Łowca androidów – Retrospektywa

Blade Runner Ridleya Scotta to specyficzny rodzaj filmowego arcydzieła. Nie typ skończonego, doskonałego opusu z ręki wybitnego artysty panującego nad każdym jego elementem, a dokonanie pierwotnie niemal toporne, któremu kształt nadali w takim samym stopniu kreujący legendę wokół niego widzowie, jak sami twórcy.

Co mam przez to na myśli? Nie istnieje definitywna wersja filmu, tak jak nie ma idealnych warunków odbiorczych w przypadku każdego innego dzieła sztuki. Wśród licznych powstałych wersji, wariantywnych w mikroskopijnych szczegółach kopii taśmy filmowej, wszystkie z innych powodów mają potencjał na podzielenie widzów. Każdy indywidualny odbiorca będzie zauważał w nich elementy, które może albo skrytykować, albo przetworzyć przez własną, unikalną wrażliwość.

Foto: FilmGrab

Bo jak wiemy, sam proces produkcyjny Łowcy to także skutek zebrania w kupę pomysłów i wizji osób, które bardzo wiele dzieliło. I nie dla wszystkich głos „autora” będzie najistotniejszy w sporze, co przekaz powinien za sobą nieść. Ja np. mam wiele problemów z wymową zakończenia „wersji reżyserskiej/ostatecznej” filmu, a wypowiedzi Ridleya w rodzaju tego co zaprezentował w wywiadzie IGN nakazują mi myśleć, że to przykład artysty, który chyba nie rozumie własnego dziecka i powodów, dla których przemawia ono do widzów.  Żaden ludzki komunikat nie ma zakodowanego w sobie znaczenia. Znaczenie tworzy się poprzez odczytanie. Dlatego intencja artysty nigdy nie będzie decydująca w interpretacji tekstu, szczególnie gdy mowa o dziele filmowym, efekcie pracy wspólnej.

Wniosek do którego zmierzam? Jeśli wśród przytłaczających dzisiaj pean na cześć Blade Runnera znajdujesz powody do zakwestionowania pewnych podjętych w nim decyzji artystycznych, absolutnie nie jesteś sam i prawdopodobnie masz słuszność w swoich wątpliwościach. To dzieło ideowego i twórczego chaosu, które jak każde podlega krytyce. Mimo to, tak jak wielu, nigdy nie zaprzeczyłbym jego wybitności.

Foto: FilmGrab

Łzy w deszczu

Łowca androidów dziś mnie zachwyca. Skłamałbym jednak, mówiąc że była to miłość od pierwszego wejrzenia. Od początku chyliłem czoła audiowizualnemu urodzajowi, ale w całokształcie obraz mnie nieco nużył i nie zostawiał niemal żadnego śladu na poziomie emocjonalnym. Ten problem mam właściwie ze wszystkimi filmami Ridleya Scotta – doskonałe technicznie, ale zbyt zimne, chirurgicznie precyzyjne na wywołanie prawdziwego wzruszenia. Dostrzegałem też pewne scenariuszowe niedoskonałości, na które nie potrafiłem przymknąć oka.

Z każdym kolejnym obejrzeniem uczyłem się doceniać inne aspekty Blade Runnera i coraz więcej z nich trafiało do mnie osobiście, głównie jednak estetyka. Wciąż chwilami traciłem zainteresowanie, nie potrafiłem zgrać się z rytmem filmu, pewne sceny wydawały mi się nieczytelne w kwestii intencji narracyjnej i emocjonalnej. W końcu, po dziesiątym co najmniej seansie, wchłonąłem całkowicie. Film olśnił mnie od pierwszego ujęcia, każde niewysłowione uczucie bohaterów wydało mi się czymś absolutnie wyjątkowym, a finałowy monolog Roya sprawił, że uroniłem łzę.

Co się zmieniło? Nadal nie jestem pewien, ale przyjrzyjmy się obrazowi na sposób, w jaki teraz go rozumiem.

Foto:  beautifulfilmframes.blogspot.com

Płonące okręty szturmowe w konstelacji Oriona

Gdyby ktoś mnie spytał o najpiękniejszy film jaki widziałem, obok RanBarry Lyndon czy Harmonii WerckmeisteraŁowca androidów byłby jednym z pierwszych tytułów, które przyszłyby na myśl. Ale co czyni film pięknym, poza oczywistą maestrią na poziomie technicznym? Co w jego stylistyce sprawia, że znajduje miejsce w sercach tak wielu?

Który obraz jako pierwszy widzicie słysząc słowa Blade Runner? Czy to apokaliptyczna panorama płomieni buchających z kominów fabrycznych w pierwszym ujęciu filmu? Gęste od smug niebieskiego światła i dymu papierosowego biuro szefa policji? Samotny detektyw w strugach deszczu poruszający się po wielokulturowych dzielnicach nędzy, kontrastujących z neonową pstrokacizną? Tęskny koncert na pianinie? Powracający motyw oka – widzącego, wyjawiającego bądź martwego? Odlatująca gołębica? Któraś z wymownych figurek origami?

Foto: FilmGrab

Ja w myślach widzę to wszystko i więcej, ale jako mglisty ciąg intensywnych przeżyć estetycznych, których nie da się sprowadzić do jednego, skonkretyzowanego  obrazu. Tak samo nie da się opisać stylu Łowcy jednym słowem. Cyberpunk? Neo(n)-noir? Zbyt ograniczające terminy. Nazwanie go filmem postmodernistycznym byłoby już uczciwsze. To tekst mówiący wieloma językami, swobodnie dialogujący z chandlerowską tradycją czarnego kryminału, klasyką powieści grozy, aluzjami biblijnymi, filozofią umysłu, poezją romantyzmu, malarstwem Hoppera, estetyką francuskiego komiksu sci-fi, wizjami przyszłości rodem z kina niemego, orientalistyką, spekulatywną nauką czy futuryzującą architekturą. Nie boi się łączyć tych wszystkich przekazów i wynajdować dla nich nowe miejsce, w zbiorowej świadomości widzów filmu.

Jak każde dobre dzieło postmodernizmu, nie oczekuje też od odbiorcy, by odczytał te wszystkie odwołania, a przynajmniej nie jest to wymagane do czerpania z niego przyjemności. Nie musisz wiedzieć kim był William Blake, ani że go właśnie parafrazuje Roy Batty w gabinecie Hannibala Chew, ważne jest to, co jego słowa znaczą w kontekście opowiadanej historii. Nie musiałeś też widzieć żadnego filmu noir, by zakochać się w atmosferze charakterystycznej dla gatunku, przetworzonej na nowo w filmie Scotta. Tak właśnie powinien funkcjonować cytat w kulturze, zamiast zwracać na siebie uwagę – tworzyć nowe znaczenia, pozwalać na doświadczanie dawnych przejawów piękna w nowy, nieprzewidziany sposób.

Foto: FilmGrab

Pamiętam, więc jestem

Więc fabuła, na najbardziej powierzchownym poziomie, to klasyczna opowieść o potworze Frankensteina. Jest jednak zupełnie inna od wszystkich, które wcześniej znaliście. Mamy rok 2019, korporacja Tyrella od lat tworzy z pomocą Sztucznej Inteligencji i inżynierii genetycznej kolejne modele androidów zwanych Replikantami, które na tym etapie są nieodróżnialne od prawdziwych ludzi. Służą do niewolniczej pracy w kosmicznych koloniach, w charakterze robotników, żołnierzy czy prostytutek. Pewnego dnia dochodzi do buntu i wkrótce po futurystycznym Los Angeles krąży pięciu zbiegłych androidów, które prawdopodobnie nie mają dobrych zamiarów. Do schwytania i wysłania ich „na emeryturę” zatrudniony zostaje cyniczny eks-detektyw Rick Deckard z jednostki Blade Runner.

Łatwo przypisać postaci Harrisona Forda rolę głównego bohatera historii. Z jego perspektywy oglądamy całą akcję, jednak przytłaczający cynizm i oschłość wobec wszystkich napotkanych osób odtrąca nas, a nie dostajemy też wielu powodów, by nam na nim zależało, nawet na poziomie misji, która z początku jest mu obojętna. Prawdziwymi, cichymi protagonistami filmu są androidy. To one mają przed sobą najtrudniejszą walkę, one są targane konfliktami zewnętrznymi i wewnętrznymi, a także to one podejmują próbę zmienienia czegoś w swojej sytuacji.

Foto: FilmGrab

Pragnienia Replikantów są czymś bardzo prostym i w swojej prostocie świeże i fascynujące. Nie dążą do żadnego aktu destrukcji, nie chcą zemsty na swoich oprawcach. Nie walczą też o żadne zmiany polityczne, nie liczą na emancypację, równię praw, gdyż wiedzą, że w tym obojętnym świecie jest to walka od samego początku przegrana. Androidy chcą po prostu więcej życia, by ich byt trwał dłużej niż te cztery lata, na które je skazano. Ta jedna, drobna rzecz, jakiej nie mogą dostać.

Roy Batty (Rutger Hauer) jest modelem militarnym. Stworzono go w jednym celu – by szybko i efektywnie wyeliminował wroga, jeśli trzeba to gołymi rękami. Jego „ludzkie doświadczenie” okazuje się jednak nie ustępować niczemu, a nawet przewyższać życie przeciętnego człowieka. Widział wiele, czuł jeszcze więcej, choć nigdy nie otrzymał prawa do zakomunikowania tego, co w nim siedzi. I wie, że to ostatnie dni jego egzystencji, zginie albo z ręki Blade Runnera, albo „przyczyn naturalnych”. Wie, że wszystko co przeżył odejdzie w niepamięć i nie będzie kolejnego pokolenia, ani nawet jednej osoby, która zaczerpnie z jego doświadczeń. Mimo to decyduje się na akt empatii, na uratowanie swojego egzekutora od pewnej śmierci. To jedna z najbardziej dotkliwych, chwytających za serce scen w historii kina.

Ale nie tak kończy się film. Jeśli oglądamy wersję oryginalną, dostajemy wymuszone, romantyczne zakończenie z nielogiczną deus ex machiną. Jeśli natomiast preferujemy wizję Ridleya Scotta, zatrzymujemy się na obrazie jednorożca z origami. Stworzenie to przywołuje nam wcześniejszy obraz snu Deckarda, o jednorożcu właśnie. Sugerowałoby to, że ktoś zna jego sny, co z kolei dowodziłoby, że podświadomość Łowcy jest sztucznym konstruktem. Rick Deckard także jest Replikantem.

Foto: FilmGrab

Tak właśnie wygląda żywot niewolnika

Nie będę nawet zaczynał analizować jak wadliwe jest to rozwiązanie na poziomie logicznym (kto w policji potrzebuje androida pozbawionego jakichkolwiek nadludzkich zdolności, do tego skłonnego do niesubordynacji i używek?). Skupmy się na tym, co to zakończenie robi na poziomie emocjonalnym.

Rick Deckard oparł całą swoją „karierę” Blade Runnera na dehumanizacji Replikantów. Dzięki temu, że widzi je jako programy komputerowe, którym zdarzają się awarie, nie ma żadnych wyrzutów sumienia w kwestii eliminowania delikwentów. W ciągu akcji filmu wiele się zmienia. Nie dość, że zakochuje się w Rachel, jej wrażliwości i niewinności unikalnej dla tego okrutnego świata, to jeszcze Roy Batty, śmiertelny wróg zdobywa się na akt dobroci, jakiej Rick nie zaznał ze strony żadnego człowieka. Wcześniej oczywiście ten sam android zmusił go do szaleńczej ucieczki, która dała mu próbkę doświadczenia bycia Replikantem. Życie w ciągłym strachu i prześladowaniu, bez chwili ukojenia. Jeśli Rick także nie jest człowiekiem, wszystko czego nauczył się o człowieczeństwie i losie androidów od Roya, traci znaczenie. Ten zwrot akcji, poza początkowym szokiem, nie oferuje nam nic.

Foto: beautifulfilmframes.blogspot.com

Zignorujmy więc problematyczne zakończenie i skupmy się jeszcze trochę na samym Deckardzie. Jedną z przeszkód jakie zawsze miałem w odbiorze emocjonalnym filmu jest to, że nigdy nie polubiłem tej postaci. Ponownie wracamy do archetypu antybohatera powieści hardboiled. Arogancki, seksistowski detektyw, niestroniący od alkoholu i z pogardą komentujący otaczającą go moralną zgniliznę. Te niesympatyczne postacie, o których pisał Raymond Chandler czy grywał Humphrey Bogart były jednak przede wszystkim cool. Miały ciętą ripostę na wszystko i bez wysiłku przechytrzały swoich oponentów niedoścignionym sprytem. Rick Deckard nie ma z bogartowskiej charyzmy nic, wychodzi po prostu na żałosnego dupka. Paradoksalnie to czyni go bardziej interesującym.

Jego romans z Rachel (Sean Young) jest jednym z najbardziej nietypowych jakie widziałem w amerykańskim kinie. Niedługo po sztywnym, rutynowym, choć długotrwałym przeprowadzeniu testu Voight-Kampff, Rick okrutnie wyjawia kobiecie, że jej wspomnienia z dzieciństwa, gwarantujące przekonanie o człowieczeństwie, są fałszywe. Wstrząsa nią to, ale detektyw nadal widzi androida jako niższą formę życia, a jego przeprosiny są wysilone. Gdy Rachel ratuje mu życie, ten zdaje sobie sprawę, że jest to jedyna osoba, dla której jest ważny.

Foto: beautifulfilmframes.blogspot.com

Wtedy nadchodzi najbardziej kontrowersyjna scena filmu – Deckard używa przemocy psychicznej i fizycznej, by wymusić na niej zgodę na „akt miłości”. Działanie to porównuje się do innych podobnych „metod uwodzenia” charakterystycznych dla filmów z Harrisonem Fordem, ale dla mnie w tej scenie nie ma nic z rzekomego macho-uroku Hana Solo. To przykry wyraz desperacji mężczyzny pragnącego za wszelką cenę poczuć coś prawdziwego, przełamującego opór tłumiącej w sobie pożądanie kobiety, która nie może się pogodzić z tym, że wszystko co wiedziała o swojej tożsamości było kłamstwem, a jej uczucia nigdy nie należały do niej. To wciąż bardzo niekomfortowa scena, szczególnie z towarzyszącą jej romantyczną muzyką, ale stawia widzowi prawdziwe emocjonalne wyzwanie i zmusza go do głębszej, psychologicznej analizy.

Foto: beautifulfilmframes.blogspot.com

Czas umrzeć?

Jak wielokrotnie podkreślałem, Łowca androidów to nie film, który każdy widz kupi w całości. Jeśli obejrzałeś i z jakiegoś powodu nie rezonował z Tobą osobiście, nie ma powodu sądzić, że czegoś nie dostrzegasz. Może dostrzegasz więcej niż fani rozpływający się nad każdym jego elementem niemal bezkrytycznie. Może rzeczywiście, choć technicznie bezbłędny, bywa emocjonalnie nieszczery i pretensjonalny. Może jest zlepkiem nie zawsze przemyślanych i nie do końca wyeksplorowanych pomysłów. Może jest wynikiem twórczego chaosu i zaprzecza sobie wielokrotnie, nawet jeśli przyjmiemy wizję Ridleya Scotta jako prawdziwą. Może faktycznie widzimy w nim coś, czym po prawdzie nie jest.

Jednak nie bez powodu ten film znaczy tyle dla tak wielu. Nie bez powodu dawne głosy krytyczne zanikły w czasie jak łzy w deszczu, a legenda filmu nadal trwa. Nie bez powodu powstaje sequel, umacniający ją jeszcze bardziej w historii kina. Bo to trudne, niezręczne, może nawet trochę niezamierzone, ale arcydzieło.

A jak będzie z kontynuacją, czy ma szansę dorównać pierwowzorowi, a nawet być obrazem jeszcze dojrzalszym i pełniejszym? Zawsze dobrze mieć nadzieję, a ja sporo jej pokładam w umiejętnościach Denisa Villeneuve.

Poprzednie części retrospektywy:

Czy androidy śnią o elektrycznych owcach? – Retrospektywa

Za kulisami „Łowcy androidów” – Retrospektywa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *