Za kulisami „Łowcy androidów” – Retrospektywa

Nikt dziś nie zaprzeczy, że wpływ dzieła Ridleya Scotta na gatunek science fiction i w ogóle współczesne kino jest nieoceniony. Wszystko jednak zapowiadało spektakularną porażkę, począwszy od okresu pre-produkcji, aż po premierę. Zanim przyjrzymy się samemu filmowi, warto rzucić okiem na niemal równie zajmującą historię jego powstawania. Zapraszam!

O pierwowzorze książkowym  Łowcy androidów pisałem już tutaj. Powieść niedługo po premierze doczekała się zainteresowania tych bardziej kreatywnych filmowców, działających w obrębie systemu Hollywood. Jednym z nich był Martin Scorsese, znany do tej pory z produkcji niezależnych. Nigdy jednak nie upomniał się o prawa do ekranizacji, a inni, którzy próbowali sił w pisaniu scenariusza, zostawali odrzuceni przez autora.

Kto śmiał się pod tym podpisać?

Hampton Fancher, niewydarzony aktor telewizyjny, zaczął pisać swój skrypt przede wszystkim z myślą o zysku. Nie podobała mu się zbytnio książka Dicka, ale zafascynowała go wizja przyszłości, którą przedstawił, dająca podstawy do unikalnych wizualnych przedstawień. Widać było pewien potencjał na komercyjny hit. Jedną z podstawowych inspiracji stylistycznych był francuski magazyn antologiczny powieści graficznych Métal hurlant (przerobiony potem na amerykańskie Heavy Metal). Nie miało to jednak być w zamierzeniu wielkie widowisko, raczej kameralny dramat w kilku pomieszczeniach, muśnięty minimalistyczną stylizacją.

Okładka nr 79 Métal hurlant: socomics.com

Samą nazwę Bladerunner scenarzysta zapożyczył od Burroughsa, wydawała mu się bardziej chwytliwa niż wcześniejsze tytuły Mechanismo Niebezpieczne dni. Dick dobrze przyjął scenariusz, czego nie można było powiedzieć o najważniejszych w tamtym czasie producentach, którzy nie chcieli o filmie słyszeć. Ridley Scott, ponad 40-letni już brytyjski reżyser, doświadczony w setkach reklam telewizyjnych, głośnej adaptacji Josepha Conrada i świeżo po sukcesie Ósmego pasażera Nostromo również nie był zainteresowany. Bardziej atrakcyjna wydawała mu się propozycja ekranizacji powieści Franka Herberta. W przeciągu kilku miesięcy coś się jednak wydarzyło – Frank, starszy brat Ridleya zmarł nagle, a prace nad filmem Diuna szły niemal letargicznie. Reżyser potrzebował zajęcia, które zaangażuje go całkowicie, nie pozwoli mu myśleć o czymkolwiek innym. Dlatego zgodził się na ponowny rzut okiem na scenariusz Fanchera.

Po zgodzie brytyjskiego reżysera nie było już dla nikogo zaskoczeniem, że do niewystarczającego finansowania ze strony małej wytwórni Filmways dorzucił się gigant Warner Brothers, a wszyscy z niecierpliwością wyczekiwali nowego dziecka geniusza New Hollywood. Zanim w ogóle doszło do fazy zdjęciowej, już zaczęły się problemy. Reżyser ciągle żądał nowych poprawek w skrypcie, a Fancher, mający wtedy także prawa producenta wykonawczego, dzielnie bronił swojego dzieła. W duchu był literatem, nie miał w sobie elementu szaleństwa, chęci do zabawy i ryzyka niezbędnej przy tworzeniu wysokobudżetowego filmu. Musiał więc zostać odsunięty od projektu.

„Nocne marki” Edwarda Hoppera – niepowtarzalne ujęcie wielkomiejskiej alienacji w twórczości malarza mocno wpłynęło na wizję Ridleya Scotta

Do przepisania scenariusza zatrudniono Davida Peoples (później autor Bez przebaczenia 12 małp). Znacznie dynamiczniejszy twórca, błyskawicznie reagujący na propozycje współpracowników i stale otwarty na nowe pomysły. Fancher płakał, kiedy zobaczył ogrom zmian w swoim debiucie. Peoples natomiast, był w swoim żywiole. Nie ma chemii pomiędzy Harrisonem Fordem a Sean Young? Nie ma problemu, wpiszmy tę niezręczność we wszystkie interakcje ich zranionych postaci. Jeden z aktorów wymyślił nowe esperanto złożone m.in. z losowych węgierskich wulgaryzmów, dodające przy tym charakteru miastu przyszłości? Niech będzie, pozwólmy mu go użyć. Rutger Hauer zaimprowizował autorski monolog do wypowiedzenia w scenie śmierci swojej postaci? Pewnie sam bym tego lepiej nie napisał, droga wolna. Tak powstają legendy, przez podejmowanie ryzyka. Oczywiście sprawa może być nieco utrudniona, gdy za kamerą stoi…

Reżyser-dyktator

Ridley Scott, lekko mówiąc, nie lubił dyskutować na planie. Według jego filozofii, dobry reżyser nie powinien czuć potrzeby pytać kogokolwiek o zdanie. Musi jeszcze przed ujrzeniem planu filmowego wiedzieć, co ma się znaleźć w kadrze, jak powinien być oświetlony, jak mają poruszać się aktorzy, a wszyscy muszą się jego wizji podporządkować. Zawsze zakładał, że ekipa jest doświadczona i wie co robi, co nie zawsze było prawdą.

Raz zdarzyło się np., że panowie od budowlanki nie zastosowali się do osobistych projektów biura Tyrella autorstwa reżysera i wstawili kolumny odwrotnie niż planowano. Odwrotnie, czyli po prostu zbudowali te kilkutonowe, betonowe molochy do góry nogami. Oczywiście nie spodobało się to Ridleyowi, bo elementy scenografii nie wypełniały kadru jak należy, dlatego ekipa musiała na nowo wstawiać te kolumny, nie uszkadzając przy tym nieskazitelnej podłogi. Opóźniło to kręcenie o jakieś 8 godzin.

Foto: FilmGrab

Harrison Ford szczególnie nie znosił pracy z reżyserem. Twierdził, że ten nie daje mu wystarczająco wskazówek na to, jakich środków aktorskich ma używać, czy jakie emocje w ogóle wyrażać. Ponownie, Ridley był zdania, że aktor takiej rangi jak odtwórca Hana Solo i Indiany Jonesa oraz współpracownik Coppoli powinien sam doskonale się w tym wszystkim orientować. Więcej uwagi przywiązywał do mniej doświadczonych wykonawców jak Sean Young. Wszyscy byli jednak równie zagubieni na planie, a liczne duble niewiele pomagały w zrozumieniu sytuacji.

Podobnych akcji można naliczyć jeszcze wiele. Wszyscy byli stale nakręceni na planie, pracowali wiele godzin w deszczu czy w ciasnych pomieszczeniach, w które wpuszczano tyle sztucznego dymu, że ekipa raz się niemal udusiła. Podczas dni zdjęciowych Scott wypowiadał się dość nieprzychylnie w prasie o nieposłuszeństwie swoich amerykańskich współpracowników i wyrażał irytację tym, że nie może zatrudnić swoich lepszych brytyjskich kolegów przez związki zawodowe. Rozpoczęło to tzw. „wojnę na t-shirty”, podczas której członkowie ekipy podzielili się na dwa obozy i docinali sobie, zakładając coraz bardziej obraźliwe koszulki, broniące lub atakujące reżysera. Oczywiście takie ekscesy również opóźniały kręcenie filmu, który już przekraczał budżet w tysiącach dolarów.

Rysunki Ridleya Scotta: Pinterest

Kitchen sink realism, albo ostatnie arcydzieło analogowych efektów wizualnych

Jordan Cronenweth, autor zdjęć, był jedną z lepiej dogadujących się z Ridleyem osób. Choć podczas produkcji rozwinęła się u niego choroba Parkinsona i pod koniec poruszał się już na wózku inwalidzkim, reżyser trzymał go przy sobie do samego końca i zawsze był otwarty na jego propozycje. W ogóle osoby zajmujące się stroną wizualną filmu, scenografowie, architekci czy eksperci od modelarstwa, miały z reguły zdrowsze relacje ze Scottem.

Do szczególnie wartych wymienienia nazwisk należy Syd Mead, futurysta i projektant samochodów Forda. To on odpowiadał za design pojazdów i ulic, a także pomysł „zorientalizowania” metropolii przyszłości, zainspirowany swoimi podróżami po Dalekim Wschodzie. Nieoceniony jest też wpływ Douglasa Trumbulla, specjalisty od efektów we wszystkim od Bliskich spotkań trzeciego stopnia do Gwiezdnych Wojen.

Model „Hadesu”, krajobrazu industrialnego rozkładu z pierwszego ujęcia filmu; Foto: Geek.com

Wszystko co widzimy na ekranie to godziny drobiazgowej pracy mistrzów w swoich fachu. Każdy element musiał wyglądać nie tylko perfekcyjnie w pomniejszonej skali, ale także przekonująco w kolejnych, nawarstwiających się najazdach kamery, na które nakładało się kolejne ujęcia z efektami. Wykazać się musieli oświetleniowcy, prześwietlający kadry, by ukryć sztuczność elementów, jednocześnie tak, żeby efekt nie zwracał na siebie uwagi, organicznie komplementował styl. Piramida Tyrella to kilkumetrowa konstrukcja z pleksi, z początku świecąca jak holenderski burdel, by następnie zostać pokryta grubymi warstwami farby, którą z kolei potem się strategicznie zdrapywało, by oświetlenie z „okien” było idealnie wyważone. Model nie był dostatecznie wentylowany, przez co spalił się doszczętnie. Na szczęście nie było potrzeby na dodatkowe ujęcia z tym „budynkiem”, a na odbudowę nie starczyłoby czasu ani pieniędzy.

Kiedy faktycznie nie było mowy o nowych miniaturach, pożyczano rzeczy z innych planów. Sokół Millennium czy jakiś pokraczny, niewykorzystany grat z Bliskich spotkań też może posłużyć jako futurystyczny budynek. Od biedy nawet pomalowany zlewozmywak się sprawdzał. Ekipa miała czasami naprawdę szalone pomysły jak uzyskać upragniony efekt i ciekawostki można wymieniać godzinami. Zainteresowanych niuansami modelu sterowca oświetlającego Bradbury Building czy innych świecących parasoli zachęcam do zajrzenia także do innych źródeł.

Przykład użycia techniki „matte painting”; Foto: Pinterest

Post-produkcja i dalsze perypetie

Surowa wersja skończonego filmu trwała cztery godziny. Było to absolutnie nie do przyjęcia w szerokiej dystrybucji i konieczne były drastyczne cięcia. Na pewnym etapie okazało się, że film choć artystycznie jest niesamowity (sam Dick po obejrzeniu dziesięciu minut najlepszych ujęć był zachwycony, jak perfekcyjnie przeniesiono jego wizję na ekran), to na poziomie narracji jest mało czytelny, a opowieść okazała się ciężkostrawna. Doklejono więc szczęśliwe zakończenie i wprowadzono komentarz z offu.

Fatalny i łopatologiczny komentarz z offu, dodajmy. Napisany przez wyrobników przymusowo pracujących po godzinach. Kwestie, które Harrison Ford musiał wypowiadać były jego zdaniem tak złe, że specjalnie partaczył robotę, bo był przekonany, że nie zostaną użyte. Naglący czas zmusił montażystów do pogodzenia się z tym co mieli.

Jedyną sensowną decyzją podjętą w okresie post-produkcji było niewątpliwie zatrudnienie wybitnego greckiego kompozytora muzyki syntezatorowej – Vangelisa. Tego roku zdobył Oscara za ścieżkę do Rydwanów Ognia, a w zanadrzu miał próbki nowatorskiej ścieżki idealnie wpasowującej się w futurystyczną, neo-noirową atmosferę filmu z natchnionymi partiami saksofonowymi. Po usłyszeniu tych fragmentów Ridley Scott wiedział, że znalazł właściwego człowieka.

We własnej osobie; Vangelis Movements

Po premierze film zbierał fatalne recenzje. Krytycy chwalili stronę audiowizualną, ale ganili nużące tempo narracji i płytkość bohaterów. Był porażką finansową, z miejsca startując na straconej pozycji konkurując w tamtym roku z E.T.DuchemRockym IIIStar Trekiem IITootsie 48 godzin. Można to także tłumaczyć faktem, że był to początek kadencji Ronalda Raegana, gdy Amerykanie byli spragnieni optymistycznego spojrzenia na przyszłość, czego dystopijny wydźwięk Blade Runnera był przeciwieństwem.

Okazało się jednak, że nawet rok po premierze ludzie chodzili na nocne pokazy Łowcy Androidów w małych kinach, a wokół filmu powstał pewien kult. Kiedy pojawiły się kasety VHS, popularność filmu rosła coraz bardziej, narodził się nowy fenomen wśród fanów science fiction, którzy odkryli niezrozumianą perłę. W 1992 wyciekła reżyserska wersja dzieła, znacząco zmieniająca jego przekaz i jeszcze bardziej umocniła kinomanów w przekonaniu, że mają do czynienia z arcydziełem.

Okładka: VHSCollector

Dziś Łowca androidów jest niemal jednogłośnie uważany za jeden z najwybitniejszych filmów sci-fi w historii kina. Dzieło nietykalne, nie imające się wszelkiej krytyki. Nie chodzi nawet o nowo odkryty geniusz w wersjach reżyserskich filmu, niektórzy są nawet skłonni bronić ostro krytykowanej wersji kinowej (Guillermo del Toro chociażby). I to wszystko udało się pomimo narcyzmu reżysera, chaosu na planie i tych wszystkich ludzi z tak kompletnie odmiennymi wizjami.

A jak ogląda się dzisiaj Łowcę androidów? O tym za tydzień.

Źródła:

https://en.wikipedia.org/wiki/Blade_Runner

http://www.devo.com/bladerunner/sector/2/trumbull.html

http://www.popularmechanics.com/science/a1775/4218376/

Dangerous Days: Making Blade Runner, Reż: Charles de Lauzirika

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *