C jak… Carpenter – Subiektywny Alfabet Reżyserów

dnia

Tekst ten jest częścią dłuższej serii artykułów, w której w subiektywny sposób przybliżam życie i twórczość cenionych przeze mnie twórców filmowych. Odnośniki do pozostałych odcinków znajdziecie tutaj.

John Carpenter

Jedna z najważniejszych postaci w kanonie kina grozy. Twórca nierzadko hollywoodzki, ale zawsze autorski. Równie, a może nawet i bardziej, utalentowany jako kompozytor. Jego filmy po dziś dzień inspirują niezliczoną ilość naśladowców, trawestatorów czy wyrobników od kasowych sequeli i remake’ów. Gość zupełnie bezpretensjonalny i pierwsza miłość wielu koneserów filmów klasy B. Nie kto inny, a Mistrz Jan Cieśla.

John, pomimo wychowywania się w konserwatywnie protestanckim Kentucky, miał dużo przestrzeni do rozwoju i wcześnie odnalazł swoje dwie największe miłości – film i muzykę. W kinie łykał wszystko, od legend ekspresjonizmu niemieckiego, przez mistrzów systemu amerykańskiego (John Ford, Alfred Hitchcock i przede wszystkim Howard Hawks), po filmy „z drugiej strony biletu” – niskobudżetowe sci-fi i horrory, na seansach których zostawali tylko zapaleńcy. Natomiast na talent instrumentalny mógł mieć wpływ jego ojciec, nauczyciel muzyki, choć młody Carpenter nie był zbyt cierpliwym uczniem, a samoukiem i jak do dziś mówi: „Mogę zagrać na dowolnych klawiszach, ale nut to czytać nie umiem”.

Młody John na planie Ciemnej gwiazdy // Foto: Stuff to Blow Your Mind

Ground control to Major Tom

Jeśli chodzi o tworzenie filmów, to też raczej preferował bieganie z kamerką po przedmieściach, metodę prób i błędów. Na kalifornijskim USC nie wysiedział nawet roku i szybko zabrał się za swoją pierwszą krótkometrażówkę z budżetem – Captain Voyeur (1969). Swoista wprawka do najbardziej znanego dzieła Carpentera, fetyszystyczny horror o stalkerze, którego poczynania oglądamy z pierwszej osoby (kontrowersyjny motyw inspirowany Podglądaczem Powella, twórcy o którym będzie jeszcze zresztą mowa w tej serii). Następny film, przy którym John współpracował zdobył nawet Oscara za Najlepszy Film Krótkometrażowy (1970). Jego nazwisko najbardziej znamiennie funkcjonuje tam przy autorstwie ścieżki muzycznej.

Ale przede wszystkim musimy zatrzymać się na Ciemnej gwieździe z 1974. Z początku średniometrażowy projekt studencki, dzięki dużej kreatywności Johna i jego kolegi, Dana O’Bannona (później scenarzysta Obcego i jeden z twórców efektów do Gwiezdnych Wojen!) przerodził się w coś niezwykłego. Może nie zarobił wiele, ale szybko zystał status dzieła kultowego.

Ciemna gwiazda // Foto: IMDb

Jest to film niejako parodiujący tendencje zauważalne w wysokobudżetowej fantastyce naukowej tamtych czasów. Filmy takie jak 2001: Odyseja kosmiczna Kubricka czy Tajemnica Andromedy Wise’a, abstrahując od ich walorów artystycznych, nie były szczególnie atrakcyjne dla większości widzów. Przyciężkawe intelektualne, często pozbawione elementu człowieczeństwa, górnolotne, naukowo dopieszczone, zafiksowane na punkcie realizmu. Carpenter za 60 tysięcy dolarów zaproponował alternatywę – wyciągnijmy kija z dupy, pośmiejmy się w konwencji, zmiksujmy z tradycjami mniej ambitnymi, zabawniejszymi i zobaczmy co wyjdzie!

Załoga to głupkowate młokosy, dla których sposobami na spędzenie czasu w długiej podróży kosmicznej są przede wszystkim alkohol, karty, strzelanie i przeżywanie kryzysów egzystencjalnych. Jedynym, co wiedzą o swojej misji jest to, że mają spuścić na ślepo kilka bomb na kilka planet, najchętniej podczas headbangowania do rock’n’rolla (skojarzenia z Wojną w Wietnamie zapewne bardzo słuszne). Kosmita, którego jeden z nich nabywa po drodze to już totalny żart – czerwona piłka plażowa z namalowanymi żółtymi plamkami, poruszająca się na kurzych łapkach, atakująca za pomocą mało efektywnego gwałtu analnego – ksenomorf wysiada. Finał filmu natomiast, to filozoficzna dysputa z komputerem – by nauczyć go fenomenologicznego światopoglądu, który powstrzyma go od detonowania bomby, główny bohater musi zrobić z nim szybką powtórkę z kartezjańskiego dubitatio i idealizmu krytycznego Kanta. Niestety, w ostatniej chwili sztuczna inteligencja wpada na solipsyzm… Wszystko składa się na absurdalną zabawę a’la Monty Python.

Przerażający kosmita z Ciemnej gwiazdy // Foto: Rogues Portal

Don’t Fear The Reaper

Nakręcony dwa lata później Atak na posterunek 13 to film z budżetem niewiele większym, ale ewidentnie robiony już bardziej na poważnie. Klaustrofobiczny thriller, będący hołdem dla często cytowanego Rio Bravo Hawksa (1959), westernowego eposu bohaterskiego o triumfie stróża prawa, tutaj jednak połączonego z atmosferą zaszczucia rodem z Nocy żywych trupów Romero. Widać już tu niezwykłe umiejętności cieśli w ogrywaniu przestrzeni, operowaniu planami ogólnymi i doskonałym zapoznawaniu widza w geografii miejsc akcji i relacji pomiędzy bohaterami, które są budowane tu naprawdę mistrzowsko. Jest też oczywiście niezwykle pamiętny soundtrack. Nagrany w trzy dni (sic!), na tanim syntezatorze i automacie perkusyjnym – te pulsujące, podsycające suspens melodie, pozostają w pamięci na długo po seansie. Jedyne wady to niefinezyjne elementy exploitation – zabicie małej dziewczynki na wizji to tania sensacja i przy okazji odarcie filmowych złoczyńców z niejednoznaczności.

300 tysięcy – 70 milionów. Taki jest stosunek budżetu filmu Halloween z 1978, do jego wyniku w światowym box office. Rzecz bezprecedensowa, bo to także film, który samodzielnie wypromował jeden z najbardziej celebrowanych i płodnych podgatunków horroru – slasher film, także ze swoją niekończącą się serią kontynuacji, wznowień i rebootów. Co stoi za sukcesem fali zbrodni Michaela Myersa?

Atak na posterunek 13 // Foto: Daily Grindhouse

Oczywiście fenomen większego niż życie, seryjnego mordercy, antycypował już Hitchock w legendarnej Psychozie (1960), od którego Carpenter zapożyczył naprawdę wiele w swoich technikach straszenia (poza tym z klasykiem łączy go także imię postaci Donalda Pleasence’a i grająca główną rolę Jamie Lee Curtis, córka Janet Leigh). Protoplastą krwawej łaźni dotykającej kolejno irytujących nastolatków był jednak przede wszystkim inny, dotykający amerykańskich lęków film inspirowany zbrodniami Eda Geina – Teksańska masakra piłą mechaniczną Hoopera (1974).

Halloween jest jednak dziełem nieporównywalnie mniej drastycznym od tamtego, a także każdego późniejszego slashera. To film zdecydowanie subtelniejszy, wyróżniający się od wcześniejszych, konwencjonalnych horrorów np. kreatywnym sposobem kręcenia. Długie, transowe ujęcia ze steadicamów. Jeszcze bardziej podkręcające immersyjne odczucie wojeryzmu POV. Skąpy montaż w kluczowych scenach – granie kompozycją kadru, z akcją na kilku planach. Równie stylowe i sprzyjające grozie, co realistyczne, oświetlenie mieszkania nocą. Co poza tym? Doskonały montaż dźwięku, długa, ale nienużąca ekspozycja ze sprawnym użyciem fałszywych alarmów, wprowadzanie napięcia w codzienność amerykańskiego przedmieścia przez jednoznaczne dla widza leitmotivy muzyczne. Właśnie, muzyka, ponownie. Miało jej pierwotnie nie być, ale pokazy testowe nie poszły za dobrze, a Carpenter nasłuchał się soundtracków do filmów Dario Argento i musiał coś skombinować. W mniej niż tydzień napisał jedną z najbardziej ikonicznych ścieżek w historii kina.

Halloween // Foto: Horror Freak News

Only for the money and the fame (Extra Large!)

Po owocnej pracy w telewizji i spiknięciu się z Kurtem Russellem, Carpenterowi coraz lepiej zaczęło się powodzić w Hollywood. Bardzo udana Mgła z 1980 to niesamowicie nastrojowe ghost story z motywem pirackim i niespieszną, polifoniczną narracją. Ucieczka z Nowego Jorku jest natomiast definicją filmu kultowego. Ultra-dystopijne, retrofuturystyczne otoczenie jednego wielkiego więzienia na bazie Manhattanu. Inspirowany estetyką krautrocka, elektroniczny soundtrack, po raz pierwszy we współpracy z Alanem Howarthem. Cool cyniczny antybohater z ciętym językiem. Może nawet jakiś komentarz społeczny do post-nixonowskiego kaca Ameryki. A czy tam fabuła się liczy, czy nawet sceny akcji jakkolwiek imponują? Tak naprawdę, to nie. Film jest dość klarownym przykładem przerostu formy nad treścią, ale na tyle przyjemnego i atrakcyjnego, że ciężko go nie pokochać.

Coś z 1982 to już w ogóle kuriozum. Oryginalny B-klasowy horror z lat 50., o naukowcach osaczonych na stacji badawczej, w walce z obcym organizmem roślinnym, wyróżniały głównie zręczne dialogi Howarda Hawksa. Remake Carpentera staje się mrożącą krew w żyłach opowieścią grozy, gdzie zło przyjmuje bardziej plastyczną postać – może siedzieć w każdym z nas. Ten genialny koncept wyjściowy otwiera nieskończoną gamę możliwości analizy behawiorystycznej i etycznej ludzi w obliczu zagrożenia, kwestii granic zaufania, bezpieczeństwa, zapobiegliwości, celu uświęcającego środki, konsekwencjalizmu itd. Porywającą i utrzymującą w nieustannym napięciu akcję, urozmaicają niesamowite efekty specjalne Roba Bottina i doskonała ścieżka Ennio Morricone.

Coś // Foto: IMDb

Pierwotnie jednak film został zmieszany z błotem przez krytyków jako bezcelowo wulgarny, nihilistyczny i odczłowieczony. W czasie zbliżonym do premiery E.T. Spielberga, nie miał też żadnych szans na sukces finansowy. Nie był to film na optymizm wczesnego okresu kadencji Ronalda Reagana. Popularność zdobył dopiero na wtórnym rynku VHS-ów i do dziś pozostaje dla fanów horroru kultowym arcydziełem. Odświeża się go do dziś, w rozumieniu samej marki (wersja z 2011, gra z 2002), jak i przetworzenia konceptu (Nienawistna ósemka Tarantino z 2015).

Po porażce The Thing, aż dziw że ktokolwiek jeszcze dopuszczał Johna do wysokobudżetowych produkcji. Rok później popełnił ekranizację Christine Stephena Kinga, pocieszna opowiastka o szkolnym nieudaczniku, którego stary samochód zostaje przemieniony w manifestację id bohatera i zaczyna rozjeżdżać jego dręczycieli w rytm złowieszczej, syntezatorowej muzyki. Potem już zupełnie nie-carpenterowski Starman, czyli ciepły romans, mieszanka A Guy Named Joe Victora Fleminga (pierwowzór Na zawsze Spielberga), z Człowiekiem, który spadł na ziemię Roega.

Gwiezdny przybysz // Foto: Horror Freak News

Higgs Boson Blues

Cieśla umiał jako tako utrzymać się na wodzie w systemie hollywoodzkim, ale nie miał ani jednego prawdziwego sukcesu. Nie żeby się nie starał, z takimi filmami jak Wielka draka w chińskiej dzielnicy (1986) ciężko mu to zarzucić. W tym filmie jest tyle energii, tyle pojechanych pomysłów na akcję, tyle zabawowego kiczu, estetycznego terroryzmu efektów specjalnych. I te natchnione, popkulturowe inspiracje – filmy kung-fu (z całym swoim bagażem cultural appropration…), arkadowe gry, komiksy. Jaki dzieciak mógł się tym nie jarać, przecież to musiał być film roku! Niestety, znowu w tym przypadku sukces przyszedł dopiero na kasetach.

Dalej Carpenter już robił co chce, jako prekursor slashera był na tyle wyrobionym nazwiskiem, że nikt nie miał prawa mu rozkazywać (w końcu sequele Halloween dalej robią kasę, a gdzie byłyby Piątki trzynastego i Koszmary z ulicy Wiązów bez tego). Książę ciemności to powrót do tradycji powolnie budowanego dreszczowca, skupionego w małej przestrzeni. Motywy religijne, okultystyczne przeplatają się z światopoglądem naukowym i swobodnymi dialogami o mechanice kwantowej, którą się John wtedy mocno interesował. Koniec końców wszystko i tak sprowadza się do banalnej sieczki, ale ambicje już trochę inne, a warsztat reżyserski i przede wszystkim muzyczny – lepsze niż kiedykolwiek.

Wielka draka w chińskiej dzielnicy // Foto: Uproxx

Oni żyją, nawiązująca do klasycznej Inwazji porywaczy ciał satyra na konsumpcjonizm w konwencji sci-fi to prawdopodobnie ostatni naprawdę dobry film Carpentera. Choć dość oczywisty, to wystarczająco angażujący, przemyślany, umyślnie grający z przyzwyczajeniami widza (absurdalnie długa bijatyka w rynsztoku), by zapisać się w historii.

King’s Dead?

Co się stało potem? Nie wiem, czy jest sens to komentować. Wspomnienia niewidzialnego człowieka (1992) to kolejne nawiązanie do klasyki horroru, tyle że tym razem za 40 milionów. I w formie słabej komedii z Chevym Chasem i nastawieniem na szpanowanie komputerowymi efektami. Ta sama szkoła, co Ze śmiercią jej do twarzy Zemeckisa, tyle że nic nie zarobiło. I zestarzało się potwornie. Dalej nieśmiały, lovecraftopodobny straszak W paszczy szaleństwa, tandetny remake Wioski przeklętych i niezgorsze komercyjnie, ale fatalne artystyczne Wampiry z Jamesem Woodsem.

W paszczy szaleństwa // Foto: Gizmodo

Oglądając te filmy głównie zastanawiamy się, co takiego się stało z talentem Carpentera? Gdzie ta precyzyjna reżyseria Halloween? Gdzie ta zdolność utrzymania uwagi widza, nawet przy najbanalniejszych fabułach? Gdzie ci wszyscy dobrzy montażyści, spece od efektów? Wcięło zupełnie. Tylko muzyka dalej się trzymała, z coraz bardziej eklektyczną instrumentacją, z konkretnymi zespołami zbieranymi na potrzeby soundtracków.

Duchy Marsa (2001) były tak złe, że John nie nakręcił nic przez następne 9 lat, a po porażce Oddziału zupełnie przeszedł na emeryturę. Zaszył się w domu i tylko oglądał, jak Hollywood z marnymi skutkami przetwarza jego klasyczne dzieła (nie żeby on sam był w tym lepszy, przypomnijmy potworną Ucieczkę z Los Angeles). Reboot Halloween (2007), remake Ataku na posterunek 13 (2005), remake Mgły (2005). Cieśla pozwalał na to wszystko w swoim wypaleniu, nie widząc dla siebie żadnej przyszłości w twórczości filmowej.

Ucieczka z L.A. // Foto: The After Movie Diner

Zbawienie jednak znalazł w muzyce. Jego oryginalne albumy Lost Themes (2015-2016) to kawał naprawdę doskonałej elektroniki, z silnymi wpływami synthwave’u. Oczywiście nie można było się spodziewać po nich szczytowania na listach Billboarda, ale mają swoich miłośników, do których należę.

Tak samo jak ten artysta, choć jego okres świetności jako filmowiec przeminął dawno, to wpływ na kino pozostaje nieoceniony. Wciąż zaprasza się go na wszystkie imprezy związane z grozą i wręcza mu się nagrody, bo to ikona. Choć poza The Thing, w moim odczuciu nigdy nie zbliżył się do wybitności, to niewielu jest twórców, których filmy sprawiałaby mi tyle samo przyjemności przy wielokrotnych seansach. Człowiek ma po prostu niezwykłą charyzmę jako artysta, jego filmy są prawie zawsze spójne stylistyczne. To pewnie za sprawą jego nietypowej kontroli nad ich kształtem artystycznym, równoczesności myślenia filmowego i muzycznego – obrazy Carpentera są nie tyle reżyserowane, co wirtuozersko komponowane.

Polecana lektura:

Gilles Boulenger John Carpenter: The Prince of Darkness

Shortlista pominiętych:

Charlie Chaplin, Jane Campion, Jean Cocteau, Leos Carax, John Cassavetes, Joel i Ethan Coen, Francis Ford Coppola, Sofia Coppola, David Cronenberg, Marcel Carné, Věra Chytilová, Kaige Chen, Marlen Chucyjew, Henri-Georges Clouzot, Costa-Gavras, Nuri Bilge Ceylan, Frank Capra, George Cukor, Michael Curtiz, Alfonso Cuarón, Roger Corman, Cameron Crowe, Wes Craven, James Cameron

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *