J jak… Jancsó – Subiektywny Alfabet Reżyserów

Tekst ten jest częścią dłuższej serii artykułów, w której w subiektywny sposób przybliżam życie i twórczość cenionych przeze mnie twórców filmowych. Odnośniki do pozostałych odcinków znajdziecie tutaj.

Zdaję sobie sprawę, jak głęboką niszą jest kino węgierskie. Tym bardziej ważne było dla mnie, by nie pójść na łatwiznę i wziąć na warsztat Jima Jarmuscha (w następnym odcinku i tak będzie fiński Jarmusch!), a zamiast tego głębiej przyjrzeć się twórcy mającym swoje miejsce w dziejach europejskiego kina autorskiego, ale pozostając przy tym karygodnie nierozpoznanym. W końcu to reżyser ponad 50 filmów pełnometrażowych, podczas gdy w podręcznikach zwykle przewijają się maksymalnie trzy. Niektórych tytułów, które tu przedstawię, nie znajdziecie w niemal żadnej innej polskojęzycznej publikacji.

Węgierska kinematografia zawsze stała gdzieś w rozkroku pomiędzy kinem narodowym, rozliczającym się z ciężkiego bagażu historycznego, a awangardowymi eksperymentami z narracją i inscenizacją. Nikt w tak wyraźny sposób nie ucieleśnia tych przenikających się tendencji jak właśnie obiekt tego artykułu. Na początku Węgierski Wajda może wydawać się trudny, brutalnie przełamujący przyzwyczajenia odbiorcze, ale jego oko uchwyciło wiele uderzających obrazów, których powidoki nie opuszczą Was do końca życia.

Miklós Jancsó

Jeśli już dotknęliśmy tematu obrazu i nawiązaliśmy do Wajdy, do tej pory chyba nikt tak trafnie tego nie uchwycił jak on:

z: Alicja Helman Język filmowy Miklósa Jancsó

Zanim jednak można było mówić o autorskich dziełach Jancsó w kategorii prostych, ale poetycko wymownych obrazów, musiał on trochę tych radzieckich ciągników wykadrować – w końcu żył w czasach, w jakich żył. A jakie to czasy? Może szybka powtórka z historii Węgier wraz z ważnymi datami w jego życiorysie? Rodzi się w 1921 roku, czyli kilka lat po Wielkiej Wojnie. Po tym łabędzim śpiewie zbrodni europejskiego imperializmu rozpada się Monarchia Austro-Węgierska, rok później to samo dzieje się z krótkotrwałą komunistyczną Republiką Rad. W konsekwencji u władzy stoją militarystyczni kontrrewolucjoniści pod wodzą Miklósa Horthyego, jednak ich autorytet kruszy się wobec żądań aliantów. Na mocy Traktatu w Trianon Węgry tracą ⅔ swojego terytorium, w tym bardzo silnie związaną z ich kulturą Transylwanię na rzecz Rumunii.

Matka Jancsó była Rumunką żydowskiego pochodzenia, ojciec Węgrem, ale głęboko związanym z Siedmiogrodem. Kwestie pochodzenia bardzo dzieliły liczną rodzinę, a jeszcze podczas Wojny rodzice Miklósa musieli opuścić kraj, ze względu na wyrok śmierci, ciążący na ojcu za działalność jako asystent gubernatora Transylwanii. Najmłodsze pokolenie wychowywało się już pod Budapesztem. Lata dorastania przyszłego reżysera przypadały na czas nasilania się na Węgrzech nastrojów nacjonalistycznych, w wyniku niezadowolenia z powojennej rzeczywistości i postanowień w Trianon, a będący u władzy regent Horthy dzisiaj bywa uznawany za prototyp faszystowskiego dyktatora.

Następnie kraj czeka oczywiście II Wojna Światowa, złamany sojusz z III Rzeszą i okupione śmiercią i gwałtem “wyzwolenie” przez ZSRR. W tym czasie Miklós Jancsó unika służby wojskowej, studiując różne kierunki na kilku uczelniach, m.in. prawo, etnografię i historię sztuki, by ostatecznie ukończyć Akademię Teatru i Sztuki Filmowej w Budapeszcie w 1950. Wcześniej też odrzuca swoje katolickie wychowanie i dołącza do partii komunistycznej w roku 1945, biorąc udział w reformie rolnej i odpracowując swoje na polu…

Foto: IMDb

Mało obiecujące początki?

Jego dorobek filmowy otwierają głównie krótkie dokumenty, propagandowe kroniki filmowe. Z ciekawszych tytułów tego okresu wymienia się materiał o wielokulturowym zlocie młodzieży w Warszawie z 1955, z którego przebija się autentyczna duma obywateli wolnego państwa. Bo takim rzeczywiście mogła się Polska Ludowa jawić, z perspektywy pochłoniętej kryzysem ziemi Madziarów. Węgry to nie był też kraj dla filmowców i nie mowa tu tylko o niezależnych, w końcu mówimy o czasach triumfu stalinizmu. Podczas wojny cała infrastruktura filmowa została doszczętnie zniszczona, a sprawy pogorszyły się jeszcze bardziej, gdy w 1956 doszło do Rewolucji. Dwa tygodnie walk przeciwko reżimowi, inspirowane Poznańskim Czerwcem, skończyły się brutalną pacyfikacją, tysiącami ofiar i długimi latami represji pod batem Jánosa Kádára. O podżeganie tłumu najbardziej obwiniana była, oczywiście, inteligencja.

W tym zamordyzmie nie było więc miejsca na potrzebne, artystyczne rozliczenie ze świeżą traumą, dlatego też może nakręcony w wieku 37 lat debiut fabularny Jancsó (Dzwony powędrowały do Rzymu, 1958) musiał wydać się widzom nieautentyczny. Wracał do tematu II wojny światowej, ale w sposób całkowicie zgodny z linią partyjną. Dzielna młodzież licealna, plująca w twarz nazistowskim okupantom i tworząca własny ruch oporu, by w kryzysowej sytuacji wpaść w ramiona szlachetnych czerwonoarmistów, to uosobienie wojennego heroizmu. Bajka, której przed miażdżącą krytyką nie mógł uratować nawet forsowany przez Jancsó wątek dylematów etycznych nauczyciela łaciny.

Drugi film reżysera, Światło na twarzy (1963), jest już ciekawszy i, moim zdaniem, stanowi lekturę obowiązkową. Metodyczna wizualnie opowieść o młodym chirurgu i jego nieznośnej lekkości bytu”, w równym stopniu pożycza od kina alienacji, niedziania się” Antonioniego, co zapatrzona jest w motywy ludowe, na czele z Cantata Profana Béli Bartóka. Jest to trawestacja powszechnego mitu awansu społecznego, opowiedzianego tu niejako od końca.

Światło na twarzy // Foto: Senses of Cinema 

W pierwszej części filmu miejscem akcji jest szpital, w którym pracuje główny bohater – wykształcony i powoli nabywający renomę w środowisku. Jednak nie bez poczucia pewnego kompleksu oszusta, być może za łatwo mu to przyszło, może znalazł się tu przypadkiem? Dokumentalne ujęcia operacji na otwartym sercu łączą się tu z długimi, poetyckimi jazdami wzdłuż szyb, zza których czasami nie słyszymy dialogów bohaterów, ale jesteśmy w stanie odczytać napędzające ich emocje.

Drugi akt to podróż po światku węgierskiej, wielkomiejskiej młodzieży. Protagonista snuje się po kawiarniach, studenckich mieszkaniach i potańcówkach z projekcjami awangardowych filmów, szukając dla siebie miejsca w tutejszej bohemie. Co ciekawe, pomimo koniecznych ugrzecznień na potrzeby cenzury film Jancsó bardzo spodobał się sportretowanym tu dwudziestoparolatkom.

W ostatniej części Cantaty (oryginalny tytuł) bohater wraca do rodzinnego gospodarstwa. Tu już w pełnej okazałości widzimy charakterystyczny dla reżysera krajobraz bezkresnej puszty przełamywany nielicznymi maszynami rolniczymi. Jak możemy się domyślić, młody lekarz nie jest już tą osobą, która kiedyś znajdowała wspólny język z poczciwym, chłopskim ojcem…

Autorski charakter pisma Miklósa w dalszym ciągu krystalizuje się w Wojennej przyjaźni (Így jöttem, 1965). Dziwny film wojenny, w którym samego konfliktu zbrojnego właściwie nie widać, jest kontynuacją kádarowskiej tradycji felszabadulási film  filmu o wyzwoleniu. Tutaj jednak, zamiast opowiadać o heroicznych Rosjanach, Jancsó skupia się na młodym Węgrze przechodzącym od jednej niewoli do drugiej, zmieniając co rusz mundury z niemieckich na rosyjskie, wpadając w kłopoty i sprawiając wrażenie bezużytecznego.

W końcu trafia pod straż radzieckiego żołnierza – rówieśnika. Mimo że mówią różnymi językami, zaprzyjaźniają się, a jeszcze bardziej zbliża ich do siebie postępująca choroba ze starej rany Rosjanina. Tytułowa przyjaźń ma wyraźny podtekst homoerotyczny, widoczny szczególnie w pamiętnej scenie z rzeźbą, jednak film głównie analizowało się w kontekście swoistego syndromu sztokholmskiego w relacjach węgiersko-rosyjskich.

Znajdziemy tu także jeszcze więcej charakterystycznych dla Jancsó wyjątkowo długich, obserwacyjnych ujęć z podnośników w dalekich planach i pustych przestrzeniach. To też pierwszy scenariusz napisany we współpracy z zaprzyjaźnionym Gyulą Hernádim, który od tej pory działał z reżyserem przy każdym filmie niebędącym koprodukcją.

Wojenna przyjaźń // Foto: Filmhu

Przebicie międzynarodowe

Na festiwalu w Cannes roku 1966 wydarzyło się coś bezprecedensowego. Nieznany nikomu reżyser z bloku wschodniego przyjeżdża z jakimś niepodobnym do niczego tworem. Angielski tytuł: The Round-Up (obława”), węgierski tytuł: Szegénylegények („wyjęci spod prawa”). Co to będzie, western? Może i są konie, może i są bandyci oraz szeryfowie”, ale do schematu klasycznego westernu na pewno Desperatom (1966) daleko.

Film był absolutną sensacją. Do dziś w wielu retrospektywach figuruje jako najwybitniejszy film węgierski wszech czasów” i na długi czas nadał reżyserowi status czołowego twórcy z tego kraju, gdzie na swoim podwórku musiał w tym względzie rywalizować z Istvánem Szabó, rozpoznanym międzynarodowo dopiero dwie dekady później. Choć Desperaci nie wygrali konkursu w Cannes, to nie miało znaczenia o nich mówiło się najwięcej.

Obraz naznaczony ascetycznymi, jaskrawymi, bladymi przestrzeniami murów więziennych i bezkresną pustką równin przedstawia wycinek historii z czasów po węgierskiej Wiośnie Ludów. Władze habsburskie w poszukiwaniu zbójnickiego przywódcy Sándora Rózsy, walczącego za rewolucji po stronie narodowego bohatera Kossutha, gromadzą więźniów w klaustrofobicznych celach i dokonują prowokacji ostatecznej. Wykorzystują wszystkie środki represji, jakie mają w zanadrzu. Przemoc fizyczna i psychiczna, swoista ścieżka zdrowia”, izolacja, chłosta, wieszanie, publiczne upokorzenie i, najbardziej skuteczne, przymusowe denuncjowanie innych wrogów cesarstwa w celu uniknięcia kary.

W dziełach Jancsó nie obowiązują żadne prawidła narracyjne kina stylu zerowego”. Nie można mówić tu o głównym bohaterze raczej o pewnych zbiorowościach, rozróżnianych najczęściej rodzajem stroju lub też jego brakiem. Dialogi zredukowano głównie do wydawanych rozkazów i wyroków. Nie ma też fabuły w żadnym klasycznym rozumieniu tego słowa, ale ciąg kolejnych aktów przemocy, z rzadka przełamywany nadejściem wiejskich kobiet zza horyzontu, przynoszącym pożywienie katowanym więźniom.

Desperaci // Foto: Senses of Cinema

Oczywiście, reżyserowi na dłuższą metę wcale nie chodziło tu o XIX wiek, a raczej dość czytelną dla rodaków aluzję do represji kádarowskiej władzy po ‘56. Warunkiem władz do wysłania filmu do Cannes było oświadczenie, że film nie miał nic wspólnego z niedawnymi wydarzeniami politycznymi. Jancsó zgodził się na ten kompromis, ale jak wspomina: Wszyscy i tak wiedzieli, że to nieprawda”.

Czy Desperaci są dziś arcydziełem? Kwestia sporna. Jak większość filmów tego reżysera, potrafią na zmianę hipnotyzować i nużyć, jednak pewne aspekty obrazu są tak uderzające, że trudno żałować przeżytego seansu. Niemniej uważam jego następne dzieło za bardziej spełnione w obranej formule. Na tym etapie Miklós pozbawił się już wszelkich iluzji szczęścia w socjalistycznym państwie, przynajmniej w rozumieniu partii rządzącej, lecz nie zaprzestał swojej walki o autorską wizję. Czy film na 50. rocznicę rewolucji październikowej jest dobrą drogą?

Gwiazdy na czapkach (Csillagosok, katonák, 1967) również były nominowane w Konkursie Głównym Cannes. Jeśli jednak pamiętacie mój wpis o Milošu Formanie, to wiecie też dobrze, że historia uniemożliwiła rozstrzygnięcie festiwalu z 1968.

Desperaci // Foto: Listal

Czym jest ten film, laurką dla aktów heroizmu Węgrów walczących po stronie czerwonoarmistów dla sprawy komunizmu? Poza tym słynnym finałem z szarżą w akompaniamencie Marsylianki, absolutnie nie. Podobnie jak w poprzednim filmie, mamy tu do czynienia z nienarracyjnym obrazem beznadziejnej sytuacji jednostek wobec niszczycielskich sił. Kolejne akty przemocy, bitwy, egzekucje przedstawiane są z lodowatym i bezosobowym dystansem. Wojna okiem analityka niezaangażowanego emocjonalnie w nic, co rejestruje. W wielu sekwencjach niemal niemożliwe staje się odróżnienie od siebie stron konfliktu cykl oprawców i ofiar, w każdej chwili zmieniający swój bilans. Niezależnie czy w jednym z tych monstrualnie długich ujęć zobaczymy rozstrzelanego rewolucjonistę, czy białogwardzistę, przemoc pozostaje przemocą.

Jancsó bywał u siebie” oskarżany o obojętność i nieczułość wobec okrucieństwa. Jednak, jak słusznie zauważyła światowa krytyka, ta daleka od programowego patosu kliniczność przedstawienia wojny, zmuszanie widza do nieodwracania wzroku w ciągnących się w nieskończoność inscenizacjach zbrodni, w całej ich okazałości, były świeżym spojrzeniem dla narracji filmowej. Na ten temat i nie tylko. Te radykalnie modernistyczne eksperymenty z językiem znalazły swoje rozwinięcie później, choćby w nurcie slow cinema lat 90., praktykowanym przez twórców do dzisiaj.

Gwiazdy na czapkach // Foto: Suns Cinema

Desperaci i Gwiazdy na czapkach bywają uznawane za części trylogii, której dopełnieniem miałaby być Cisza i krzyk (Csend és kiáltás, 1968). Znowu mamy cul-de-sac puszty, znowu agresorów i uciskanych, upokarzanych. Czas tym razem trochę nieokreślony, choć najczęściej się wskazuje 1919, czyli rok Węgierskiej Republiki Rad.

Podstawową różnicą jest to, że możemy tym razem wyróżnić dwóch głównych bohaterów żandarma i zbiegłego Istvána. Ten drugi ukrywa się w gospodarstwie bardzo ubogiej rodziny, na czele której stoi słabego charakteru ojciec, a tajemnicą poliszynela jest podtruwanie babci, prawdopodobnie w celu odciążenia budżetu. Ten pierwszy zdaje się doskonale wiedzieć, w czyjej piwnicy siedzi poszukiwany, ale nie zaszkodzi mu się trochę poznęcać nad chłopami, aż sumienie się odezwie i István sam się ujawni.

Sam konflikt jest więc rodzajem niemej gry między bohaterami, którzy przez większość akcji nie mają ze sobą kontaktu, co jest bardzo nietypowym zagraniem dla Jancsó to artysta symbolu i alegorii, nie psychologizmów. Oczywiście, nadal jest tu miejsce na szerokie panoramy i długie ujęcia, wzbogacone o nowego operatora (Jánosa Kendego) i obroty o 360 stopni.

Wycieczki i balety

Ożywcze wiatry (Fényes szelek, 1968) to pierwszy film Jancsó zrealizowany w kolorze i pierwszy, w którym znaczącą rolę w narracji odgrywają śpiew i taniec. Tym razem przenosi nas do roku 1947, czasów stopniowej laicyzacji szkolnictwa i masowych aresztowań duchownych prowadzących działalność oświatową. Lewicująca młodzież z pieśnią i filozoficznymi zagadnieniami na ustach wkracza w mury katolickiego seminarium i próbuje forsować marksistowskie idee rówieśnikom.

Prym wiedzie tu strona wizualna: doskonałe wyważenie intensywnych barw, przemyślana choreografia ruchu i układów wewnątrz kadru. Sama historia o powstaniu ruchu rewolucyjnego i stopniowej jego dezintegracji, tworzeniu się wewnątrz młodych manifestantów grup podobnych bolszewikom i mienszewikom może się wydawać już nieco sztuczna i przealegoryzowana”, przez co film nie zdobył takiego uznania krytyków i widzów.

Ożywcze wiatry // Foto: mupa.hu

W kolejnych produkcjach Jancsó kontynuował swoje autorskie modus operandi. Nakręcone w 12 ujęciach Sirocco (1969) to klaustrofobiczny obraz rosnącej paranoi i wzajemnej nieufności w środowisku chorwackich ustaszy, przygotowujących się w 1933 roku do zamachu na króla Jugosławii. Znowu dochodzi do bezlitosnych egzekucji, rodzących tylko kolejne akty przemocy. Symboliczny Baranek Boży (Égi bárány, 1971) natomiast powraca do czasów Republiki Rad, a bohaterem jest demoniczny ksiądz ze skrzypcami (nie kto inny jak Daniel Olbrychski) przynoszący zgubę niepodejrzewającym niczego komunistom.

Na krótkotrwałym wygnaniu (jego przyczyny niejasne) Jancsó zrealizował swój pierwszy film we Włoszech, Pacyfistkę (La Pacifista, 1970), również z Danielem Olbrychskim, ale i muzą Antonioniego, Monicą Vitti w roli głównej. Nasycony kiczowatą poetyką romans dziennikarki z ultra-prawicowym bojówkarzem został zmiażdżony przez krytykę i wywołał konflikt pomiędzy reżyserem a gwiazdą. Miklós obwiniał Monicę za porażkę filmu ze względu na zmiany w scenariuszu wynikające ze strachu aktorki przed zaprzepaszczeniem kariery na skutek zbyt mocnego ideologicznego zaangażowania filmu. Podobnie też jak wszystkie tytuły wymienione w tym i poprzednim akapicie, jest bardzo trudno dostępny. Jeśli uda Wam się znaleźć kopie tych filmów z angielskimi napisami, macie ogromne szczęście. I dajcie mi znać.

Baranek Boży // Foto: Nowe Horyzonty

Przeładowany symbolami Czerwony Psalm/Dopóki lud prosi (Még kér a nép, 1972) nie spodobał się wszystkim, ale uważany jest za znaczący powrót do formy, przynosząc Jancsó Złotą Palmę dla Najlepszego Reżysera. Osobiście uważam go za jego magnum opus, inscenizacyjną doskonałość, do której dążył co najmniej od czasu Desperatów.

Afabularny obraz stłumionej rewolucji chłopskiej czasu Fin de siècle aż pęka w szwach od przedmiotów antycypujących marksistowską utopię i jej nieuchronny upadek. Lud wspólnymi siłami wypełnia bezkresne równiny natchnionymi pieśniami: od folkloru węgierskiego, przez Marsyliankę, aż po secesyjną Johnny Is My Darling czy Warszawiankę. Czytany jest list Engelsa o historycznej nieuchronności. Lokalne Trzy Gracje uwodzą cesarsko-królewskich. Chłopi tańczą w kółeczku, okrążając płonący kościół. I czerwony, bardzo dużo koloru czerwonego. Krwawiące rany, rozkwitające” na dłoniach przyjaciół rewolucji w postaci czerwonych wstążek. Rzeka krwią zabarwiona. Czerwone usta kobiet całujących poległych, przywracające ich do życia.

Wszystko jest absolutnie szalone, wielokrotnie przekracza granice symbolicznego kiczu, jednak nigdy nie wyprowadza  nas z transu. A to dzięki niesamowitemu zmysłowi inscenizacyjnemu reżysera, który te wszystkie nadmiernie skomplikowane układy taneczne dopracował do perfekcji z niesamowitym pietyzmem. Jancsó nigdy nie lubił montażu i to widać, bo wydaje się trzymać te ujęcia na tak długo, na ile pozwala mu taśma. Wszystko w służbie dzieła nazywanego czasami baletem rewolucyjnym, w poetycki sposób obrazującym heglowską wizję historii jako ciągłego, dialektycznego konfliktu tez i antytez, nieustannego odradzania się Ducha w kolejnych pokoleniach. Ostatecznie nie ma to być jednak doświadczenie intelektualne, a obrzęd religijny, jak sugeruje nam tytuł.

Czerwony Psalm // Foto: cinematheque.fr

Te same wątki były też przedmiotem zainteresowania Elektry, mojej miłości (Szerelmen, Elektra, 1974). Trawestacja antycznej Orestei i różnych jej wariacji staje się tu przede wszystkim dramatem władzy i refleksją nad postacią buntownika, bliższą właściwie historii Antygony niż Elektry. Sama tytułowa postać nie ma zresztą tak dużego wpływu na rozwój akcji, większy akcent zostaje położony na postać Orestesa. Wraca on do ojczyzny w przebraniu posłańca, by ogłosić własną śmierć, po czym Elektra sama go uśmierca i… przywraca do życia jako bohatera zdolnego pokonać ojczyma-uzurpatora.

70-minutowy, 12-ujęciowy film znów pełen jest zapierających dech w piersi obrazów całkowicie wykorzystujących przestrzeń kadru w celu eksponowania tanecznych układów mas ludzkich, nastrojowych i dysonansowych świec czy pawia. W pamiętnej ostatniej scenie do tego symbolicznego mikrokosmosu starożytnych mitów wkracza… czerwony helikopter. Jancsó na tym etapie nawet nie udaje, że jest subtelnym twórcą, ale jego obraz nadal pozostaje w wielu aspektach porażający.

Elektra, moja miłość // Foto: Electric Sheep Magazine

Czas na emeryturę?

Film Grzechy prywatne, publiczne cnoty (Vizi privati, pubbliche virtù, 1976) był ostatnią włoską koprodukcją w karierze Jancsó. Opowieść o rozpustnym życiu jedynego syna austro-węgierskiego cesarza, Franciszka Józefa, krytykowana była za udawanie filmu historycznego pod pretekstem erotyka, do tego mało atrakcyjnego. Jeśli znamy trochę twórczość Miklósa, wiemy, że z reguły nie używał seksu w celach taniej eksploatacji. Intensywnie obecna nagość, także kobieca, zawsze u niego wiązała się z upokorzeniem, podatnością, pozycją ofiary. Trzeba jednak przyznać, że im dłuższa kariera, tym bardziej wiele jego charakterystycznych lejtmotywów zdawało się zatracać swoje pierwotne znaczenie, przez co niektórzy zarzucali mu popadnięcie w autoparodię.

Tak jest, niestety, także z Węgierską rapsodią (Magyar rapszódia, 1979), pierwszą częścią z planowanej trylogii Vitam et sanguinem. Inspiracją dla fabuły była postać Endre’a Bajcsy-Zsilinszkiego, prawicowego polityka, który po I wojnie światowej zaczął popierać sprawę opozycji. Tutaj mamy jednowymiarową postać okrutnego właściciela ziemskiego, znęcającego się nad chłopami, przeżywającego kilka upokorzeń i w końcu uwiedzionego narkotyczną wizją rewolucji. Wszystko w oparach sztucznej mgły, na płaskich dekoracjach i z niemal nieczytelną akcją. Film był praktycznie niezrozumiały poza Węgrami, a okazał się ostatnim dziełem Jancsó prezentowanym w Konkursie Głównym Cannes i zdecydowanie najsłabszym, jakie widziałem. Krytycy byli bardziej przychylni wobec drugiej części trylogii, mającej miejsce podczas II wojny, jednak w żaden sposób nie udało mi się do Allegro barbaro (1979) dotrzeć. Zamknięcie tryptyku nigdy nie powstało.

W 1981 Miklós poślubił montażystkę Zsuzsę Csákány. Po dwóch nieudanych i krótkotrwałych małżeństwach to przyniosło mu czwórkę dzieci i szczęście aż do dnia śmierci.

Węgierska rapsodia // Foto: IMDb

W tym samym roku, jako już trochę “drogi w utrzymaniu” bękart węgierskiego przemysłu filmowego, nakręcił bardzo dziwny i dość ciekawy twór pt. Serce tyrana, czyli Boccaccio na Węgrzech (A zsarnok szíve, avagy Boccaccio Magyarországon). Z Dekameronem ma to niewiele wspólnego, bo jak mówi jeden z bohaterów na koniec: Na Boccaccia nie starczyło nam czasu”. Jest tu coś z Hamleta, coś z commedia dell’arte, coś z faktycznej historii XVI-wiecznych Węgier (najazdy Turków), coś z legend (Elżbieta Batory kąpiąca się w krwi młodych dziewcząt, by zachować młodość).

Na pewno jest to jakaś refleksja nad naturą władzy i „polityką pamięci” autorytarnych reżimów. Na pewno można mówić o brechtowskich koncepcjach przełamywania teatralnej iluzji, nieokreśloności “scenicznej” przestrzeni. Bohaterowie przechodzą z ról w role, z jednego mikroświata do drugiego. Wracają świece, sztuczny wiatr, deszcz, tony origami i umieszczanie aktorów na ukrytych przenośnikach taśmowych. Jancsó robi wszystko, żeby zdynamizować każdą klatkę obrazu, a i tak na koniec zaskakuje nas czymś zupełnie meta”. Hermetyczny eksperyment czy filmowa jazda bez trzymanki, od której nie da się oderwać wzroku? Odpowiedź brzmi: to trzeba zobaczyć.

Przez resztę lat 80. Jancsó szukał nowego miejsca dla siebie w przemyśle. Nakręcił telewizyjną adaptację Fausta, dokument o zespole Omega (tak, ci od Dziewczyny o perłowych włosach!) oraz zupełnie zapomnianą francusko-izraelską koprodukcję Świt (L’Aube, 1986).

Apokaliptyczny Sezon potworów (Szörnyek évadja, 1987) otrzymał wyróżnienie na festiwalu w Wenecji i jest dość intrygującym obrazem kryzysu duchowego wielkomiejskiej inteligencji w dobie mass mediów (dużą rolę grają wszechobecne, obracające się telewizory pokazujące alternatywne wersje wydarzeń). Na uwagę zasługuje surrealistyczna atmosfera ze scenami rodem z Sanatorium pod klepsydrą Hasa, wczesny występ gościnny Katarzyny Figury, a także Béli Tarra jako chorego umysłowo naśladowcy Chrystusa. Film też jako pierwszy zapowiadał ostateczną przeprowadzkę” Jancsó z krajobrazów puszty w urbanistyczny organizm Budapesztu…

Serce tyrana // Foto: Moviverzum

Nieznane wody

Coś się kończy, coś się zaczyna. W 1989 roku upada komunizm, a Jancsó już pędzi, by zdiagnozować bolączki społeczne po transformacji ustrojowej. W filmach, takich jak: Horoskop Jezusa Chrystusa (Jézus Krisztus horoszkópja, 1989) czy Nad pięknym, modrym Dunajem (Kék Duna keringö, 1991) uprawiał niewybredną satyrę ówczesnej sceny politycznej i społecznego zagubienia, niezadowolenia ze stanu życia. Wszystko w coraz bardziej poplątanych i fragmentarycznych narracjach, w których, jak sam mówił, chciał nie tyle przekazać koherentną treść, co pewne samopoczucie, charakterystyczne dla zbyt wielu rodaków.

W kolejnych latach, poza tymi postmodernistycznymi eksperymentami, zaczął też mocno rewitalizować swój wizerunek publiczny. Kolegował się z młodymi twórcami, udzielał im rad, grał komiczne epizody w ich filmach. Kazał się nazywać wujkiem Mikim”. Promował alternatywne zespoły rockowe, folkowe czy też raperów i  współpracował z nimi przy kolejnych projektach. Aktywnie popierał liberalną partię SZDSZ i legalizację marihuany. W końcu nakręcił też serię surrealistycznych komedii o dwóch grabarzach, które stały się bardzo popularne wśród młodego pokolenia.

Z sześciu filmów o Pepe i Kapie ja widziałem dwa: Pan Bóg zostawił mi latarnię w Peszcie (Nekem lámpást adott kezembe az Úr Pesten, 1999) i Ostatnia kolacja Pod Gniadym Arabem” (Utolsó vacsora az Arabs Szürkénél, 2001). Oba są bardzo ciekawe i to nie tylko ze względu na nieposkromione szaleństwo, dziejące się w obrębie bardzo długich zmyślnych ujęć, czy występy muzyczne (jeśli chcecie poznać węgierskiego odpowiednika Ryszarda Peji, pewnie nie będzie innej okazji). Filozoficzne bolączki, które poruszają te dzieła, są autentycznie fascynujące.

Pan Bóg zostawił mi latarnię w Peszcie // Foto: Civilhetes

Pierwszy z nich zaczyna się słowami: Gdybym był zwierzęciem, nie chciałbym człowieka jako pupila”. W kolejnych absurdalnych epizodach Jancsó próbuje na wszelkie sposoby dowieść tezy o zepsutej naturze człowieka i jego podejścia do umierania. Budapeszt w tym filmie jest przesiąknięty śmiercią w każdym aspekcie, bohaterowie dosłownie giną kilka razy i reinkarnują się na nowo (Pepe i Kapa, w zależności od potrzeb, mogą być gangsterami, policjantami, skinheadami czy urzędnikami), a nastolatka morduje całą swoją rodzinę i zostaje tylko lekko upomniana tak nie wolno.

Pamiętliwy Węgrzy w końcu do dziś będą oburzeni, gdy stukniecie się z nimi kuflem piwa, bo słyszą w tym echa egzekucji z rąk cesarsko-królewskich zaborców (naprawdę, nigdy tego nie róbcie tego na Węgrzech!). Jest też cały skecz o skakaniu z mostu. Właśnie, samobójstwa Węgrzy od lat przodują w tym aspekcie, jeśli chodzi o europejskie statystyki. Dlaczego tak łatwo to im przychodzi? Jancsó wydaje się mówić: nasiąkając za młodu śmiercią z tak wielu stron, trudno nie być martwym już za życia…

W Ostatniej kolacji… Pepe i Kapa budzą się na szczycie pomnika na budapesztańskim Placu Bohaterów, odsypiając kaca po Sylwestrze w sierpniu. Wspominają zawody kelnerskie, które odbyły się tam w latach 30. i w dalszej części filmu postanawiają je odtworzyć. W międzyczasie próbują wpasować się w jakieś ciekawe towarzystwo, w końcu to stolica. Wszyscy jednak są mniej lub bardziej zakompleksieni, nie czując się dobrze w miejscu, w którym są. Grabarze w jednej scenie postanawiają kantować ludzi na fałszywą teleportację do wodospadu Niagara, by w innej faktycznie udać się na wycieczkę do Stanów. Pragnę zauważyć, że ten film miał bardzo mały budżet i 12 dni zdjęciowych. Jancsó wykorzystał co najmniej ¼ tego czasu, by polecieć z ekipą nad prawdziwą Niagarę i nakręcić jeden skecz do filmu. Czy Węgry idzie pojąć na poziomie intelektualnym?

Ostatnia kolacja „Pod Gniadym Arabem” // Foto: Tv24

To jest chyba dobry czas, żeby się zatrzymać w końcu niezależnie, jak bardzo chcemy, nigdy nie uciekniemy od swojego subiektywnego oglądu, pozycji, z której oglądamy świat, nie spojrzymy okiem innym niż nasze. Nikt, kto nie dźwiga tego bagażu kulturowego, nie zrozumie do końca filmu węgierskiego.

Miklós Jancsó, narodowy klasyk, oryginalny modernista i postmodernista, nakręcił jeszcze jeden film po Pepe i Kapie, nieudany historyczny fresk o prosperity swojego państwa w XV wieku Szlag trafił sprawiedliwosć (Oda az igazság!, 2010). Grał w nim Daniel Olbrychski. Filmu nie można znaleźć w żadnych znanych mi źródłach.

Miklós Jancsó zmarł w 2014 roku, pozostawiając po sobie bogaty dorobek filmowy, status mistrza w kraju rodzimym i autora co najmniej dwóch arcydzieł w obiegu międzynarodowym. Pozostaje reżyserem wielu nieodkrytych pereł. Z całego serca polecam przyjrzeć się im bardziej, bo oprócz bycia niezwykłymi audiowizualnymi doznaniami, są to często unikalne przeżycia intelektualne w jednej scenie myślisz, że rozumiesz, co oglądasz, by w kolejnej zdać sobie sprawę, jak bardzo nie…

Dobrze, ale gdzie tego szukać?

Te klasyki największego kalibru typu Desperaci, Gwiazdy…, Elektra… zostały wydane na anglojęzycznych DVD i Blu-ray. Można je nabyć na Amazonie lub z mniej legalnego obiegu.

Portal internetowy easterneuropeanmovies.com robi dobrą robotę, jeśli chcecie dotrzeć do tych głębiej ukrytych skarbów z angielskimi napisami (czasem kulejącymi, ale da się rozszyfrować). 3$ za dzień użytkowania, 10$ za miesiąc i możliwość pobierania na dysk.

Pozostałe dziwactwa, w tym cała seria z Pepe i Kapą, są dostępne na pewnym, niekoniecznie legalnym, polskim portalu z gryzoniem w nazwie.

Coś dobrego o tym typie napisano?

Lepszego zestawienia artykułów nie znajdziecie, naprawdę: http://www.kinoeye.org/index_03_03.php

Grzegorz Bubak Miklós Jancsó: obraz trudnej historii w: Alicja Helman, Andrzej Pitrus Autorzy kina europejskiego VI

John Cunningham Hungarian Cinema: From Coffee House to Multiplex

Aleksandra Muga-Bartkowiak Budapeszt Miklósa Jancsó

http://www.rouge.com.au/8/red_psalm.html

https://www.filmcomment.com/article/miklos-jansco/

Naprawdę nie było nikogo lepszego?

Jim Jarmusch, Alejandro Jodorowsky, Derek Jarman, Spike Jonze, Jaromil Jireš, Juraj Jakubisko, Neil Jordan, Duncan Jones, Patty Jenkins, Peter Jackson, Chuck Jones, Mike Judge, Jean-Pierre Jeunet, Wanda Jakubowska, Norman Jewison, Zhangke Jia, Roland Joffé, Rian Johnson

8 Comments Add yours

  1. Kryst_007 pisze:

    Świetną robotę robisz z tymi tekstami. Jeśli się nie obrazisz to mogę nieco je zareklamować na moim blogu na FB?
    https://www.facebook.com/%C5%9Awiat%C5%82a-kamera-akcja-102172572

    Co prawda sam nie mam jeszcze zbyt wielu obserwujących, ale pewnie parę czytelników dojdzie

    1. Dawid Smyk pisze:

      Dzięki!
      Jasne, jak najbardziej

  2. Paweł pisze:

    Do Naprawdę nie było nikogo lepszego? dorzucam Juraja Jakubisko.

    Ślędzę ten cykl. Czyta się jednym tchem. Czekam na wydanie o autorze m.in. Po tamtej stronie, na którego filmy patrzy się z podobną ciekawością.

    1. Dawid Smyk pisze:

      Trafnie – znam z lektur, filmów nie miałem przyjemności nadrobić. Wydawało mi się, że jeszcze więcej było tych „Jotów” na Czechosłowacji…

      To bardzo miło. 😉 Tekst o Kaurismäkim będzie już na pewno z dużo mniejszą obsuwą

      1. Paweł pisze:

        Również nie miałem jakiejś większej sposobności popatrzenia na jego filmy. Czytałem za to sagę Tysiącletnia pszczoła, którą polecam (sam trafiłem kiedyś na perłę, wydawnictwo Śląsk, z fotografiami w środku) . Na podstawie tej właśnie książki autorstwa Petera Jarosa powstał film o tym samym tytule zrobiony przez Juraja Jakubisko.

        Tak, cały Alfabet… znam. I jest to mój ulubiony cykl. Chociaż inne teksty są tutaj równie ciekawe, wnikliwie i rzeczowo napisane.

        Oczekiwanie jest czymś wyjątkowym. Po prostu warto czekać, więc bez pośpiechu. Fiński autor należy do mojej takiej prywatnej czołówki europejskich reżyserów, dla których nadal liczy się przeszłość, bywa smętnie, ale prawie zawsze istnieje jakaś szansa na odmianę losu. I ten klimat, który przebija wszystkie inne… Nie mam słów.

  3. Paweł pisze:

    PS To wszystko plus nieodgadnione do końca myśli bohaterów budowanych przez Akiego. Jakże to fińskie – powściągliwość w okazywaniu emocji oraz uczuć.
    Muzyka w jego kinie także stanowi osobny rozdział…

  4. Paweł pisze:

    Krótko mówiąc, już na koniec tych wszystkich peanów na cześć Fina, Roman Gutek czym prędzej powinien zabrać się do wydania filmografii A. Kaurismakiego na DVD (nie mam jednak dokładnej wiedzy, czy jest, w ciemno stawiam, że na polskim rynku jeszcze się nie ukazała).

    1. Dawid Smyk pisze:

      Oj nie. Nie jestem pewien, czy cokolwiek sprzed „Człowieka bez przeszłości” miało dystrybucję w Polsce na nośnikach fizycznych, innych niż VHS-y z drugiej ręki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *