Jurassic World: Upadłe królestwo – Na ratunek dinozaurom

Pierwsze Jurassic World wydawało się niepotrzebnym restartem serii Jurassic Park. Film Colina Tervorrowa okazał się jednak z miłą niespodzianką. Przywrócił nieco magii kina nowej przygody i miłość do dinozaurów. Teraz przyszedł czas na sequel, Jurassic World: Upadłe królestwo.

Isla Nublar, wyspa na której znajduje się zniszczone już Jurassic World chyli się ku zagładzie na skutek erupcji wulkanu. Los zamkniętych tam dinozaurów wydaje się przesądzony. Jednak na ratunek ruszają Owen (Chris Pratt) i Clair (Bryce Dallas Howard), przy współpracy z biznesmenem Lookwoodem (James Cromwell) i najemnikami.

Pierwsze Jurassic World było jednocześnie powrotem do korzeni – wracaliśmy do ukochanej wyspy dinozaurów, w formie licznych easter eggów i rozwiązań fabularnych odwołano się do klasyku Stevena Spielberga. Jednak Colin Trevorrow miał też parę nowych, interesujących pomysłów, dzięki którym film był czymś więcej niż odgrzewanym kotletem. Przede wszystkim, w końcu ukazano nam otwarty, w pełni prosperujący park, obserwowaliśmy rzeczywistość, w której gady wręcz spowszechniały ludziom na świecie. Dotychczasowe części poruszały problem inżynierii genetycznej i zabawy ludzi w Boga. Reżyser postanowił pójść dalej. Wprowadził postać Indominusa Rexa, przerażającą hybrydę która powstała przy współpracy szalonych naukowców i zachłannych marketingowców, którzy pragnęli kolejnych atrakcji. Stwór oczywiście uciekł z klatki i doprowadził do masakry w parku. Pomysł rodem z filmu klasy B, kiczowatych monster movies o mutantach, którzy wymykali się spod kontroli i dokonywali spektakularnej rozwałki – co wbrew pozorom jest bardzo w stylu Spielberga.

Foto: IMDb

Exodus dinozaurów po gatunkach filmowych

Film odniósł ogromny sukces kasowy, a widownia z szerokimi ramionami przyjęła nowe pomysły i wszelkie inspiracje kinem klasy B. Dlatego druga część, Jurassic World: Upadłe królestwo idzie w tym kierunku jeszcze dalej.

Jest to iście gatunkowa mieszanka – mamy tutaj oczywiście kino przygodowe, elementy monster movie, ale też kina katastroficznego, a nawet… gotyckiego horroru. Wbrew regule większości blockbusterów rozmach bynajmniej nie wzrasta ze sceny na scenę, tylko wręcz odwrotnie. Pierwszy akt skupia się na epickiej sekwencji na Isla Nublar – wulkan eksploduje, wszędzie biegają dinozaury, a wśród nich pałęta się polujące na nie wojsko. Wyspa ulega zniszczeniu, akcja przenosi się do starej, brytyjskiej posiadłości, w której bohaterowie mierzą się z tylko jednym dinozaurem.

Podobnie jak w poprzedniej części, będziemy mieli do czynienia z przerażającą hybrydą, ale w porównaniu do Indominusa Rex, będzie ona działała na innych regułach. Indoraptor – bo tak nazywany jest jegomość – jest wyraźnie zainspirowany potworami z monster movies, ale zdecydowanie bardziej kameralnymi. Jak poprzednia część czerpała z m.in. Bestii z głębokości 20000 sążni albo Godzilli, tak tutaj czerpano z Obcego Ridleya Scotta. Nasz nowy mutant jest czarny, smukły, toczy gęstą ślinę z pyska, a przy tym jest diabelnie szybki, zwinny, inteligentny i zabójczo skuteczny w eliminacji homo sapiens. Idealnie nadaje się do nietypowego settingu trzeciego aktu, czyli wspomnianej rezydencji. Stwór wtapia się w mrok, zakrada się do swoich ofiar wysuwając szpony niczym Nosferatu.

Twórcy żonglują konwencjami filmowymi. Za reżyserię zabrał się J.A. Bayona, który ma już doświadczenie z filmami katastroficznymi (Niemożliwe) i gotyckimi horrorami (Sierociniec), co widać po realizacji, inscenizacji i sposobie prowadzenia akcji. Sceny wizualnie dopieszczone na ostatni guzik – zarówno te bardziej epickie, jak i te bardziej kameralne. Bardzo dobra gra kolorami i światłem odpowiednio budują klimat. Kiedy trzeba jest widowiskowo, a kiedy trzeba, strasznie.

Dinozaury wyglądają po prostu ślicznie – widać doskonale każdą łuskę, zadrapanie, ruchy są płynne i naturalne. Zgodnie z tradycją serii, połączono animatronikę z CGI, zdecydowanie częściej niż w pierwszym Jurassic World.

Foto: IMDb

Scenariusz milion lat za dinozaurami

Reżyser miał dużo pomysłów na inscenizację i sceny akcji, niestety tego samego nie można powiedzieć o scenariuszu Colina Trevorrowa. Seria już od czasów pierwszego Jurassic Park zaliczała większe lub mniejsze wpadki scenariuszowe, tutaj jednak przebito wszystko. Już na samym początku zapala się nam czerwona lampka, kiedy uświadamiamy sobie, że wybudowano park warty miliardy na wyspie z aktywnym wulkanem. Dalej wcale nie jest lepiej. Film co chwile serwuje nam masę nielogiczności i absurdów. Innym kuriozum jest chociażby ogromny hangar wybudowany pod posiadłością do której zlatują się biznesmeni z całego świata aby licytować przetrzymywane tam dinozaury… o czym sam właściciel nie ma nawet pojęcia.

Może gdyby film był odrobinę bardziej samoświadomy, moglibyśmy łatwiej znieść część tych głupot. I chociaż humoru nie brakuje, Jurassic World: Upadłe królestwo jednak każe siebie traktować bardziej serio niż tegoroczne Rampage: Dzika Furia, albo film Colina Trevorrowa. Nie zabraknie patetycznych przemówień o zabawie człowieka w Boga, sile natury, przetrwaniu, przy akompaniamencie chórów niczym z Batman v Superman (prawie w ogóle nie uświadczymy motywu przewodniego serii).

Film posiada parę pomysłów. Jeszcze bardziej eksplorowany jest problem inżynierii genetycznej, tym razem z innej strony niż dotychczas. To ciekawe, ale niestety skończono tylko na samym pomyśle, nie jest to w żaden sposób wykorzystane w fabule. Lepiej natomiast wychodzi kwestia dinozaurów. Bohaterowie od samego początku do końca zmagają się z dylematem, czy sztucznie wyhodowane dinozaury posiadają prawo do życia.

Przygoda, bez bohaterów

Głupoty scenariuszowe, które dają pretekst do fajnych sekwencji z dinozaurami to jedno, ale gorzej, kiedy mamy do czynienia z kiepsko napisanymi bohaterami. Owen i Clair w tym filmie nie przechodzą żadnej zmiany i gdyby nie charyzma samych aktorów, byliby kompletnie irytujący. Ich motywacje i decyzje nieraz są pozbawione konsekwencji i nie pasują do postaci. Wszelcy nowi bohaterowie są zbędni i do zapomnienia – mamy irytujące comic relief, kilka nijakich postaci i banalnych ludzkich antagonistów. Nieco wyróżnia się Maisie Lockwood (Isabella Sermon), ale i tu nie uniknięto poważnych wpadek. Chociaż jest dobrze zagrana i wprowadza pewien nowy element do serii, nie pełni żadnej funkcji w historii, a jej zachowanie zmienia się o 180 stopni ze sceny na scenę. Między bohaterami brakuje chemii, dialogi między nimi są sztuczne i za bardzo oparte na ekspozycji.

Jedyną postacią, która budzi autentyczne emocje, posiada jakąś więź z Owenem jest… welociraptor imieniem Blue. Po raz pierwszy w serii postanowiono wprowadzić dinozaura w roli bohatera. Jest ona pokazana jako inteligentna istota, zdolna do odczuwania empatii i gotowa do heroicznych czynów. Aż szkoda, że nie poświęcono jej jeszcze więcej uwagi kosztem tych mniej udanych, ludzkich bohaterów.

Foto: IMDb

Podsumowanie

Mam z Jurassic World: Upadłe królestwo dosyć mieszane uczucia. To film, który dużo lepiej prezentuje się jako seria sekwencji wyrwanych z kontekstu. Doskonałym przykładem jest scena (której fragment widzieliśmy w zwiastunie) z Indoraptorem zakradającym się do łóżka małej Maisie. Sama scena wygląda świetnie, ma naprawdę dobrze zbudowany suspens, ale w kontekście fabuły i wykreowanej postaci dziewczynki, nie ma sensu. To przyjemne kino rozrywkowe, jednak zahaczające o grzeszną przyjemność. Jeżeli szukacie niewymagającej rozrywki, darzycie sporą sympatią poprzednie Jurassic World i monster movies, powinniście się bawić całkiem dobrze, ale im bardziej spróbujecie zagłębić się w niuanse, logikę i konsekwencje, tym bardziej będziecie zirytowani seansem.

Ocena: 6/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *