Kredo koszmaru

Zdumienie. To chyba najtrafniejsze słowo, jakim określiłbym swoje wrażenie, po obejrzeniu Assassin’s Creed. Patetyczny, przewidywalny, płaski. Film wchodzi dopiero w Polsce na ekrany kin, jednak dla mnie mógłby już zejść.

Za Assassin’s Creed odpowiada Australijczyk Justin Kurzel. Scenariusz układały z kolei trzy inne osoby, a cały pomysł jest oparty na serii gier komputerowych o tym samym tytule. Wcielamy się w niej w postać skrytobójcy, który w przeróżnych, pięknych regionach świata wybija w pień swoich przeciwników. Jak dotąd ukazało się 21 gier z tej serii, trochę książek, komiksów, koszulek i długopisów.

assassins-creed-gallery-03-gallery-image
Ariane Labed i Michael Fassbender; foto by 20th Century Fox Film Corporation

Ważnym dla tego uniwersum jest założenie, że w kodzie DNA znajduje się pamięć przodków. Odczytać ją – ze współcześnie żyjących ludzi – może specjalna maszyna, w której posiadaniu są templariusze, odwieczni wrogowie asasynów. Już na tym etapie można bez problemu odczytać podstawowy kompleks ludzkości – marzenie  o nieśmiertelności.

Jeśli chodzi o sam film, to wydaje się on wiernie wpisywać w konwencje przyjęte przez twórców gry. Jednak chyba aż za bardzo. Stopień efektów, pościgów, wartkiej akcji czy przemocy jednak nie jest w stanie przykryć idiotyzmów scenariusza. Stary dobry numer z „30 lat później” lub „500 lat temu” jest po prostu niezręcznością, choć chapeau bas dla reżysera, że już na początku ostrzega, co się będzie w filmie wyprawiało.

Jakby sporządzić kredo filmu to brzmiałoby mniej więcej:

  1. Wszystko, co się wydarza ma swój powód.
  2. Światem rządzą konspiracje, spiski i sekty.
  3. Życie jest wartością większą niż nam się wydaje.
assassins-creed-film-header-1280jpg-685176_1280w
foto by 20th Century Fox Film Corporation

Kłopotem tego filmu jest to, że próbuje on mieszać się z realizmem. Jest to bardzo bolesne doświadczenie, bowiem przykro się patrzy jak Magneto Michael Fassbender z odsłoniętym torsem biega w kółko po pokoju, by zdobyć kosmiczny artefakt, dzięki któremu templariusze zasiadający w ONZ będą mogli panować nad sercami i umysłami ludzi na Ziemi. Łzy wyciskają także patetyczne i nic nieznaczące dialogi oraz dosyć nieprzyjemne poczucie predestynacji głównego bohatera. Nie chcę się znęcać nad tym filmem, ale igłą do lobotomii są relacje asasyna z rodzicami. Przenikają się one, w jakoś bliżej niezrozumiały sposób, z upośledzonymi kliszami z Matrixa, Ben Hura czy Helikoptera w ogniu.

Być może problemem jest to, że niełatwo zrobić dobrą adaptację gry komputerowej. Wydaje mi się, że pewien stopień absurdu jest bardziej akceptowany, jeśli nie nawet wymagany, właśnie w grach. Film Assassin’s Creed sam narzuca na siebie pętle realizmu ukazując rok 2016, ONZ czy Krzysztofa Kolumba. Dodatkową smutną obserwacją jest to, że główny bohater przeżywa cudze życie a nie żyje własnym – dopiero w finale to „przeżycie” swojego przodka identyfikuje go współcześnie, jednak nie jest to już świat realny. W każdym razie, ile to mówi o człowieku początku XXI wieku?

Film jest koszmarem, naprawdę. W żaden sposób nie jest uniwersalny, nawet przez chwilę nie próbuje flirtować z intelektualizmem. Stawia prostą analogię odwiecznej walki dobra ze złem. Obfituje w głupie dialogi, bezsensowne postaci, uproszczenia, prostackie skojarzenia czy niezręczne twisty. Spłaszcza symbolikę, obraża naukę. Jednym słowem, nie mogę się doczekać drugiej części.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *