MGMT – Little Dark Age recenzja

dnia

MGMT zawsze szło pod górkę. Na debiucie stali się sprawną ekipą produkującą indietroniczne szlagiery do reklam. Mając taki start hajs i prezencje masz zapewnioną na długie lata. Dlatego mogło dziwić, gdy Amerykanie na następnych wydawnictwach siłowali się z psychodelicznym popem. Ich najnowszy album to kolejna stylistyczna volta w dyskografii. W przeciwieństwie jednak do poprzednich zmian, ta wyszła muzykom na dobre.

Little Dark Age to album zanurzony w modnej ostatnio estetyce synthpopu. Nie spodziewajcie się  tu jednak trawestacji w stylu Kavinskiy’ego. MGMT nagrali płytę która bezpośrednio odnosi się do lat 80. Ich czwarty album brzmi jak zbiór niewydanych nigdzie piosenek Pet Shop Boys. To właśnie od autorów hitu It’s a MGMT czerpią inspiracje. Miękkie tekstury brzmienia mieszają się tutaj z ambitnymi popowymi brzmieniami. Wokale i zadziorne syntetyzatory brzmią tutaj także znajomo.

Płyta jest jednak nierówna. Pierwsze pięć piosenek kandyduje do zostanie płytą roku. Są tu perkusyjne labirynty  w intrze, gotycki tytułowy doskonały singiel, quasi-ironicznie -punkowy When You Die, Gładki Me and Michael i wreszcie mój ulubiony kawałek, czyli wzorcowo napisany TSLAMP, który swoimi zmianami tempa i cukierkowością refrenu wyznacza nowe standardy w dyskografii MGMT.

Jest jednak druga połowa, która zawiera mniej udane utwory. Niestety, ale muzykom starczyło patentów na połowę płyty. Gdy tempo płyty zwalnia, zwalnia wtedy i serce słuchacza. Robi się sennie i po prostu nudno.  A szkoda, bo początkowe utwory zwiastują coś wielkiego.

A szkoda bo Little Dark Age mogło być jedną z płyt roku. Zamiast tego mamy tylko i wyłącznie zbiór dobrych piosenek i tych nieco gorszych. Warto posłuchać, ale prędzej czy później, ten album Wam się znudzi.

Ocena: 6,5/10

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *