Junior Boys- Recenzja płyty Big Black Coat

dnia

Junior Boys to jeden z tych irytujących zespołów. Autorzy „Last Exit” na papierze powinni się skończyć już na debiucie, który przedefiniował strukturę synthpopowego grania spod znak Depeche Mode czy Pet Shop Boys. Powinni stać się kolejnym Interpolem. Czyli genialny debiut, a potem coraz to słabsze pozycje w dyskografii. Takie jest prawo muzycznych redefinicji. Na szczęście tak się nie stało. Oczywiście Kanadyjczycy zjechali z poziomu debiutu, trochę zmienili brzmienie ,ale z każdym Lp udowadniali nam, że nie ma na nich mocnych. Tak jest i teraz.

Oczywiście każdy album Junior Boys jest inny na swój sposób. Po raczej melancholijnym, szarpanym i rwanym „It’s All True” przyszła kolej na zimne na wskroś europejskie-Berlińskie granie. Co jednak uderza na „Big Black Coat” to absolutny brak łatwych hitów. Junior Boys nigdy nie byli zespołem stricte singlowym, ale zawsze na płycie znajdował się jakiś wymiatacz radiowy, tu tego nie ma. Ale oczywiście to nie jest wadą.

Kawałki są długie i pełne eksperymentowania, Matt i Jeremy zawsze mieli smykałkę ku eksperymentom, lecz tutaj biją samych siebie na głowie. Bawią się tematami i kolażami gatunkowymi. Od Boards of Canada przez Daft Punk aż czasem kończąc na Autechre. Oczywiście płyta serwuje również bezpośrednie odwołania do idoli chłopaków czyli wspomnianych już synth popowych kapel z lat 80. Dyskotekowe „Over It” mogło by śmiało rozgrzać serca naszym rodzicom i wywołać w nich poczucie nostalgii.

Ale „Over it” to nie jedyny wyróżniający się kawałek na płycie. Weźmy tytułowe „Big Black Coat”, długi popowy monument, który pozwala Junior Boysom na dużo eksperymentów, co chłopaki skrzętnie wykorzystują i bawią się w odwołania do niemieckich mistrzów elektroniki typu: Kraftwerk. Moim ulubionym numerem na płycie jest jednak „C’mon Baby. Wystarczy posłuchać jak Greenspan i Didemus bawią się przestrzenią w tym kawałku. Oczywiście mocne połamane pętle perkusyjne odwołują do ich debiutu. Uwielbiam też elektroniczne wyładowania kończące ten utwór, które przywodzą na myśl skojarzenia z środkowym Radiohead. Słabych kawałków raczej brakuje, wszystko jest utrzymane na tym samym stałym poziomie.

Jest jeszcze jedna dziwna sprawa związana z „Big Black Coat”. Właśnie tej płycie najbliżej do klasycznego dorobku Pet Shop Boys. Brak przebojowości zupełnie w tym nie przeszkadza, zresztą PSB też mieli smykałkę do eksperymentów brzmieniowych(Odsyłam do płyt z pogranicza lat 80 i 90). Cały ten ciężki, zapętlony klimat jest utrzymany w miłej mgiełce podchodzącej z dekady „It’s a sin”. Junior Boysi nigdy jakoś specjalnie nie kryli się z swoimi odwołaniami, ale przeszczepiali je do muzyki współczesnej. Na swoim najnowszym albumie cofają się jednak w czasie. Jest to z tego powodu ich najbardziej niestabilne i kontrowersyjne wydawnictwo. Gwarantuje, że nie wszystkim fanom płyta ta przypadnie do gustu.

A nawet jeśli nie przypadnie, to co z tego? Oni są już tym zespołem co nic nie muszą. Nikomu nie muszą nic udowadniać. Na bez rzeczach elektro-popowej sceny kanadyjski duet już od lat wybija się ponad poziom i już od kilku lat wiadomo, że lepszego zespołu dla New-romantyków którzy nie chcą się odnaleźć w nowej dekadzie nie ma i nie będzie.

Ocena:7/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *