Książki, których nie pamiętam

dnia

Czytam stosunkowo dużo. Zdarza mi się nawet śledzić fabułę kilku książek w  jednym czasie, więc tak zwany przerób  mam spory. Dlatego pewnie jest mi łatwiej  zapominieć co właściwie kryje się pod okładkami stojącymi na moich półkach.

Refleksje przy sprzątaniu

Powinnam tak nazwać autorski cykl, bo przy ogarnianiu mojego niewielkiego mieszkania nachodzą mnie myśli różne i przeróżne. Akurat tak się złożyło, że dziś (jako, że sobota to wiadomo – sprzątanie), musiałam zrobić porządek w półkach z książkami. I jakież było moje zdziwienie, kiedy brałam do rąk kolejne powieści i za bogów nie byłam w stanie sobie przypomnieć o nich niczego. Nawet emocji z nimi związanych, bo czasem tylko to zostaje mi w głowie po lekturze, zawsze to coś. A tu nie było nic.

I zaczęłam się zastanawiać dlaczego niektóre książki w ogóle nie zapadają w pamięć. Koronnymi przykłademi są te, które recenzowałam w jakimś punkcie swojego życia – Słowo i Miecz Witolda Jabłońskiego i Imię Bestii Jacka Komudy. Obie okładki kojarzę, obie potrafię bez problemów znaleźć w biblioteczce, ale za nic nie jestem w stanie przypomnieć sobie czegokolwiek o tych tworach. Oczywiście połasiłam się na nie, bo miały ładne grafiki i ciekawe blurby.

Czy pamiętam bohaterów? Absolutnie nie. Czy wiem chociaż co było tematem przewodnim? W przypadku pierwszej chyba jakieś stylizowane na Słowiańszczyznę bóstwa, przy drugiej wydaje mi się, że Francja? Wiecie i tak można długo wymieniać elementy, których nie jestem w stanie sobie przypomnieć.

Czy to moja wina czy wina autora?

Myślę, że chyba jedno i drugie.

Komuda nie był debiutantem, kiedy wydawał Imię…, dokładnie tak jak Jabłoński, a oboje popełnili te same błędy. Ich bohaterowie są nudni i płascy, zlewają się w całość z tłem i żaden z nich nie wybija się na tyle by chciało się o nim w ogóle pamiętać. W przypadku Słowa… dochodzi jeszcze słabe granie motywem słowiańskich wierzeń.

Ale czy same książki są złe? Pewnie gdyby były to wiedziałabym o tym (do dziś śni mi się ten koszmar), ale one są po prostu… nijakie. Choć istnieje jeszcze jeden powód, przez który mój odbiór był taki – trafiło na zły czas.

Pamiętam jak zaraz po przeczytaniu Sagi Wiedźmińskiej sięgnęłam po Bożych Wojowników. Każdy kto czytał oba te dzieła wie, że nie mają ze sobą absolutnie nic wspólnego. Poza autorem. Są od siebie tak różne, że odbiłam się od Narrenturm  i bardzo długo nie mogłam do niego wrócić. Miałam problem ze wszystkim – językiem, bohaterami, historią, ilością łaciny. Nie tego oczekiwałam.

I tak sprzątając sobie dziś te moje półki pomyślałam, że może poza tym, że te książki są takie a nie inne, przypadło im pojawić się w moim życiu po prostu w złym czasie. Kiedy ja miałam ochotę na Aperol Spritz, one były zimnym piwem. To wciąż zimny alkohol, ale cóż.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *