekipę dźwiękową, którzy kreują ten świetny klimat.

Znakomici są również aktorzy. Po raz kolejny Aster świetnie poprowadził wykonawców ról. Co prawda Florence Pugh nie osiąg poziomu Toni Collete w Hereditary, ale i tak jest wybitna. Drugi plan również jest silny. Rozdarty Jack Reynor, tajemniczy William Jackson Harper, czy komediowy Will Poulter znakomicie ubarwiają ten film.

Midsommar to kolejna cegiełka w błyskotliwej karierze Ariego Astera. Reżyser stanął na wysokości zadania i dostarczył nam horror ostateczny, podobny, ale także inny od jego debiutu. Czekam z niecierpliwością na nowy projekt tego zdolnego twórcy.

Ocena: 8/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *