B jak… Buñuel – Subiektywny Alfabet Reżyserów

Tekst ten jest częścią dłuższej serii artykułów, w której w subiektywny sposób przybliżam życie i twórczość cenionych przeze mnie twórców filmowych. Odnośniki do pozostałych odcinków znajdziecie tutaj.

Luis Buñuel

Wielki pionier filmowego surrealizmu, czy tylko tani prowokator i obrazoburca, żerujący na uczuciach religijnych? Artysta arcyważny na skalę światową, czy tchórz plwający na faszystowski reżim, zachowując przy tym bezpieczną odległość? Autorefleksyjny feminista, czy  domowy tyran? Różnie mówi się o Aragończyku. Nie będę tu faworyzować żadnego z tych kusząco barwnych obrazów, nie lubię uproszczonych sądów. Spojrzę na Buñuela jako człowieka i jako artystę od przeróżnych stron, a Wam pozostawię zapoznanie się z nim i samodzielną ocenę.

Urodzony w roku 1900 w małej Calandzie, Luis od dziecka miał zadatki na buntownika. Mimo wywodzenia się z rodziny raczej zamożnej, czuł się ograniczony prowincjonalną rzeczywistością. Szczególnie nie szalał za głęboko zakorzenioną w tradycji państwa hiszpańskiego religijnością.

Wpływ szczególny miała na takie podejście nauka w restrykcyjnym kolegium jezuickim. Zakon Ignacego Loyoli, choć stracił pierwotną funkcję narzędzia przywracania autorytetu papiestwa, wciąż pełnił znaczącą rolę w kształtowaniu duchowości mieszkańców Półwyspu Iberyjskiego. Nauki o doskonaleniu duchowym, akcentowanie roli jednostki w jej własnej drodze do zbawienia, a raczej jak mantra powtarzane wokół tych zagadnień, szkolne formułki, zapadły w pamięć młodemu Luisowi. Echa nauk jezuickich, polemikę z nimi, można dostrzec w wielu z jego najważniejszych dzieł.

Salvador Dali, Federico García Lorca i Luis Buñuel// Foto: Pinterest

Odtrutkę widział w blichtrze wielkiego miasta. Studia w Madrycie były dla niego możliwością zaznania tamtejszej swobody obyczajów, ale przede wszystkim uroków sceny awangardowej. Fascynowały go tendencje dadaistyczne, teatry alternatywne czy grupki poetyckie. Te ostatnie okazały się niepowtarzalną okazją do poznania dwójki wyjątkowych, później przecież pierwszoligowych, artystów: Dalego i Lorci. Szczególnie ta pierwsza znajomość okazała się niezwykle twórcza, ale jeszcze nie w Madrycie. Artystyczną mekką Aragończyka stał się Paryż.

Owocny romans z surrealizmem

Nikt wcześniej w kinie nie widział niczego choć trochę podobnego do Psa andaluzyjskiego. Po zapewne nieszczególnie pasjonującym stażu u Jeana Epsteina Buñuel, wraz z Dalim postanowił pójść o krok dalej niż filmowi impresjoniści. Chcieli zszokować, oburzyć, wydobyć na wierzch najgłębiej skrywane w ludzkiej podświadomości lęki. Film z 1929 roku to seria obrazów-szpil wbijających się pomiędzy neurony odbiorcy, by nigdy nie zostać wyciągniętymi. Przecinana żyletą gałka oczna. Mrówki wyżerające osaczoną dłoń. Martwe osły w fortepianach. Manifestowane fantazje gwałtu. Fetyszyzacja śmierci. Inwazja niepożądanego owłosienia. Ćma o trupiej czaszce. Psychoanalityczne wolne skojarzenia. Oniryczna (anty-)logika. Film był totalnym zaprzeczeniem tradycyjnego kina narracyjnego, a jego ewokacyjny efekt do dziś wydaje się niedościgniony.

Pies Andaluzyjski // Foto: IMDb

Kariery obu artystów wystartowały więc z dużym impetem, o filmie było głośno jeszcze wiele miesięcy po pierwszych pokazach. Sensację podkręcono za sprawą ich kolejnego surrealistycznego projektu, luźno inspirowanego powieścią Markiza de Sade’a. Pies andaluzyjski był kontrowersyjny, ale przynajmniej o niczym, apolityczny. O Złotym wieku nie można już było tego powiedzieć. To był film z dość jasną ideą, którą ładnie można podsumować tytułem publikacji Freuda wydanej w tym samym roku – Kultura jako źródło cierpień. Ale jaka kultura? Kultura uprzywilejowanych, kultura burżuazji. Dyscyplinujące aparaty instytucjonalne Kościoła i rodziny. Wszystko to, w karykaturalny sposób przedstawione jako represyjne, uciskające w gorsecie konwenansu, hamujące naturalne popędy.

Oczywiście ta skandaliczna manifestacja wolnej miłości nie mogła ujść artystom na sucho. Szybko wziął ich za mordy aparat cenzury, prawicowi ekstremiści demolowali kina i niszczyli wystawione w nich dzieła sztuki, potem zakazano rozpowszechniania filmu, a twórców potępiono w francuskiej i hiszpańskiej prasie. Artyści musieli po sprawie trochę ochłonąć, ale niedługo potem poszli własnymi artystycznymi  i życiowymi ścieżkami (Luis mniej więcej w tym czasie poślubił Jeanne Rucar). Musieli się rozstać także ze względu na różnice ideologiczne – socjalistyczne i radykalnie anty-kościelne zapatrywania Buñuela, w opozycji do niemałej fascynacji Dalego autorytaryzmem. Stało się to jeszcze bardziej klarowne, gdy oboje wrócili do Hiszpanii, akurat w czas na zalążki Wojny Domowej

Przedtem jednak, Buñuel popełnił Ziemię Hurdów – filmowe dziwadło, dziś uznawane za prekursor gatunku mockumentary. Pokazuje mocno podkoloryzowaną i zmanipulowana wizję jednego z najbiedniejszych i najbardziej zacofanych regionów Hiszpanii. To z jednej strony społecznie zaangażowany krzyk przeciwko obojętności władzy wobec biedoty, z drugiej ironiczny prztyczek w nos dla nierzetelnej, protekcjonalnej i niewrażliwej dokumentacji etnograficznej w filmach dokumentalnych tamtego czasu. Niektóre obrazy są naprawdę wstrząsające i w połączeniu z wypranym z emocji komentarzem zza kadru, dają autentycznie surrealny efekt.

Ziemia Hurdów // Foto: bam.org

Film przedstawiał niekorzystną dla postępowej, republikańskiej władzy wizję Hiszpanii, więc jego dystrybucja została szybko wstrzymana. Rzecz jasna, jeszcze radykalniej podeszła do niego później cenzura frankistowska, zakazując filmu całkowicie. Kiedy doszło do samej wojny, Buñuel ostatecznie całym sercem stanął po stronie Republikanów, realizując pokrzepiające filmy propagandowe. W 1938 zachęcono go do podróży z rodziną do USA, gdzie nadzorowałby to, jak wojna jest przedstawiana w Hollywood. Nigdy do końca nie odnalazł się w amerykańskiej rzeczywistości kulturowej i wkrótce przeniósł się na południe, do swojej kolejnej ojczyzny…

Meksyk – komercha i społecznictwo

Załapując się na złote czasy meksykańskiego kina, Luis doskonale odnalazł się w tamtejszej estetyce. Jarmarczna rozrywka nasycona latynoską gwałtowną uczuciowością, temperamentami rzekomo przecież odziedziczonymi po iberyjskich przodkach, była dla Aragończyka naturalnie przyswajalnym klimatem kulturowym. Kręcił m.in. nastawione na widza masowego musicale czy filmy przygodowe, jednak w większości z nich można znaleźć namiastki autorskiego stylu – chociaż jedną, wybijającą z rytmu sekwencję oniryczną.

Były też tematy społeczne, które autentycznie go bolały i poruszał je z należytym szacunkiem. Najbardziej znamienni Zapomniani z 1950 roku to właściwie kontynuacja tradycji włoskiego neorealizmu, pokazująca brutalną rzeczywistość młodocianych chuliganów w slumsach stolicy Meksyku. Buñuel pokazał ten świat dzieci, w wiecznym cyklu przemocy i obojętności, z niezwykłą wrażliwością, naturalizmem i nie szczędząc wątków naprawdę makabrycznych – matka kryminalizująca syna zrodzonego z gwałtu, poprzez ciągłe go odpychanie, odmawianie miłości.

Zapomniani // Foto: De10.mx

Jest i On (1953), studium Syndromu Otella przeradzającego się w psychozę. Film choć niezbyt udany, niekiedy nudny, niekiedy (niezamierzenie) śmieszny, w dość poruszający sposób dotyka tematów przemocy wobec kobiet i społecznego na nią przyzwolenia, patologicznego przymusu utrzymania instytucji małżeństwa. Jednocześnie niepokoi jak wiele w nim można dopatrzyć się elementów autobiograficznych – żona Luisa także wspomina go jako apodyktycznego i chorobliwie zazdrosnego. Niekoniecznie nawet o innych mężczyzn, ale choćby o talent. Sprzedał jej fortepian i konsekwentnie podcinał skrzydła w przypadku innych, ewentualnych pomysłów samorozwoju.

Mimo tych niewygodnych faktów z biografii, wiele jego dzieł ciekawie interpretuje się w kluczach feministycznych. Zbrodnicze życie Archibalda de la Cruz to pokręcona czarna komedia o wiecznym, chłopięcym mizoginie przeprowadzającym nas przez prawdziwą galerię stereotypowych męskich fantazji o kobiecości (guwernantka, zakonnica-pielęgniarka, pozująca cnotka, trójkąt z modelką i manekinem…), co jest opakowane formą psychodelicznego kryminału wyznania zbrodni. Podobne motywy seksualnego uprzedmiotowienia, a także chorych fetyszyzacji czystości, dziewictwa, erotycznej konsumpcji, znajdziemy przecież w ostatnim filmie Aragończyka. Natomiast wątki emancypacyjne, kobiety sprzeciwiające się zasadom narzuconym przez dyktat patriarchatu, to oba jego późniejsze filmy z Catherine Denevue (Piękność dnia z 1967 i Tristana z 1970), ale też kuriozalna adaptacja Dziennika panny służącej (1964). Widać więc, że był jako tako uczulony na kwestie genderowe, co niekoniecznie przekładało się na jego zachowanie w życiu codziennym.

Zbrodnicze życie Archibalda de la Cruz // Foto: bam.org

Hallelujah

Nazarin z roku 1959 otwiera nowy rozdział w twórczości hiszpańskiego reżysera. W nim rozlicza się z wiarą i dogmatami Kościoła Katolickiego. Ten pierwszy film to raczej wprawka, choć już z jasno nakreśloną ideą. Główny bohater to żywe spełnienie jezuickiego ideału wyrzeczenia się samego siebie i całkowitego oddania sprawom boskiego planu zbawienia ludzkości. Buñuel pokazuje niemal całkowitą bezowocność (pun intended) działań księdza Nazario, częstując go sporą dawką gorzkiej ironii.

Wprawdzie nie jest to jednak kpina z samej religii, miłości do bliźniego, naśladowania Chrystusa. Raczej chodzi tu o pokazanie, jak bardzo te wypowiedziane górnolotne cytaty z Biblii czy pism Loyoli o nadstawianiu drugiego policzka, mogą nie przystawać do otaczającej rzeczywistości i skutkować niczym więcej jak upokorzeniem i zaślepieniem na niereformowalne w ten sposób zło. To film z jednej strony dość siermiężny, wyglądający niechlujnie przez swój konsekwentny naturalizm. Wbrew pozorom jest on bardzo precyzyjnie przemyślany na poziomie kadrowania czy kompozycji elementów, jak zresztą większość filmów Buñuela. Dalej już prymarną rolę będą grać symbole.

Nazarin // Foto: Australian Film Review

Tu wchodzi nakręcona dwa lata później, w dużej części w ojczystej Hiszpanii, Viridiana. Złota Palma w Cannes, potępienie w watykańskim dzienniku, całkowity zakaz wyświetlania w Hiszpanii, groźba ekskomuniki dla producenta filmu, wielki rozgłos na świecie i żywe dyskusje w wielu środowiskach. Sensacja jaką film wywołał, mogła przykryć jego ocenę w kategoriach artystycznych.

Młoda, naiwna zakonnica, przekonana o zhańbieniu ze strony wuja, poświęca się pomocy potrzebującym, którzy to wykorzystują jej dobroć, cierpiętniczą skłonność do samobiczowania i kruszą jej ideały. Wystawiona na próbę, niedojrzała wiara łamie się pod wpływem bezlitosnej rzeczywistości. Schronisko dla żebraków staje się przestrzenią do bezecnej rozróby i radosnej uczty, w której niewdzięczni włóczędzy ustawiają się wzorcem Ostatniej wieczerzy Leonarda. W jednej z końcowych scen, rzucona przez bohaterkę w ogień korona cierniowa, w przejściu montażowym zmienia się w rock’n’rollową płytę winylową – symbol zastępstwa duchowości dla postreligijnego człowieka.

Już same te dwa obrazy wystarczałyby do zaszufladkowania Viridiany jako bluźnierstwa w oczach Kościoła. A to przecież w żadnym stopniu nie jest film uderzający w instytucję czy nawet wszystkich wierzących, raczej w pewne idealistyczne, oderwane od rzeczywistości spojrzenie na świat. Oglądanie filmów Buñuela dla samych treści anty-kościelnych nie ma większego sensu, bo wtedy przychodzi tylko rozczarowanie. Jeśli są, to szczątkowe. Więcej u niego trzeźwej polemiki ze zbyt dosłowną interpretacją „prawd wiary”.

Viridiana // Foto: IMDb

Po niejako przymusowym powrocie do Meksyku, Aragończyk nie wstrzymuje swoich „zapasów” z religią katolicką, a do tego podpina je pod krytykę szeroko rozumianej burżuazji. Anioł zagłady to film o zepsutych bogaczach, którzy po poważnym złamaniu konwenansu, spędzeniu nocy po przyjęciu na podłodze gospodarza, zostają uwięzieni w wielkiej posiadłości i stopniowo popadają w coraz większy atawizm. To niejako pełny powrót Luisa do czysto surrealistycznej konwencji. Dzieło już bardziej złożone w interpretacji, w którym symbolika religijna miesza się z komentarzem do sytuacji politycznej w Hiszpanii. W wielu aspektach to Buñuel spełniony, najsilniej skrystalizowany stylistycznie film do tej pory.

Moim osobistym faworytem, pozostaje jednak prostszy i zwięźlejszy Szymon Pustelnik z roku 1965. Rzecz powstała w produkcyjnych bólach i właściwie niedokończona, okazuje się naprawdę ostrą krytyką ascezy – pękającej w szwach od samozadowolenia fetyszyzacji cierpienia, nie tak dalekiej przecież od hedonizmu. Stojący na groteskowo wysokim słupie na środku pustyni Szymon, zmagający się z kuszeniami efemerycznego Szatana (świetnie zagranego przez Silvię Pinal, odtwórczynię roli Viridiany) to apogeum czarnego żartu z doskonałą puentą. Świetne podsumowanie tego, co przez ten cały czas tak bardzo bolało Luisa w religii katolickiej.

Szymon Pustelnik // Foto: Yellow Barrel

Francuska dojrzałość

Począwszy od Piękności dnia z roku 1967, artysta realizuje swoje filmy niemal wyłącznie we Francji. W tym wieńczącym okresie konsekwentnie pracuje ze scenarzystą Jean-Claudem Carrièrem. Te późne filmy Buñuela są na pewno inne, tracą na dyscyplinie narracyjnej, swobodnie przeplatają rzeczywistość z przestrzeniami fantazji. Bardziej celują w wyobrażeniowe oddanie kluczowej idei, niż w koherencję fabularną. Widać to już mocno na przykładzie filmu z Catherine Denevue. Sama opowieść o znudzonej małżeńskim współżyciem mieszczce, dobrowolnie przyjmującej zawód prostytutki, staje się tylko pretekstem do eksplorowania seksualnych tabu, religijnych kompleksów winy czy psychologicznych traum bohaterki, uwarunkowanych patriarchalnym porządkiem.

Często pomijana Droga mleczna to naprawdę zabawne, oryginalne i bogate w konteksty dzieło. Nawiązujący do tradycji pikarejskiej film drogi, to rzecz o dwóch pielgrzymach na drodze do rzekomo świętego miejsca. Ścieżka naszpikowana jest groteskowymi spotkaniami z plejadą dziwnych postaci, m.in. samym Chrystusem w różnych wcieleniach. Wiele z tych epizodów bezpośrednio odwołuje się do historycznych herezji, zwalczanych przez kościelnych dogmatyków. Luis traktuje te, wydawałoby się śmieszne i małostkowe dyskusje teologiczne, z dużą dawką dystansu i ironii, ale nigdy czystą złośliwością, jest w tym sporo sympatii. W programie m.in. rozstrzelanie papieża, pojedynek szermierczy Jezuity i Jansenisty w sprawie predestynacji i dyskusja o tym, co się dzieje z Ciałem Chrystusa, gdy trafi do układu pokarmowego. Przednia zabawa, nawet jak się tylko pobieżnie rozumie sensy.

Piękność dnia // Foto: IMDb

Zdobywca Oscara za film nieanglojęzyczny za rok 1972, Dyskretny urok burżuazji, to jeden  z najsłynniejszych obrazów Aragończyka. Kolejne i jeszcze mocniejsze od Anioła zagłady, rozliczenia z klasą wyższą, z której przecież Buñuel także się wywodził. Choć za wszelką cenę starał się od tego odciąć, to ciągle trafiał w to puste duchowo i zepsute, inteligenckie towarzystwo.

Rzecz opiera się na banalnym założeniu, zapożyczonym trochę od starego, dobrego Złotego wieku. Bierzemy tych ohydnych, odpychających arystokratów i odmawiamy im podstawowej dla ich podmiotowości czynności życiowej – konsumpcji. Przez cały film próbują zasiąść do stołu i zjeść spokojnie posiłek, ale nieustannie im coś przerywa. A to wojna, a to maoiści, a to śmierć w rodzinie, a to gospodarze uprawiają seks, a to ksiądz, a to theatrum mundi. Powtarzalne? Skądże. Reżyser wykazuje się tak zajmującą wyobraźnią na poziomie samych pomysłów na sytuacje, onirycznej poetyki, scenografii czy frapujących leitmotivów wizualnych, że ani trochę nie odczuwamy, iż w gruncie rzeczy opowiada nam ten sam żart kilkanaście razy.

Dyskretny urok burżuazji // Foto: Jonathan Rosenbaum

Warto nieśmiało postawić też tezę, że duży wpływ na to, jak te wieńczące twórczość filmy wyglądają, mogła mieć postępująca amnezja reżysera. Warsztatowa finezja i dopieszczenie nadal tu jest, ale formy narracyjne wydają się coraz bardziej przypadkowe. Obnaża się tu pewien automatyzm twórczy – te dzieła to swoiste action painting wielkiego surrealisty.

Widmo wolności to ponowna apoteoza irracjonalnego pierwiastka we współczesnym człowieku. Diagnoza kryzysu wyobraźni społeczeństwa, nawołanie do wykorzystania danej nam w postreligijnym świecie wolności do bardziej twórczych celów. Wszystko to podane w fragmentarycznej formie pozornie bezsensownych, surrealistycznych epizodów z absurdalnym dowcipem godnym najlepszych skeczy Monty Pythona.

Widmo wolności // Surrealism and the Unconscious Mind

Ostatnie tchnienie

Mroczny przedmiot pożądania z roku 1977 to enigmatyczne podsumowanie całej twórczości Aragończyka. W roli głównej wielokrotnie już się przez nią przewijający,  zwykle jako figura starego, patriarchalnego porządku, Fernando Rey. Film opowiada o jego bezskutecznych próbach „skonsumowania” swojego związku z piękną Conchitą (graną, z do dziś niejasnych powodów, przez dwie różne, odmiennej urody aktorki – Ángelę Molinę i Carole Bouquet), która konsekwentnie odmawia mu seksu. Ważnym motywem jest lęk bohatera przed, rutynowymi w jego świecie, atakami terrorystycznymi. Przemoc polityczna staje się paraleliczna wobec coraz intensywniejszej przemocy seksualnej, jaką stosuje na Conchicie. W obliczu osaczenia, utraty kontroli nad otaczającą rzeczywistością społeczną, Matthieu zwraca się w stronę tej jednej relacji władzy, która do tej pory była dla niego oczywista – władzy nad kobietą. Czeka go jednak srogie rozczarowanie…

Film jest pełen wieloznacznej symboliki, z której spora część pozostaje do dziś nieoczywista. Znaczenia i wymowa całości pozostają przedmiotem dyskusji, co jest dobre, filmy Buñuela wciąż żyją, mogą być na nowo odczytywane. Luis nie nakręcił nic więcej, choć napisał bardzo intymną autobiografię, z której można dowiedzieć się wiele o jego bzikach, perspektywie na sztukę i ważnych relacjach w jego życiu. Zmarł w 1983,  otoczony najbliższymi mu osobami.

Mroczny przedmiot pożądania // Foto: Senses of Cinema

Nie wszystko filmy Luisa wytrzymały do końca próbę czasu. Często nie są idealne, ale żadnemu nie można odmówić bujnej wyobraźni i choć kilku wartych zachodu scen. Wszystkie tu wymienione z tytułów są interesujące na wielu poziomach i domagają się odświeżenia. To jeden z kluczowych artystów filmowych XX wieku i naprawdę zabawny człowiek, a jego dzieła są dużo lżejsze w odbiorze, niż wielu światowych autorów z tej samej epoki.

Dalsze lektury:

Luis Buñuel Moje ostatnie tchnienie

Jacek Jędrzejewicz Luis Buñuel: Paradoksy uduchowionego ateisty

Jeanne Rucar De Buñuel Memoirs of a Woman Without a Piano

Iwona Kolasińska-Pasterczyk Piekła Luisa Buñuela

Haniebnie pominięci reżyserzy na literę B:

Robert Bresson, Ingmar Bergman, Bernardo Bertolucci, Peter Bogdanovich, Kathryn Bigelow, Tim Burton, Neill Blomkamp, John Boorman, Tod Browning, Shane Black, Brad Bird, Roberto Benigni, Joon-ho Bong, Stan Brakhage, Danny Boyle, Mel Brooks, Luc Besson, Martin Brest, Mario Bava

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *