Kendrick Lamar DAMN. – Recenzja płyty

dnia

W moim poprzednim artykule dotyczącym Kendricka Lamara stwierdziłem, że jego nowy album będzie świadomym zwrotem w jedno lub drugie artystyczne wcielenie muzyka. Po odsłuchu DAMN. odpowiedź wydaje się być jednoznaczna. Pojawia się jednak kilka innych pytań na które słuchacz będzie musiał sobie odpowiedzieć.

Jedno trzeba Lamarowi oddać. Każdy jego nowy projekt brzmi inaczej, świeżo. Pamiętajmy  w jak ciasnym spektrum znajduje się mainstreamowy hip – hop. Naprawdę sztuką jest więc wykonywać tak radykalne stylistyczne volty jakich dokonuje muzyk. Tym razem K-Dot oferuje nam ucieczkę od jazzowego To Pimp a Butterfly kierując się  w stronę r’n’b’. Spełnia się więc największe marzenie muzycznych geeków tej dekady – Kendrick podejmuje rękawice rzucone przez Drake’a.

Ale czy na pewno? Jeżeli poprzedni pełnoprawny album Kendricka był produkcją zakrojoną na sukces, płytą na której każde słowo miało określoną wartość tak DAMN. jest krążkiem nagranym bez spiny. Oczywiście jest to koncept album, który opowiada o religii i innych ważnych sprawach, ale wszystkie te sprawy traktuje lekko. Lamar nie ugina się już pod ciężarem własnych przemyśleń. Dzisiaj to złotousty myśliciel, który rzuca wersy zaangażowane z lekkością baletnicy.

Już same materiały promocyjne zwiastowały lekki, oldschoolowy album. Fantastyczny singiel Humble brzmi jak niewydany wcześniej utwór Wu Tang Clanu. Beat składający się z czterech uderzeń w klawisze podbijanych basem przywołuje na myśl produkcje RZA sprzed dwóch dekad. Całość niejako zwiastował album oszczędny w materii dźwięku i słowa.

Na DAMN. najbardziej działają te elementy, które na papierze wyglądały koszmarnie. Featuring z U2 jest jednym z największych highlightów albumu. Duet z Rihanną też jest bardzo ok. Lamar potrafi wszystko zamienić w strawny produkt. Jeżeli chodzi o kolaboracje, to jestem zmuszony przyczepić się do Element. Jest to dobry utwór, ale Jamese’a Blake’a (który był producentem tego utworu) stać zdecydowanie na więcej.

Jednak najlepszy utwór na płycie znajduje się pod siódmym indeksem. W Pride Lamar pokazuje że r’n’b’ i alternatywny pop wcale tak daleko od siebie nie leżą. Wyraźny riff gitarowy i delikatne rozmyte tło. Drake takich kawałków nie tworzy.

DAMN. można opisać przysłowiem: „Z dużej chmury mały deszcz”. Piosenki są fajne, ale szybko wylatują z głowy. Tak samo teksty. Można się natomiast cieszyć z faktu, że Kendrick Lamar potrafi się wyluzować i oderwać swoją postać z bogatego kontekstu społeczno-politycznego. Ale czy czasem właśnie ten kontekst nie był motorem napędowym lepszych utworów?

Ocena:6/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *