Kompleks czytelnika

dnia

Gdybyście zapytali mnie w trakcie dnia w jakiej książce był Thorin to uwierzcie, potrzebowałbym chwili namysłu. Albo kto napisał 50 Twarzy Grey’a? Wiem, że kobieta, ale szybkie skojarzenie tytułu z autorem działa u mnie w spowolnionym tempie. I jeszcze do niedawna to był dla mnie straszny problem.

Kompleks

Do niedawna wydawało mi się, że to jest coś złego. Coś co powinnam zmienić. Zastanawiałam się czy może powinnam robić notatki po lekturze, takie wiecie – kto napisał, jacy bohaterowie i krótkie streszczenie. Od razu skojarzyło mi się to z podstawówką, w której nasza wychowawczyni robiła nam konkursy na czytelnika. Trzeba było mieć zeszyt w linie i po każdej przeczytaj książce należało ją opisać i zrobić do niej jakąś ilustracje. Do dziś uważam, że to był najlepszy pomysł mojej nauczycielki. To nic, że szybko kończyły mi się strony w tych zeszytach, uwielbiałam przynosić do szkoły wypełnione kolejne strony, żeby móc się pochwalić i dostać ocenę. Tak, byłam takim dzieciakiem.

Ale teraz jako dorosłemu wydawało mi się to dość absurdalne – przecież nie po to czytam książki żeby się tym chwalić. Prawda?

Chwalipięta

A może trochę? Mam ostatnio wrażenie, że ludziom wydaje się, że czytanie książek to jakaś lepsza forma spędzania czasu. W jakiś sposób trwonienie czasu na czytanie jest lepsze od trwonienia czasu na oglądanie filmu. I nie mogę zrozumieć kiedy to się stało.

Jeszcze w XIX wieku uważano czytanie powieści za grzech, pewien pastor twierdził, że jak ktoś czyta za dużo to z pewnością będzie nieprzystosowany do życia. Oczywiście mówimy tu beletrystyce, nie o pozycjach naukowych, ale jakimś dziwnym trafem przez ponad sto lat dzieło szatana stało się kulturą wyższą. I wiecie to dość zabawne, bo to wygląda dokładnie tak jak wszystkie te straszliwe opowieści o grach komputerowych.

W. Orpen /lisak.net.pl

Nie wydaje się Wam, że z czytaniem jest tak jak z oglądaniem filmów czy jakąkolwiek inną rozrywką? Są filmy dobre i złe, jest muzyka dobra i zła, to samo dotyczy książek.

Nie trzeba być geniuszem żeby to zauważyć, ale z jakiegoś powodu chwalenie się tym, że się przeczytało nową Tokarczuk jest uznawane za wyczyn, podczas gdy obejrzenie nowego sezonu Stranger Things to już zwykły weekend.  A przecież czasu potrzeba pewnie tyle samo. Dostęp do obu mediów jest taki sam, przecież to już nie średniowiecze gdzie za książkę płaciło się równowartość wsi.

Bardzo mnie męczy taki snobizm na czytelnika. To chwalenie się co to się już przeczytało. Przypomina mi to trochę chodzenie w glanach i skórzanej kurtce w liceum, bo się słucha Pidżamy Porno. Tylko, że z Pidżamy ludzie wyrastają a z bycie książkową chwalipiętą ewidentnie nie.

Mój kompleks czytelnika pogłębiał się za każdym razem kiedy spotykałam kogoś, kto czyta więcej ode mnie. Kto ma na to czas, kto potrafi więcej, lepiej. Kto ma lepszą pamięć. Bo widzicie, odkryłam, że ja zapominam. Jeśli książka mnie nie porwie, nie zainteresuje, nie sprawi, że będę do niej chciała wrócić w przyszłości – przepadła w odmętach mojej pamięci. Nie będę w stanie przypomnieć sobie imion, nazw miejsc, umknie mi jakaś część fabuły. I wiecie co? Już mnie to nie boli.

Nauczyłam się, że czytanie nie sprawia, że ktoś jest lepszy. Tak jak słuchanie jednego gatunku muzyki czy oglądanie filmów tylko jednego reżysera. Nie w tym rzecz. A ściganie się i udowadnianie sobie kto więcej i bardziej przypomina właśnie te zeszyty z podstawówki – urocze jak ma się kilka lat, ale z biegiem czasu staje się żenujące.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *