M jak Morderca – Thriller z taśmy produkcyjnej

Na przełomie XX/XXI wieku dużą popularnością cieszyły się thrillery – głównie mroczne, brutalne historie o doświadczonych policjantach tropiących seryjnych morderców. Wielu zdążyło się stęsknić za tego typu kinem, dlatego M jak Morderca z Alem Pacino w roli głównej mógł być nie lada gratką.

Były policjant, Ray Archer (Al Pacino) dostaje zlecenie schwytania seryjnego mordercy, niejakiego Wisielca, który wiesza swoje ofiary i na miejscach zbrodni pozostawia układankę w postaci gry w wisielca. Głównemu bohaterowi towarzyszy detektyw Will Ruiney (Karl Urban) i młoda dziennikarka, Christi Davies (Brittnay Snow).

Prawie jak thriller w starym, dobrym stylu…

Mamy do czynienia z filmem, który zaczyna się czołówką niczym z kiczowatego serialu, albo kiepskiego horroru o duchach – dramatyczna muzyka, przebitki czarno-białych zdjęć kościoła, ponurej zakonnicy z dzieckiem i trupów. Mamy do czynienia z filmem, w którym w scenach analizowania miejsca zbrodni słyszymy echo szamotaniny i krzyków ofiary. Mamy do czynienia z filmem, w którym w scenach retrospekcji (oczywiście tragicznych wspomnień) stosuje się wyłącznie spowolnione, lekko odchylone ujęcia w sepii, a z offu słyszymy monolog bohatera i smutne skrzypce. Chyba już zaczynacie się domyślać, z jakim filmem mamy do czynienia.

M jak Morderca próbuje naśladować klasyki Davida Finchera, ale przypomina dużo bardziej kiczowate produkcje telewizyjne z lat 90. Film składa się wyłącznie z przestarzałych chwytów narracyjnych i scenariuszowych. Fabuła idzie dokładnie wg schematu, który doskonale znamy z większości thrillerów.

Foto: movietube.online

…prawie robi wielką różnicę.

Reżyser, Johnny Martin, razem z scenarzystami (Michael Caissie i Charles Huttinger) popełnili masę kuriozalnych błędów. Trudno mi wytłumaczyć taki stan rzeczy, ale mam dwie teorie – albo na siłę powielali schematy z filmów których sami nie rozumieli, albo najzwyczajniej zlekceważyli inteligencję widzów. Jedno jest pewne, kierowali się prostym tokiem myślenia – jeżeli udało się kiedyś w innych filmach, to musi udać się teraz, bo po co tworzyć coś nowego?

Pomyślmy, jakie są archetypy bohaterów thrillerów? Emerytowany gliniarz, detektyw z traumą i ambitna, młoda dziennikarka. Wszyscy wciśnięto do jednego filmu, nawet jeżeli nie ma to większego sensu. Scenariusz jest pełen absurdów i dziur logicznych, na które nie można przymknąć oka. W świecie filmu policja może zlecić śledztwo emerytowi i detektywowi, któremu ścigany zabójca zamordował żonę. Mało tego, tutaj dziennikarze posiadają praktycznie te same kompetencje co policjanci – bez problemu mogą brać udział we wszelkich akcjach policyjnych, badać razem z nimi miejsca zbrodni, a nawet ścigać przestępców (wszystko po to, aby „obiektywnie przyjrzeć się pracy policji w Ameryce”).

Cały film jest najeżony wszelkimi schematami – mamy oczywiście serię tajemniczych morderstw, nieuchwytnego zabójcę, wyścig z czasem, bohatera który musi rozliczyć się z przeszłością. Finał to istna kwintesencja filmowej sztampy. W recenzji powinienem unikać spojlerów, ale nie ma czego tutaj spojlerować, bo wszystko już widzieliście tysiące razy. Złoczyńca porywa zakładniczkę, ale z pomocą przychodzą bohaterowie. Wisielec ujawnia swoją tożsamość i niczym bondowski villain tłumaczy motywację (za pomocą wspomnianych wcześniej „oryginalnych” retrospekcji). W trakcie słuchania jego strasznego monologu szaleje burza z błyskawicami. Próbuje zamordować kobietę i uciec, ale protagoniści ratują ją w ostatnim momencie, ruszają w pościg na szczyt budynku. Ktoś zostaje zaskoczony, komuś  wytrącony pistolet z ręki i obserwujemy dramatyczny pojedynek na pięści.

Powtarza się wszystko co znamy z każdego thrillera z lat 90 – postacie, wątki, zwroty akcji, a nawet lokacje. Mamy oczywiście posterunek policji, ciemne zaułki, magazyn, szpital, katedrę, cmentarz -bez problemu odgadniecie wydarzenia jakie będą się tam toczyły, a nawet ich kolejność.

Foto: wPolityce

Ctrl C, Ctrl V i sztampowy thriller będę miał.

Twórcy zamiast budować psychologię postaci (wliczając w to mordercy) wolą skupiać się na kiczowatych pościgach i strzelaninach. Nie starali się na jakąkolwiek wiarygodność. Bohaterowie to płytkie archetypy, które rzucają do siebie ekspozycjami (nawet informacjami które sami doskonale znają) i wygłaszają tyrady o odpowiedzialności, sprawiedliwości, winie i odkupieniu. Wszelkie rozmowy są poprowadzone bardzo sztucznie – często między dialogami pojawia się długa, niezręczna pauza, zupełnie jakby aktorzy zapomnieli tekstu, albo montażysta zapomniał zrobić cięcie.

Sam Wisielec jest tanią imitacją Jigsawa z Piły (który sam zresztą był przeróbką, w tym przypadku Johna Doe z Siedem)- jest super inteligentny (przynajmniej w teorii), zabija w wymyślny sposób, tworzy zagadki i pułapki, zawsze jest krok przed policją, mówi growlem i zakrywa oblicze kapturem. Zabójca niczym Nostradamus jest w stanie przewidzieć wszystko – kiedy bohaterowie odczytają wiadomość, jak zareagują i co uczynią. Jego plany są pełen nieścisłości, gdyby wydarzył się jakikolwiek czynnik trzeci, albo bohaterowie postąpiliby trochę inaczej (np: w innej kolejności) to wszystko by się posypało. Jego osobowość i motywacje okazują się nawet bardziej banalne od protagonistów. Kiedy w końcu dowiadujemy się kto to jest, jak działa i dlaczego to robi, pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi. Film nie raczy wytłumaczyć na jakiej zasadzie w ogóle wybiera ofiary, skąd jego świetna zdolność dedukcji, zabijania i zastawiania pułapek.

Film nie próbuje wciągnąć nas w intrygę. Bohaterowie błyskawicznie wyciągają wnioski, od razu odpowiadają na wszelkie pytania i teleportują się z miejsca na miejsce. Akcja gna na złamanie karku, co chwilę wyskakują kolejne zwroty akcji i sceny pościgów. Zabójca atakuje co 24 godziny, ale przez montaż mamy wrażenie że mija jedynie 5-10 minut. Najzabawniejsze jest to, że cała gra w wisielca, nie ma tak naprawdę większego znaczenia. Ray Archer i jego towarzysze ani przez moment nie zastanawiają się nad odpowiedzią do ich zagadki. Giną ludzie, zabójca ujawnia kolejne litery, które stopniowo zdradzają jego tożsamości, ale policja nic z tym nie robi. Równie dobrze można zastąpić grę w wisielca czymkolwiek innym.

„Gdzie mój czek?” – Al Pacino na planie filmu M jak Morderca

Foto: Deadline

Głównym napędem marketingowym filmu było nazwisko Ala Pacino. Bardzo przykro mi o tym pisać, ale aktor tutaj absolutnie się wypalił, zapomnijcie o jego charyzmie i kreacjach sprzed laty. Swoim wyglądem, sposobem zachowania i wysławiania się przypomina bardziej menela przypadkowo znalezionego na ulicy. Nie wykazuje się żadną grą aktorką, a nawet najmniejszą chęcią wystąpienia w M jak Morderca. Przez cały czas posiada ten sam beznamiętny wyraz twarzy, ledwo otwiera oczy i usta, a wszystkie swoje kwestie bełkocze pod nosem – wygląda jakby aktor był po wylewie, albo był po prostu pijany. Aktorstwem mógłby rywalizować z Tommym Wiseau z The Room,  posiada nawet swój własny moment „You’re tearing me apart, Lisa” (scena w której odkrywa pierwsze morderstwo Wisielca).

Trudno mi uwierzyć, że kiedykolwiek to napiszę, ale aktorsko zdecydowanie lepiej prezentuje się Karl Urban. Aktor jest przeciętny w roli Willa Ruineya, ale i tak wykazuje dużo więcej emocji i zaangażowania niż Pacino. Doczekaliśmy się czasów, w których Dredd jest lepszym aktorem niż Michael Corleone – nie wiem, czy śmiać się czy płakać. Pozostali aktorzy gdzieś balansuję między fatalnym Pacino, a średnim Urbanem – resztę możecie dopowiedzieć sobie sami.

Technicznie film prezentuje się mniej niż przeciętnie. Wiele ujęć razi sztucznym oświetleniem i brakiem cologradingu, zdjęcia nijakie, pozbawione stylu. Muzyka towarzyszy nam praktycznie cały czas i składa się z oklepanych, tanich podkładów (smutna scena – skrzypce, albo melancholijne chóry w stylu Gladiatora itd), które bardziej przeszkadzają niż budują nastrój i emocje.

Foto: movietube.online

Podsumowanie

Twórcy nie wykazali się najmniejszym wysiłkiem i kreatywnością. M jak Morderca w zamyśle miał być poważnym i mrocznym thrillerem w stylu Davida Finchera, ale w praktyce okazał się niezamierzoną parodią gatunku. Nagromadzenie schematów, absurdów, nieścisłości, przestarzałych zabiegów narracyjnych i kiczu jest porażająca, a jeżeli dodać do tego fatalną rolę Pacino to otrzymujemy przepis na kino „tak złe, że aż dobre”. Ten film można potraktować wyłącznie jako komedię, bo potrafi jedynie śmieszyć.

Ocena: 2/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *