K jak… Kaurismäki – Subiektywny Alfabet Reżyserów

dnia

Tekst ten jest częścią dłuższej serii artykułów, w której w subiektywny sposób przybliżam życie i twórczość cenionych przeze mnie twórców filmowych. Odnośniki do pozostałych odcinków znajdziecie tutaj.

Spełnienie stereotypu typowego Fina. Wiecznie pijany, a zapytany w wywiadzie o swój problem alkoholowy, podczas opróżniania nastej z kolei szklanki piwa odpowiada, że nie pije nigdy, a jeśli pije, to nie po to by się upić, jak niektórzy. Nie lubi ludzi – uważa że za dużo gadają, dlatego dialog w jego filmie nigdy nie przekracza jednej strony scenariusza. Dobry przyjaciel Jarmuscha, miłośnik uduchowionego kina Ozu i Bressona, adaptor Szekspira i Dostojewskiego, ale nie może się powstrzymać od puentowania nawet najpoważniejszych tematów przaśnym żartem. Mimo że podobno nie znosi śmiechu, a w jego opinii w życiu trzeba być zawsze poważnym.

Zapytany o specyfikę swojego minimalistycznego stylu, nieironicznie pyta: “Co to styl?” Jest w stanie oglądać filmy Marvela, ale tylko jeśli jest niedziela i leczy kaca. Według jego teorii, to Finowie wymyślili tango, a Argentyńczycy je ukradli. Od trzech dekad mieszka w Portugalii, ale dwa razy do roku wyprawia się do Helsinek, by nakręcić film i podtrzymać status czołowego produktu eksportowego “najszczęśliwszego kraju na świecie”, obok Nokii, Muminków i wódki Finlandia. Ten oryginał to oczywiście nie kto inny jak:

Aki Kaurismäki

Foto: Hero Culte

Wyszliśmy od stereotypów i skrótów myślowych, bo znowu mamy, drugi z rzędu po Jancsó, przypadek kraju “egzotycznego”. O ile w przypadku Węgier mogliśmy łatwo sprawę odnieść do naszych własnych narodowych bolączek, silnego poczucia tożsamości i związku z historią, to Finlandia jest o tyle dziwnym przypadkiem, że definiuje ją “wykorzenienie”. Zagubiona gdzieś na pograniczu świata słowiańskiego i germańskiego, z temperamentem łączącym skandynawski dystans z skrywaną głęboko wschodnią uczuciowością. Wpływy bałtyckie, długa podległość kolonialna Szwecji, ale język zupełnie “od czapy”, bo z rodziny uralskiej. Tu powiązanie z równie nietypową mową węgierską, ale “najbliższymi krewnymi” Finów są w rzeczywistości sąsiedzi z drugiej strony Bałtyku, Estończycy. Nawet hymn muzycznie ten sam, tylko inne słowa. Także we wczesnych filmach Kaurismäkiego, Estonia jawiła się jako swoista ziemia obiecana, do której bohaterowie pragnęli uciec od bagażu podziałów ideologicznych, nierówności ekonomicznych, bezrobocia, alkoholu czy po prostu poczucia bezcelowości.

Aki urodził się w 1957 roku w Orimatilli. Od zawsze był bardzo skrytym człowiekiem, dlatego o jego młodości wiadomo niewiele. Czasami mówił profesjonalnym tonem, że “działał w przemyśle budowlanym”, ale częściej odnotowuje się jego prace dorywcze jako listonosza, pracownika na zmywaku czy amatorskiego krytyka filmowego. Ukończył medioznawstwo na uniwersytecie w Tampere, a potem zaczął pracować przy projektach filmowych swojego niewiele starszego brata-pasjonata Miki, w charakterze współscenarzysty czy aktora. Film Valehtelija (“Kłamca”, 1981) stał się niespodziewanym hitem, który wraz z powstałym rok później filmem drogi Arvottomat (“Bezwartościowi”, 1982) z Mattim Pellonpää (później stała część każdego autorskiego projektu Akiego), rozpoczął renesans fińskiego przemysłu filmowego, na długie lata zdominowanego przez obu Kaurismäkich. To jednak nie Mika, a właśnie Aki, stał się z czasem twarzą rozpoznawaną międzynarodowo. Swój debiut nakręcił już w 1983. Debiut niebanalny, bo była to Zbrodnia i kara.

Zbrodnia i kara // Foto: Vulkovar Film Festival

Wysokie aspiracje

Dlaczego Dostojewski? Aki odpowiada, parafrazując: jak upadać, to z wysoka. Bo podobno sam Hitchcock bał się dotykać tej powieści, jakoby była zbyt złożona. Kaurismäki z młodzieńczą swadą odpowiada mu: “Ja ci pokażę, staruchu”. Z perspektywy lat jednak, stwierdza że starszy kolega po fachu miał rację. To było wyzwanie niemożliwe, wymagające mistrzowskiej ręki i autorskiej reinterpretacji, jak to się zadziało z Kieszonkowcem Roberta Bressona (1959). Młody Fin chciał odciążyć Dostojewskiego z metafizyki, kompleksowości monologu wewnętrznego czy wątków pobocznych, tworząc prosty i ascetyczny formalnie kryminał z elementami romansu. Jednak posępna atmosfera, chłodny styl i małomówny bohater, snujący się po centrum Helsinek to za mało na przekonującą i angażującą fabułę gatunkową. To nie był materiał dla dopiero kształtującego się autora filmowego.

Na antypodach tych ambicji znajdowałoby się zapewne Calamari Union (1985). Jeśli szukać porównań do, wspomnianego wcześniej, amerykańskiego twórcy niezależnego, podobnie jak Aki zaprzyjaźnionego z alternatywnymi muzykami i lubującego się w niedopasowanych do otoczenia bohaterach, to ten drugi film Kaurismäkiego byłby zdecydowanie najbardziej “jarmuschowy”. Prawie że odpowiedź na nakręcone rok wcześniej przez Jima Inaczej niż w raju. Wykorzystanie czarno-białej taśmy, zdawkowe dialogi i “anonimowi” bohaterowie. Tu jeszcze bardziej, bo każdy z czternastki “pielgrzymów” ma na imię Frank.

Calamari Union // Foto: Metrograph

W tej absurdalnej parodii filmu gangsterskiego czy też trawestacji kina drogi, wyalienowani dziwacy czują się jak turyści we własnym mieście (a może w ogóle we własnych butach?) i postanawiają udać się do innej dzielnicy. Niemal całkowicie improwizowana odyseja, w którym każdy epizod, jak zeznaje Aki, był wymyślany w amoku lub na kacu, zapewne bawi głównie tych, co byli na planie. Dla widza pozostaje oglądanie kolejno ginących członków bandy ekscentryków, ładnie wykadrowanych na tle knajp i kamienic stolicy. Zdjęcia to akurat zasługa rewelacyjnego fachowca Timo Salminena, który od samego początku po dziś dzień nie opuścił żadnego pełnometrażowego projektu Akiego.

Dopiero w Cieniach w raju (1986) prawdziwie krystalizuje się kod estetyczny Akiego. Jego podstawowym składnikiem jest dobór barw scenografii, często z dominującymi odcieniami niebieskiego i szarego, czasami przełamywanymi eksplozjami czerwieni. Reżyser nie ukrywa swoich inspiracji – tę konkretną estetykę podpatrzył ze stylowych kryminałów Jean-Pierre’a Melville’a (zob. np. W kręgu zła, 1970).

Cienie w raju to pierwsza część rozpoznanej przez badaczy “trylogii proletariackiej”, choć sam Aki woli dobitniejsze określenie “trylogia przegrywów”. Podkreśla tym samym ciężką i niepewną sytuację ekonomiczną bohaterów, połączoną z wrodzoną nieporadnością życiową, stawiając ich tym samym jeszcze klasę niżej niż proletariuszy. Ich twarze są brzydkie, czy też po prostu pospolite – Matti Pellonpää czy Kati Outinen nie zostali obdarzeni rysami stereotypowych gwiazd filmowych. Postacie mają nieinteresujące zawody śmieciarzy, pracowników stoczni czy stanowisk przy taśmie produkcyjnej. Tym, co czyni ich wyjątkowymi, jest ich wewnętrzna siła, kierowanie gniewu do wewnątrz i zdolność podniesienia się po nawet najbardziej upokarzającej porażce.

Cienie w raju // Foto: TIFF

W tej akurat off-beatowej komedii romantycznej, najbardziej ujmująca sceną jest chyba ta, w której po nieudanej randce na mieście z nowo poznaną, piękną kobietą, bohater wraca do obskurnego mieszkania w kamienicy i samotnie zasiada przy stoliku zastawionym do romantycznej kolacji. Bierze do ręki otwartą butelkę wina, zaczyna pić z gwinta, a następnie jednym, zupełnie beznamiętnym ruchem ręki, z pokerową twarzą, zrzuca wszystko na podłogę. Niepotrzebny tu jest żaden komentarz, kwestia dialogowa czy reakcja kamery – ten jeden gest mówi nam wszystko o kryzysie, jaki w środku przeżywa ten człowiek.

Żeby było miło

Te wczesne, przyciężkawe projekty niemal skłaniają nas do zapomnienia, że Aki zasłynął przede wszystkim jako humorysta. Popełnił chociażby takie dziwactwo, jak krótkometrażówka Rocky VI (1986 – jeszcze piątki nawet wtedy nie nakręcono!). Był to swoisty projekt założycielski dla zespołu Leningrad Cowboys, który już w tytule, łącząc komunistyczny wschód z “dzikim zachodem”, kpił sobie ze słabnącej potęgi Związku Radzieckiego, a także stopniowej komercjalizacji wyobrażenia “słowiańskości” w erze globalizacji.

Rocky VI // Foto: TIFF

W tym głupkowatym filmie, będącym rewersem czwartej części Rocky’ego, oglądamy ciężko trenującego boksera Igora, naturalnie zdobywającego siłę w tajdze, dodatkowo męcząc wątrobę hektolitrami wódki, a w wolnym czasie oddając się grze na bałałajce, oczywiście w rękawicach bokserskich. W kontraście stoi imperialistyczny Rocky – latający pierwszą klasą, otoczony paparazzi i profesjonalnym sprzętem sportowym. Oczywiście w tej satyrycznej wersji, przybysz z biednej, rosyjskiej prowincji, “kawał chłopa” robi miazgę z chuderlawego Amerykanina.

W bezpośrednim “kanonie” Leningrad Cowboys, gdy już odnaleźli swój wizerunek, z charakterystycznymi czubami i spiczastymi butami, znajdziemy kilka jeszcze bardziej urokliwych wideoklipów. Czasami zabawne, czasami wzruszające, czasami mówiące coś o fińskiej mentalności, ale zawsze ciekawe. Oto moje trzy propozycje:

Kolejnym kuriozalnym pomysłem Akiego był twór pt. Hamlet robi interesy (1987). Utrzymany w czerni i bieli obraz, ewidentnie inspirowany kinem noir, próbuje przełożyć tragedię Szekspira na realia współczesnego kapitalizmu, czego wcześniej próbował Kurosawa w Zły śpi spokojnie (1960). Tutaj jednak, od obrazowanych mrocznych kulisów mafijnych porachunków, mobbingu w pracy czy najbardziej kazirodczej Ofelii, jaką pewnie widzieliście, ważniejsza jest farsowa zabawa. Otyły biznesmen Hamlet uwielbiający szynkę. Konspiracyjne interesy z przemysłem gumowych kaczuszek. W końcu absurdalna walka na technologię w finale. Możecie od razu pokochać ten prosty, nieco infantylny humor, albo wręcz tego filmu znienawidzić.

Wody międzynarodowe

Ariel (1988), druga część proletariackiego tryptyku, była pierwszym sukcesem fińskiego twórcy na międzynarodową skalę (m.in. nagroda FIPRESCI na festiwalu w Moskwie i Amerykańskiego Stowarzyszenia Krytyków za najlepszy film zagraniczny). Film tworzony już pod szyldem Sputnik Oy, własnej wytwórni braci Kaurismäkich, opowiadał o młodym górniku z zapadłej prowincji, który po samobójstwie ojca, dziedziczy samochód i kilka banknotów, z którymi udaje się do wielkiego miasta. Przez kilka niefortunnych zbiegów okoliczności zostaje obrabowany, ale to ostatecznie on trafia do kryminału. Pod wpływem nieprzyjemnych doświadczeń, rzeczywiście schodzi na drogę przestępczą. Stylowy i dynamiczny pastisz filmu gangsterskiego charakteryzuje bardzo instynktowny, niemal chaplinowski przebieg narracji.

Ariel // Foto: The Criterion Collection

Przymiotnik „chaplinowski”, w równym stopniu związany z prostotą emocjonalną, można odnieść do większości filmów Akiego. Na pewno do jego najsłynniejszego w owym czasie, bo wysyłanego na wiele festiwali międzynarodowych, pełnometrażowego obrazu o “najgorszym zespole świata”. Leningrad Cowboys jadą do Ameryki (1989) to rubaszna satyra na fińskie kompleksy wobec Zachodu, a także opowieść o emigracji i asymilacji kulturowej.

Zespół dziwolągów grających folkowy repertuar, odurza perspektywa wielkiego sukcesu na Nowym Kontynencie, więc czym prędzej rozbijają rodzinną skarbonkę i wyruszają w podróż życia. Ten road trip po amerykańskich bezdrożach szybko uczy – nie ma tu miejsca na ich stare, sprawdzone sposoby życia i muszą też dostosować się do tutejszych gustów estetycznych. Nauczyć się podejmować wspólne decyzje i wzbogacić repertuar choćby o rockandrollowe szlagiery. I uwierzcie, country naprawdę staje się lepsze, gdy do instrumentarium dołącza bałałajka i saksofon.

Leningrad Cowboys jadą do Ameryki // Foto: Metrograph

W tym burzliwym czasie, naznaczonym upadkiem bloku wschodniego, Kaurismäki na stałe wyjeżdża do Portugalii, wciąż jednak rokrocznie wracając do ojczyzny,  by realizować filmy. Był już wtedy z żoną, Paulą Oinonem, która grała potem kilka epizodów w jego projektach, a także pracowało przy niektórych jako treserka psów. Bo trzeba dodać, że choć jedna pamiętna scena z czworonogiem, to nieodłączny element każdego dzieła Akiego. Kilka lat później, w ślady brata poszedł Mika, emigrując do Brazylii, gdzie dopiero jego filmy stały się znaczącymi produktami eksportowymi.

Trylogię życiowych wykolejeńców zamknęła Dziewczyna z fabryki zapałek (1990). Był to jej zdecydowanie najmroczniejszy, najbardziej przeszywająco obojętny i bezpośredni rozdział. Wzgardzona moralnie przez rodzinę i seksualnie przez mężczyzn, pracownica w charakterze żywego trybiku produkcyjnej machiny, przeżywa ciąg rozczarowań i upokorzeń, co popycha ją do podjęcia radykalnych kroków. Ponownie – asceza środków niczym u Bressona, połączona z taką komunikatywnością obrazu i szczątkowością dialogu, że film może być oglądany bez znajomości języka czy napisów, a pozostanie całkowicie zrozumiały.

Dziewczyna z fabryki zapałek // Foto: Metrograph

Jeśliby polecić mniej przygnębiający film, który jednak spełnia się jako wzorcowa egzemplifikacja autorskiego stylu Fina na tym etapie rozwoju, to najlepsza na początek byłaby przesycona czarnym dowcipem groteska Wynająłem płatnego mordercę (1990). Już opis fabuły wiele mówi: zwolniony z pracy urzędnik z depresyjną osobowością (w tej roli Jean-Pierre Léaud, niegdysiejsze alter-ego ojca założyciela francuskiej nowej fali), próbuje kilkukrotnie popełnić samobójstwo, z tragikomicznie opłakanymi skutkami, by w końcu zdecydować się na złożenie zlecenia na samego siebie dla płatnego zabójcy. Reszta jest historią. Gdzieś w połowie filmu pomysł na siebie i humor trochę “siada”, ale ciekawy rozwój bohaterów i zgrabny finał wynagradzają niezręczności. Plus, występ gościnny frontmana The Clash, Joe Strummera.

Tamten film był koprodukcją, ale następny z kolei, pomimo obligatoryjnego Mattiego Pellonpää w obsadzie, był już niemal filmem francuskim. Życie cyganerii (1992) nakręcono w Paryżu, głównie z lokalną obsadą, z gościnnymi rolami reżyserów Louisa Malle’a i Samuela Fullera, a oparto o słynny, XIX-wieczny zbiór opowiadań Sceny z życia cyganerii Henri Murgera. Tylko że tu akcję przeniesiono do ery punkowej, a nasycono nostalgią za wcześniejszymi dekadami dwudziestego stulecia (anachroniczne samochody czy elementy technologii są zresztą symptomatyczne dla filmów Akiego). Zabawna, sentymentalna podróż po światku niepraktycznych ludzi, żyjących z dnia na dzień. Jeden ma psa imieniem Baudelaire, inny prędzej przyjmie śmierć głodową niż prawicowego szefa. Bohema bohemie bohemą.

Wynająłem płatnego mordercę // Foto: Projected Perspectives

Prawdziwy koniec wielkiej wojny

1994 był dla Akiego bardzo pracowitym czasem, bo rokiem trzech premier. Primo, największe przedsięwzięcie w historii żartu muzycznego, jakim niegdyś byli leningradzcy kowboje – wspólny koncert z Chórem Aleksandrowa. Historyczny moment, 12 czerwca 1993, przy którym zjawili się obywatele zaprzyjaźnionych narodów Finlandii i Rosji w liczbie 70 tysięcy, niektórzy komentatorzy nazwali, pół żartem, “prawdziwym zakończeniem zimnej wojny”. Sfilmowany koncert pod tytułem Total Bałałajka Show jeździł po kilku europejskich festiwalach i zbierał dobrą prasę. Bo jak tu się nie oprzeć seniorom legendarnego chóru, śpiewających wszystko, od Oczy czarne po Sweet Home Alabama, wspólnie z jakimiś wariatami, wyposażonymi w gitary i zestawy perkusyjne, stylizowane na traktory?

Fabularna Tatiana natomiast, choć piękna wizualnie (ponownie w ujmującej czerni i bieli), była już trochę powtórką z rozrywki. Trochę niezręcznego romansu, trochę kina drogi z pijacko bełkotliwymi dialogami i fizycznie odczuwalnym wiatrem we włosach. Mieszkający z matką krawiec, z zamiłowaniem do kawy i mechanik samochodowy, z zamiłowaniem do wódki, wyruszają na wymarzoną podróż, będącą zastępstwem dla tej młodzieńczej trasy koncertowej, której nigdy nie odbyli. Poznają dwie kobiety, jedna z Kazachstanu, druga z Estonii. Mówią innymi językami, ale pomimo początkowej niechęci, znajdują jakąś nić porozumienia. Warto dotrwać do zakończenia tej, bardzo zwięzłej opowieści, bo jest jednym z najbardziej uderzających w karierze Fina.

Tatiana // Foto: https://filmstvandlife.wordpress.com

Sagę o najgorszym zespole świata zamknął film Leningrad Cowboys spotykają Mojżesza. Jako niemal bezpośredni sequel filmu z 89’, zaczyna się w Meksyku, gdzie wykolejeni kowboje krążą po pustyni, żywiąc się wyłącznie tequillą. Z dołka wyciąga ich doświadczony menedżer Mojżesz (Pellonpää, w swojej ostatniej roli przed śmiercią na zawał rok później), który proponuje im tournée po potransformacyjnej Europie. Przygoda w sam raz na początek UE. Ten nieco mniej zabawny niż poprzednik obraz, kręcono w kilku europejskich państwach: Francji, Niemczech, ale także Polsce. Ta ostatnia, co ciekawe, grała nie tylko siebie w scenach warszawskiego amoku bohaterów, ale i właściwie cały mityczny, słowiański Wschód, do którego wracają bohaterowie. Tatry “grają” tu Czechy i Rosję.

Z innych pobocznych ciekawostek: Jim Jarmusch oddał hołd tuzom fińskiej kinematografii w nowelowej Nocy na Ziemi (1991). Jak może pamiętacie, ostatni segment ma miejsce w Helsinkach, a kierowca o imieniu Mika, grany jest przez nikogo innego, jak Mattiego Pellonpää.

Wracając do roku 1994. Na festiwalu w Berlinie, Aki Kaurismäki w ślad za Krzysztofem Kieślowskim, ogłosił że kończy swoją filmową karierę. Kieślowski dotrzymał tej obietnicy – Czerwony był jego ostatnim dziełem, a on sam zmarł dwa lata później. W tym samym roku jednak, Aki był już w drodze z kolejną premierą, tym razem w głównym konkursie festiwalu w Cannes.

Leningrad Cowboys spotykają Mojżesza // Foto: IMDb

Kaksi olutta, kiitos

To, że Kaurismäki zbierał gros nagród u siebie, nie zaskakiwało już nikogo. Niemal przy każdym rozdaniu statuetek Jussi (Fińskiej Fundacji Filmowej), jego filmy zabierały praktycznie wszystko. W przypadku Dryfujących obłoków (1996) mówiło się nawet o dużej szansie na nominację do Oscara, która nie spełniła się, prawdopodobnie ze względu na niewystarczającą promocję. Na Cannes za to film przyjęto nader entuzjastycznie, jednak w walce o Złotą Palmę, przegrał z filmem bohatera następnego tekstu niniejszej serii. Fin musiał się zadowolić nagrodą Jury Ekumenicznego.

Film jak najbardziej zapracował sobie na owe wyróżnienia. Jest to, do tej pory, najbardziej dopieszczony estetycznie obraz Akiego, a także jego najbardziej precyzyjny i nieprzypadkowy scenariusz. Dużo bardziej optymistyczna historia – pochwała przedsiębiorczości, ale także siły ludzkiego charakteru, nawet w najgorszych okolicznościach. Pracownica “od wszystkiego” w upadającej restauracji (ponownie rewelacyjna, minimalistyczna Kati Outinen) i jej mąż, motorniczy tramwaju, choć przed finałem historii przeżyją wiele rozczarowań, opróżnią wiele flaszek, pójdą na wiele kompromisów i dostaną nie raz po tyłkach od życia, to nigdy, w szczególności jej, nie opuści wola walki. Autorska formuła Akiego mogła już na tym etapie powoli się wyczerpywać, ale tak naprawdę dopiero zaczynała się spełniać.

Dryfujące obłoki // Foto: Curzon Artificial Eye

Dużo chłodniej przyjęto ostatni eksperyment Akiego w czerni i bieli, Juha (1999), na podstawie opery Leevi Madetoi. Wspominałem już o prostocie emocjonalnej i fabularnej filmów Kaurismäkiego, bliskiej poetyce kina niemego. Juha jest w tej kwestii najbardziej radykalny, bo jest po prostu filmem niemym, z oryginalną muzyką (rewelacyjną zresztą ścieżką Annsiego Tikanmäkiego) i nielicznymi efektami dźwiękowymi. Banalna, choć ambiwalentna moralnie opowieść o sielskiej egzystencji tytułowego chłopa (pierwsza główna rola innego ulubieńca Akiego, Sakariego Kuosmanena) i jego żony-analfabetki, która zostaje zakłócona przez dekadenckiego przybysza z miasta. Film był krytykowany za bycie rzekomo pustym, akademickim popisem “dla nikogo”. Ja nie jestem tak surowy w ocenie i sądzę, że jeśli lubicie specyfikę kina niemego i subtelny czarny humor, znajdziecie tu też coś dla siebie.

Człowiek bez przeszłości (2002) to bez dwóch zdań najbardziej znany tytuł Fina i być może też jego najwybitniejszy. Nominacja do Oscara za film zagraniczny. Na Cannes Grand Prix, nagroda Jury Ekumenicznego, nagroda dla najlepszej aktorki – Kati Outinen, oraz nominacja w konkursie głównym (wyścig o Złotą Palmę przegrany z Pianistą Polańskiego). 7 nominacji od Europejskiej Akademii, 6 nagród Jussi, FIPRESCI w San Sebastian i wiele, wiele innych wyróżnień.

Fabuła niczym z telewizyjnych „okruchów życia.” Taka bardziej przyziemna i romantyczna wersja Tożsamości Bourne’a z tego samego roku. Lepsza niż kiedykolwiek równowaga komizmu i tragizmu. Niezapomniane kreacje aktorskie, nastrojowa muzyka, z udziałem zespołu Marka Haavisto i zatrzęsienie niezapomnianych obrazów. Jeśli macie w życiu obejrzeć tylko jeden film tego reżysera, niech to będzie to. 

Człowiek bez przeszłości // Foto: Brusselslife

A jeśli chcecie maksymalnie zwięzłego podsumowania modus operandi tego romantyka, udającego cynika – obejrzyjcie jego segment Dogs Have No Hell ze zbioru 10 minut później: Trąbka. Bardzo urokliwa rzecz.

Pożegnań czas?

Począwszy od Dryfujących obłoków, w filmografii Fina zauważalny staje się skok w doskonałości warsztatu. Filmy wyglądają jeszcze lepiej, a i narracyjnie są znacznie płynniejsze. Leciutkim rozczarowaniem były Światła o zmierzchu (2006). Fabularnie dość miałkie i typowe dla reżysera, niczym z czasów Ariela. Samotny, wzgardzany przez otoczenie bohater, pracujący jako nocny stróż w centrum handlowym, zostaje uwiedziony przez femme fatale na zleceniu wpływowych gangsterów. Urzeka strona audiowizualna, a także większy niż wcześniej u reżysera związek z czasem i miejscem akcji – dzień polarny determinujący rytm życia bohaterów, czy też inne, meteorologiczne znaki leniwie płynącego czasu.

Światła o zmierzchu // Foto: Cineplex.com

W kolejnej dekadzie Kaurismäki znalazł do siebie zupełnie nową, zaskakującą niszę. Stał się czołowym, artystycznym komentatorem kryzysu uchodźczego wśród europejskich autorów. Pejzażowy Człowiek z Hawru (2011) był swoistą ciszą przed burzą. Przepiękna wizualnie baśń, z przedstawicielem eks-bohemy, pucybutem o znaczącym nazwisku Marx (świetny, powtarzający swoją rolę z Życia cyganerii André Wilms), bezinteresownie opiekującym się przybyłym w stoczniowym kontenerze chłopcem z Afryki. Pikanterii nadaje podskórne napięcie, wynikające z poszukiwań małego uchodźcy przez policyjnego komisarza, oraz z choroby żony protagonisty (poruszająca Outinen). Film zbierał same bardzo entuzjastyczne recenzje, a w Cannes wyróżniono go nagrodą FIPRESCI. I choć jest dość naiwny, może mało odkrywczy, to trudno nie wspominać go z ciepłem na sercu, a obezwładniająco dopieszczone kolorystycznie kadry Salminena zostawiają w pamięci stały ślad.

Jak sugeruje tytuł, to był oczywiście film z grubsza francuski. Aki wrócił za to do Helsinek jeszcze raz, by pokazać niepokojące nastroje społeczne na własnym podwórku. Film Po tamtej stronie (2017), ponownie prezentowany w głównym konkursie Cannes i czyniący reżysera laureatem Srebrnego Niedźwiedzia na Berlinale, ma być zwieńczeniem jego kariery. Równolegle opowiedziane historie helsińskiego biznesmena Waldemara i rozdzielonego z rodziną, syryjskiego uchodźcy Khaleda, składają się w zabawną i poruszającą opowieść o ludzkiej godności, uczciwości i solidarności.

Po tamtej stronie // Foto: Peninsula Cinemas

Okiem Akiego, stolica Finlandii w roku 2017, pomimo obecności łysych neonazistów (przed którymi zresztą Khaled musiał uciec z… Polski, szukając azylu w bardziej przyjaznym miejscu), wydaje się mniej odpychająca niż w jego filmach sprzed trzech dekad. Ojczyzna braci Kaurismäkich może nie jest idealnym miejscem, może wciąż zbyt wielu wybiera tam wódkę jako rozwiązanie problemów, ale nie da się ukryć, że na starość reżyserowi zdecydowanie zmiękło serce do ludzi.

Niektórzy zarzucają Finowi, że jest przykładem reżysera, który wciąż robi jeden i ten sam film przez całą karierę. I choć w trakcie zapoznawania się z jego wszystkimi utworami pełnometrażowymi, doświadczałem często ewidentnej powtarzalności motywów, mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że absolutnie nie żałuję żadnego z seansów filmów tego ekscentryka. Trudno oderwać od nich wzrok. A w szczególności ostatnie kilka obrazów napawa mnie nadzieją, że zapowiedzi o własnym odejściu są kolejnym z jego betonowych żartów i nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Jakiś sylabus?

W szóstym tomie Autorów kina europejskiego był niezły tekst o wątku tożsamości narodowej, ale ja polecam po prostu oglądać wywiady z reżyserem, bo same w sobie są groteską, jakiej on by się nie powstydził.

I jeszcze rewelacyjny wideo-esej:

Odtrącona śmietanka towarzyska:

Stanley Kubrick, Akira Kurosawa, Krzysztof Kieślowski, Emir Kusturica, Elia Kazan, Buster Keaton, Masaki Kobayashi, Abbas Kiarostami, Charlie Kaufman, Tadeusz Konwicki, Michaił Kałatozow, Philip Kaufman, Karel Kachyňa, Mathieu Kassovitz, Takeshi Kitano, Kazimierz Karabasz, Lawrence Kasdan, Kim Ki-duk, Harmony Korine, Jerzy Kawalerowicz, Kazimierz Kutz, Andriej Konczałowski, Elem Klimow, Barbara Kopple, Stanley Kramer, Hirokazu Koreeda, Mika Kaurismäki, Jennifer Kent, Lew Kuleszow, Irvin Kershner, Jan Jakub Kolski, Marek Koterski, Ted Kotcheff, Jan Komasa, Dorota Kędzierzawska

2 Comments Add yours

  1. kryst007 pisze:

    Do odtrąconej śmietanki towarzyskiej jeszcze Wong Kar-Wai, choć w tym przypadku zależy kto jak wypowiada jego imię, bo dla niektórych Kar-Wai jest przed Wongiem 😉

    Kaurismaki to z tych twórców, którego filmografia naprawdę mnie interesuje. Duży minus dla polskich dystrybutorów, że tylko „Człowiek bez przeszłości” doczekał się krążka. Nawet Gutek olał wydanie na DVD „Po tamtej stronie” 😛

    Kolejny najprawdopodobniej Leigh rozumiem? Skoro tak to na bohatera literki „M” proponuję Jean-Pierre’a Melville’a 😉

    1. Dawid Smyk pisze:

      Wong to nazwisko, wg chińskiego zapisu powinno być zawsze na początku, dlatego np. poprawnie jest: Zhang Yimou, Hsiao-hsien Hou, Chen Kaige itd. Baza Filmwebu jest w tej kwestii strasznie niekonsekwentna, niby zachowują system imię + nazwisko, a są kwiatki typu Wong właśnie.

      Raczej nie planuję przyjmować propozycji na tym etapie, chyba że oświecisz mnie z jakimś ciekawym twórcą na „U”, który nie jest Ulmerem 😛 Bądź ktoś albo coś mnie zainspiruje, żeby nie pójść na łatwiznę z panem „S”.
      „M” jest zarezerwowane dla filmografii japońskiej, w końcu musi ktoś być z *takiego* filmowo kraju (choć rozważałem także Manna i Melville’a właśnie, pojawiającego się zresztą w tym tekście).
      I dodatkowo zaznaczam, że patriotycznie uwzględniam dodatkowo polskie znaki osobno, a konkretnie „Ł” i „Ż” 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *