Jak „nie budować” kinowego uniwersum

Z każdym rokiem natykamy się na coraz liczniejsze crossovery lub spin-offy popularnych filmów. Koncept łączonego, kinowego uniwersum stał się fenomenem ostatnich lat. Skąd jednak to się wzięło? Czy uniwersum zawsze gwarantuje sukces? Na te i parę innych pytań postaram się odpowiedzieć.

Co właściwie rozumiemy przez pojęcie uniwersum? W powszechnym rozumieniu oznacza to po prostu wszechświat. W pojęciu kinowego uniwersum mowa o ciągu filmów, które dzielą wspólnie tę samą rzeczywistość. Mogą różnić się od siebie, opowiadać historie kompletnie odmiennych bohaterów, rozgrywać się w innym położeniu lub czasie, jednak wszystkie mają miejsce w tym samym świecie. To znaczy, że prędzej czy później wydarzenia z filmów zaczną na siebie oddziaływać, a bohaterowie nawiązywać interakcje między sobą. Nieważne, czy mowa o Strażnikach Galaktyki rozgrywających się w kosmosie, Thorze w świecie nordyckich mitologii, czy Czarnej Panterze w futurystycznym, afrykańskim państwie – wszystkie te tytuły mogą przeplatać się między sobą w łączonym uniwersum.

Przypomina to serię filmową – z tą różnicą, że kinowe uniwersum dostarcza dużo większych możliwości. To tak naprawdę zbiór serii filmowych, które mogą być tak różne, jak to tylko jest możliwe. Pomysł bierze się w dużej mierze z komercyjnych pobudek. To zabieg, który pozwala przyciągnąć fanów najróżniejszych marek do jednego filmu – czego doskonałym przykładem jest ubiegłoroczny Avengers: Wojna bez granic. Film będący połączeniem zarówno cyklu Iron Man, Kapitan AmerykaHulk, Thor, Strażnicy Galaktyki, Doktor Strange, Spider-Man, jak i Czarna Pantera. Każdy z nich posiada swoją wielką rzeszę fanów, którzy chętnie obejrzą każdy kolejny film z udziałem ulubionych bohaterów. Połączenie tych postaci w bardzo sprawnie poprowadzonym uniwersum przyczyniło się do powstania jednego z najbardziej kasowych filmów w historii (ponad 2 mld dolarów). Skąd wziął się w ogóle ten pomysł?

Foto: Sci-Fi Stack Exchange

Na początku były komiksy

Kinowe uniwersum najczęściej kojarzone jest z superbohaterami. Nic dziwnego, bo pomysł ten jest bezpośrednio zapożyczony z komiksów. Już w 1940 roku, raptem 2 lata po wydaniu pierwszych komiksów z superbohaterami DC, wydano Justice Society of America – komiks w którym superbohaterowie z różnych serii łączyli siły (np. Flash, Green Lantern, Hawkman). 20 lat później powstał z kolei pierwszy komiks o Justice League (Liga Sprawiedliwości), a trzy lata dalej Marvel wydał Avengers. Już w tamtych czasach łączone uniwersa przynosiły duży zysk.

Dlaczego cieszą się taką popularnością? Wystarczy cofnąć się pamięcią do czasów dzieciństwa, w których oglądaliśmy kreskówki pełne akcji i zbieraliśmy zabawki z ulubionymi bohaterami. Ilekroć nie zastanawialiśmy się, jak postacie z tak różnych serii reagowałyby na siebie? Czy Superman mógłby zaprzyjaźnić się z Batmanem albo czy Thor byłby silniejszy od Hulka? Od dziecka nas to interesowało i nawet będąc dorosłym, przyjdzie nam do głowy podobna refleksja. A prawda jest taka, że do dziś lubimy się bawić. Może nie dosłownie zabawkami na podwórku, ale wciąż chcemy doświadczyć eskapizmu. Rozładować napięcie, rozerwać się, zapomnieć o rzeczywistości. Szczególnie lubimy poznawać niezwykłe historie pełne fantazji, wolne od problemów współczesnego świata. Temu służy kino rozrywkowe – aby dostarczać zabawę, pokazując rzeczy niemożliwe.

Foto: filmaster.com

Marvel Cinematic Universe nie pierwszym kinowym uniwersum?

Falę popularności na budowanie kinowego uniwersum zapoczątkował film Avengers z 2012 roku. Widowisko swego czasu przełomowe, bo łączące niespotykaną dotąd ilość bohaterów znanych z blockbusterów na jednym ekranie. Dotychczasowe filmy o Iron Manie, Thorze, Hulku lub Kapitanie Ameryce zarabiały w przedziale od 260 do 620 mln, ale crossover zarobił ponad półtora miliarda dolarów. Od tego czasu inne studia próbowały budować swoje własne filmowe światy. Warner Bros od lat tworzy Uniwersum DC, Lucasfilm od 2016 tworzy spin-offy do Gwiezdnych Wojen, Legendary stawia pierwsze kroki w Monsterverse, Universal próbowało (już dwukrotnie) stworzyć uniwersum klasycznych potworów, można by długo wymieniać.

Te dwa ostatnie przykłady są szczególnie ciekawe. Jeśli mowa o kinowym uniwersum, tak naprawdę pierwsze kroki stawiali nie superbohaterowie, tylko… potwory. Mam tu na myśli horrory z nurtu monster movies, które swego czasu również przynosiły spore dochody.

Foto: Villains Wiki – Fandom

Uniwersum od studia Universal

Zaczęło się od studia Universal, które od lat 20 do 50 wyprodukowało ogromną ilość gotyckich horrorów z udziałem klasycznych potworów, takich jak: Dracula, Frankenstein, Mumia czy Wilkołak. Oni byli „avengersami” swoich czasów. Prawie każdy z nich doczekał się długiej filmowej serii, a niektórzy z nich zaczęli razem pojawiać się na ekranie.

Pierwszym w historii kina crossoverem był Frankenstein spotyka Człowieka Wilka z 1943 roku. Film, w którym znany z poprzednich filmów potwór Frankensteina (tylko grany przez innego aktora) i Wilkołak stoczyli ze sobą walkę . Rok później powstał Dom Frankensteina, w którym poza wspomnianymi potworami wystąpił jeszcze sam Dracula. Niestety, nie był to system budowania uniwersum tak przemyślany jak dotychczas. Filmy miały mocno ograniczony budżet, odtwórcy tytułowych ról często się zmieniali, nie starano się o zachowanie spójności, a nawet jakości. Były to, niestety, „popłuczyny” po pierwszych częściach Draculi, Frankensteina czy Wilkołaka.

Foto: Godzilla-Movies.com

Dziwny wynalazek Japończyków

Dwie dekady później narodziła się najbardziej rozpoznawalna seria filmowa z Japonii – Godzilla. Wszystko zaczęło się od filmu Ishiro Hondy z 1954, który był niespotykanym połączeniem monster movies z kinem antywojennym. Niewiele miał wspólnego z zachodnim kinem rozrywkowym, a zakończenie teoretycznie blokowało szansę na sequel.

Niespodziewany globalny sukces Króla Potworów zachęcił jednak studio Toho do wyprodukowania kontynuacji. Niespełna rok później powstał Godzilla kontratakuje, w którym to wielki jaszczur stoczył walkę z innym olbrzymem – Anguirusem. Potem pojawiła się kilkuletnia przerwa od głównej serii, ale studio nie próżnowało i wydało masę innych podobnych tematycznie filmów. Powstały wtedy Rodan: Ptak Śmierci i Mothra, którzy powracali w kontynuacjach Godzilli, takich jak: Godzilla kontra Mothra i Ghidorah – Trójgłowy potwór. Potwory na przemian walczyły ze sobą i łączyły siły, aby pokonać silniejszego przeciwnika. Jako że fabuła w tych filmach była raczej pretekstowa, a potwory (przez swoją formę) nie były utożsamiane z aktorami, łatwiej było zbudować względnie działające uniwersum. Godzilla doczekał się rekordowej liczby sequeli, podczas których spotykał jeszcze masę innych potworów kojarzonych z innych filmów, wliczając w to samego King Konga.

Nic więc dziwnego, że po sukcesie Avengers wiele wytwórni zaczęło albo nawet powróciło do praktyki budowania uniwersum. To było coś, co niegdyś przynosiło zyski, ale nikt wcześniej nie przywiązywał takiej wagi do kwestii powracającej obsady, konsekwencji i spójności w kreowaniu łączonego świata.

Foto: The Independent

Mroczna historia mrocznego uniwersum

Mimo popularności filmowych uniwersów niewielu tak naprawdę udała się ta sztuka. Częściej tak naprawdę oglądaliśmy spektakularne porażki, czego najbardziej bolesnym przykładem jest Universal. Studio, widząc powodzenie produkcji Marvela, postanowiło powrócić do klasycznych potworów. Po raz kolejny chciano masowo produkować filmy o Draculi, Frankensteinie, Wilkołaku czy Mumii, którzy wspólnie mieliby pojawiać się w różnych crossoverach.

Producentom zależało na drogich hitach, dlatego postanowiono połączyć estetykę gotyckiego horroru z typowym blockbusterem. Tak powstał Dracula: Historia Nieznana z 2014, film będący origin story legendarnego hrabiego z Transylwanii. Widać tam fundamenty budowania uniwersum. Pojawiła się w nim postać starszego wampira, który przemienił Draculę w krwiopijcę i wciągnął go do „wielkiej gry” – intrygi, w którą zaangażowane miały być inne potwory. Tak się jednak nie stało, albowiem film okazał się wielką porażką – zarówno krytyczną, jak i finansową. Nie usatysfakcjonował ani fanów grozy, ani fanów blockbusterów, był zwyczajnie nijaki, nudny i kiczowaty. Z projektu zrezygnowano na parę lat.

Studio spróbowało zbudować uniwersum jeszcze raz, zaczynając tym razem od Mumii z 2017. Podobnie jak w Draculi próbowano połączyć horror z kinem rozrywkowym. Na dodatek zaangażowano gwiazdorską obsadę, w skład w której wchodził Tom Cruise, Russel Crowe i Sofia Boutella. Tym razem położono jeszcze większy nacisk na budowanie uniwersum.

Historia kręciła się wokół walki z mumią, ale na drugim planie przewijała się tajna organizacja (mocno wzorowana na S.H.I.E.L.D. od Marvela) zbierająca informacje o najróżniejszych potworach. Przewinęła się masa wzmianek i easter eggów nawiązujących do m.in. Draculi i Potwora z Czarnej Laguny. Jakby tego było mało, już na samym wstępie seansu witało nas logo Dark Universe, czyli oficjalna nazwa kinowego uniwersum potworów. Studio oficjalnie zapowiedziało inne mega produkcje, jak np. Niewidzialny Człowiek z Johnnym Deppem i Frankenstein z Javierem Bardenem. Producenci chcieli od razu wejść na głęboką wodę, ale się przeliczyli. Mumia okazała się katastrofą, jednym z najgorszych filmów roku, a wszelkie plany na Dark Univese zostały przerwane. Film był bałaganem wątków, na niczym się nie skupiał i miał fatalnie wyważony ton. Gwoździem do trumny były zapowiedzi Dark Universe, które wprowadzały jeszcze większy chaos – zalewały toną niepotrzebnych informacji, odciągały uwagę od głównego wątku i spowalniały tempo.

Foto: io9 – Gizmodo

Gwiezdne Wojny, czyli nie wszystko musi być kinowym uniwersum

Najbardziej rozpoznawalną marką filmową bez wątpienia są Gwiezdne Wojny, które niejako zdefiniowały blockbustery. Gwiezdna saga wychowała niezliczoną liczbę pokoleń i wydała jeszcze większą merchandisingu. Zanim Lucasfilm nie został przejęty przez Disneya, aż do 2012 roku istniało niejakie Star Wars Expanded Universe.

Było to uniwersum Gwiezdnych Wojen rozbudowane za pośrednictwem książek, komiksów i gier. Zaczęło rozrastać się praktycznie od powstania Nowej Nadziei z 1977 roku. Opowiadały o tym, co wydarzyło się wiele lat (a nawet epok) przed i po wydarzeniach z filmów, rozwijały świat i bohaterów. Dowodzi to, jaką kosmiczną popularnością cieszy się gwiezdna saga. Jednocześnie było to uniwersum, które trwało zbyt długo i przy zbyt wielkiej swobodzie. W ciągu tych 35 lat (wszech)świat Gwiezdnych Wojen rozrósł się do tak absurdalnych rozmiarów, że praktycznie nie dało się na tym tworzyć nowych historii. Dlatego Disney po przejęciu studia wydał kontrowersyjną decyzję – wykasował Star Wars Expanded Universe i sprowadził do statusu „legend” (czyli niby jest, a nie ma). Jedynie filmy pozostały kanoniczne, całą resztę można było tworzyć od nowa – wliczając w to kolejne epizody.

W 2015 roku premierę miała nowa część Gwiezdnych Wojen – Przebudzenie Mocy. Film będący jednym z największych wydarzeń kinowych ostatnich lat. Ogromna przerwa dzieląca epizod VII od VI, powrót dawnej obsady oraz nowy kierunek zbudował niewyobrażalny hype. Film zarobił fortunę, bo ponad 2 miliardy dolarów.  Był to początek nowej trylogii, ale na tym nie kończyły się plany Disneya. Chciano zastosować formułę Marvela, rozbudować Gwiezdne Wojny do kinowego uniwersum. Dotychczas każda część wychodziła najwcześniej co parę lat, teraz próbowano czegoś nowego – parę filmów ze świata Star Wars w jednym roku.

Gwiezdne Wojny – historie

Rok później, w 2016, rozpoczął się cykl zwany Gwiezdne Wojny – historie (A Star Wars Story), czyli seria spin-offów osadzonych w znanej nam galaktyce. Pierwszym tytułem był Łotr 1 – film, który okazał się dla wielu pozytywnym zaskoczeniem i ciekawym eksperymentem. Ukazywał niejako kulisy Nowej Nadziei, wydarzenia poprzedzające przygody Luke’a Skywalkera. Utrzymany był w konwencji kina wojennego, bardziej mroczny, surowy i z odcieniami szarości. Film zarobił aż miliard dolarów, ale dla wielu był też niepokojącym znakiem – Gwiezdne Wojny przestały być filmowym wydarzeniem, a stawał się „tasiemcem”.

Lucasfilm zapowiedział kolejne spin-offy – film o Hanie Solo, Obi-Wanie Kenobim i Boba Fettcie. Ten pierwszy jest przez wielu najbardziej lubianym bohaterem z całej sagi, więc teoretycznie historia skupiająca się na kosmicznym przemytniku powinna być pewnym hitem. Tak się jednak nie stało, Solo w 2018 przy budżecie 270 mln  (aż 70 mln drożej od ostatnich filmów) zarobił marne 392 mln. Na porażkę złożyło się wiele czynników – liczne problemy zakulisowe, kontrowersje wokół obsadzenia Aldena Ehrenreicha w tytułowej roli, kosztowne dokrętki, kiepski marketing. Największym problemem był jednak… brak zainteresowania widowni. Pomysł na film o pierwszych przygodach Hana Solo nie był szczególnie atrakcyjny. Na dodatek widzowie nie czuli jeszcze potrzeby kolejnych Gwiezdnych Wojen, skoro zaledwie 5 miesięcy temu premierę miał VIII epizod, Ostatni Jedi.

Porażka Solo dała producentom do zrozumienia, że widzowie nie są chętni na oglądanie Gwiezdnych Wojen w takiej ilości i nie każdy pomysł gwarantuje sukces. Seria, mimo ogromnej popularności, nie kryje w sobie takiego potencjału na budowanie uniwersum jak filmy o superbohaterach. Skutkiem czego było przesunięcie planów kolejnych spin-offów na czas nieokreślony.

Foto: magenesmy.com

Wyboista droga Worlds of DC

Kolejnym przykładem nieudanego budowania jest Worlds of DC, znane również jako DC Extended Universe od wytwórni Warner Bros. DCEU miało dosyć osobliwy start, ponieważ zaczęło się od filmu, który nawet nie powstał z myślą o uniwersum. Mowa tu o Człowieku ze Stali w reżyserii Zacka Snydera. Była to próba przywrócenia Supermana do współczesnego kina, inspirując się trylogią o Mrocznym Rycerzu. Film spotkał się z mieszanym odbiorem – chwalono efekty, rozmach, obsadę, ale też krytykowano film za ciężki ton, dziurawy scenariusz oraz antypatyczne postaci. Widowisko jednak zarobiło wystarczająco dużo, aby ruszyły plany nad sequelem.

Kiedy dzieło Snydera było w trakcie produkcji, premierę mieli Avengers. Producenci, widząc sukces filmów Marvela, postanowili pójść w ich ślady i zacząć budować swój własny, kinowy świat. Szybko ruszyły pierwsze zapowiedzi Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości, Legion Samobójców, Wonder Woman i epickie podsumowanie cyklu w formie Ligi Sprawiedliwości. Nie licząc Wonder Woman, każdy z wymienionych tytułów był crossoverem, w którym położono duży nacisk na budowanie uniwersum DC i konfrontacje licznych bohaterów.

Foto: Co Jest Grane 24 – Wyborcza

Kiedy ambicje biorą górę nad rozsądkiem

Machina ruszyła, ale niestety, rezultat był mało zachwycający. Zapowiadany wielce Batman v Superman był jednocześnie kontynuacją Człowieka ze Stali i rebootem Batmana. Jakby tego było mało, w filmie pojawiła się Wonder Woman (po raz pierwszy na dużym ekranie) oraz reszta przyszłych członków Ligi Sprawiedliwości. Do tego dochodziły ambicje reżysera, który wprowadził masę wątków pełnych egzystencjalnych wywodów, kwestionujących etos superbohatera itd. Legion Samobójców również był dużym projektem – tam z kolei poznawaliśmy nową inkarnację Jokera, pierwszy kinowy występ Harley Quinn oraz masę innych postaci. Pojawiał się również nowy Batman oraz kolejne zapowiedzi Ligi Sprawiedliwości.

Filmy mimo dobrych zarobków okazały się krytyczną porażką. Zarzucano im wiele rzeczy – źle zbilansowany ton, kiepsko napisani bohaterowie, nadmiar wątków oraz chaotyczny scenariusz za bardzo nastawiony na budowanie uniwersum. Jedynym wyjątkiem była Wonder Woman, która była skromniejszym tytułem, skupionym na bohaterce i jej konflikcie. Film, ku zaskoczeniu wielu, był ze wszystkich największym hitem, a nawet ważnym głosem emancypacji kobiet.

Później przyszedł czas na Ligę Sprawiedliwości  największą produkcję cyklu DC. Po fali krytyki, jaka spadła na Batman v Superman i Legion Samobójców, próbowano film ratować licznymi dokrętkami, wymianą reżysera i zmianą tonu. Widowisko kosztowało ogromną sumę, aż 300 mln dolarów. Niestety, zła sława poprzednich produkcji odbiła się na wyniku kasowym, który wynosił marne 657 mln – najmniej ze wszystkich filmów. Recenzenci i widzowie znowu nie pozostawili na produkcji WB suchej nitki – znowu narzekano na źle wyważony ton, widoczne zmiany, brak spójności i ogólny chaos.

Foto: Variety

Wielkie zmiany w DC

Od tego momentu w Warnerze zawrzało. Przyszłość stała się niejasna – czy kręcić kolejne filmy, czy niczym Universal zrezygnować z budowania uniwersum. Podobnie jak w Dark Universe, wiele zapowiadanych produkcji została anulowana lub przełożona na czas nieokreślony. Zrezygnowano z kontynuacji Ligi Sprawiedliwości, filmu o Cyborgu, Nightwingu, Batgirl itd. Film o Flashu niby jest w produkcji, ale wciąż zmieniani są reżyserowie, a premiera Batmana jest odkładana od paru lat. Nie jest nawet pewne, czy zobaczymy ponownie najbardziej ikonicznych dla cyklu aktorów. Od prawie 2 lat mówi się o rezygnacji Bena Afflecka z roli Batmana i ostatnio też o Henrym Cavillu w roli Supermana.

W studiu doszło do przetasowań. Postanowiono zrezygnować z dotychczasowego kierownika działu filmów DC, Kevina Tsujihary, i zastąpić go Walterem Hamadą. Odwołano wiele filmów i crossoverów i postanowiono zabrać się za nieco mniejsze produkcje. Ruszyły prace nad Aquamanem, Shazamem i kontynuacją Wonder Woman. Obecnie ten pierwszy wyświetlany jest w kinach, został ciepło przyjęty przez krytykę i okazał się największym hitem kasowym z całego cyklu. Chwalono charyzmatyczną obsadę, warstwę wizualną, niesamowitą kreację świata i walory rozrywkowe. Film prawie w ogóle nie powołuje się na DCEU, a nawet ignoruje niektóre fakty. Co symbolicznie daje do zrozumienia, abyśmy zapomnieli o poprzednich produkcjach i traktowali Aquamana jako początek pewnych zmian. To dowodzi, że zmiana kierownictwa wyszła Worlds of DC na dobre, a przyszłość uniwersum maluje się w coraz lepszych barwach.

Foto: Inverse

Jak dobrze budować uniwersum

Rozpisałem się o przykładach uniwersów, które odniosły porażkę. Teraz przyjrzę się największemu wygranemu, czyli Marvel Cinematic Universe.

Przy budowaniu jakiegokolwiek kinowego uniwersum należy pamiętać o najważniejszym – o filmach. Powinny podlegać tym samym prawom co każde inne. Mają być satysfakcjonujące, kompletne, nie pozostawiać widzów zakłopotanych lub nienasyconych.  Kiedy w 2008-2011 powstawały pierwsze filmy MCU, wielu widzów nawet nie zdawało sobie sprawę, że były wstępem do Avengers. Iron Man, The Incredible Hulk, Captain America: Pierwsze Starcie czy Thor były filmami lepszymi i gorszymi, ale każdy z nich w pierwszej kolejności skupiał się na opowiedzeniu zamkniętej historii bohatera.

Każda z tych produkcji była utrzymana w nieco innym tonie – Thor bardziej kierował się w stronę fantasy i szekspirowskiego dramatu, a Captain America w stronę kina nowej przygody itd. Każdy z tych filmów odniósł relatywny sukces (Iron Man z kolei był wielkim hitem) i zyskał swoją grupkę fanów. Kiedy Avengers miał premierę, masa widzów doskonale znała już bohaterów, którzy tam występowali i chciała zobaczyć ich razem na ekranie.

Uniwersum powinno intrygować, a nie rozpraszać

Producent filmów Marvela, Kevin Feige, wymyślił prosty, ale sprytny sposób na budowanie fundamentów pod Avengers. Każdy z wymienionych wyżej tytułów posiadał scenę po napisach, która nawiązywała do przyszłych produkcji. Pojawiał się w nich niejaki Nick Fury kompletujący pewną drużynę, zapowiadano nadejście kolejnych postaci itd. To bardzo podobne do tego, co próbowano w Dark Universe albo w DCEU. Różnica jednak jest taka, że tutaj te sceny mają miejsce po filmie. Stanowią jedynie dodatek, który można pominąć. W przypadku produkcji Universal i Warnera te elementy pojawiały się w dużo większej ilości, na dodatek w trakcie głównej fabuły, przez co rozpraszały. Historia stawała się poszatkowana, mniej spójna i angażująca, tempo spadało. Niestety Marvel nie jest doskonały, bo sam parokrotnie popełnił podobne błędy w Iron Manie 2 czy Avengers: Czas Ultrona.

Trzeba wiedzieć, w jakiej ilości i formie podawać zapowiedzi dalszych filmów. Nie mogą być zbyt inwazyjne ani wprowadzać widzów w zakłopotanie jak np. sekwencja z przyszłymi członkami Ligi Sprawiedliwości, sceny snów lub zapowiedź Steppenwolfa w Batman v Superman. Powinny być bardziej subtelne, pojawiać się jako mała wzmianka albo element otoczenia – coś, co spostrzegawczy fani dostrzegą i nie będzie rozpraszać niedzielnych widzów.

Foto: Fandom

Bohaterowie na pierwszym planie

Co jest jednak jeszcze ważniejsze, filmy Marvela kładą nacisk na bohaterów, którzy mają budzić naszą sympatię. Widzowie tak bardzo chcą oglądać kolejne części Avengers, ponieważ każdą zaprezentowaną tam postać zdążyli już dobrze poznać i polubić. W produkcjach DC o tym zapomniano. W Batman v Superman toczył się konflikt między Supermanem a zupełnie nowym Batmanem, którego nigdzie wcześniej nie widzieliśmy. Walka między nimi nie była tak angażująca, ponieważ nie zdążyliśmy poznać drugiej strony konfliktu. Inną kwestią były też kiepsko napisani bohaterowie, którzy nie budzili sympatii, a ich motywacje były niejasne.

W Lidze Sprawiedliwości było jeszcze gorzej, ponieważ połowa członków tytułowej drużyny była dla nas kompletnie obca. Brakowało wcześniej filmu o Aquamanie, Flashu i Cyborgu, a Batmana poznaliśmy tylko przelotnie. Dlatego tak mało widzów była zainteresowana megaprodukcją ze świata DC.

Foto: Digital Spy

Uniwersum = marka

Uniwersum filmowe w powszechnej świadomości istnieje również jako pewien znak jakości. Produkcje Marvela miały swoje zloty i upadki, ale żaden z nich nie był porażką zarówno krytyczną, jak i finansową. Nawet najgorsze filmy swoje zarabiały i zbierały niezłe recenzje.

Ważne jest, aby ludzie, widząc logo uniwersum, wiedzieli, na co się piszą. Większość produkcji Marvela nie jest wybitna – często są sztampowe, ugrzecznione, ale spełniają zadanie blockbustera. Dostarczają rozrywkę, każdy z tych filmów niesie sporą dawkę akcji i humoru, jest łatwy w zrozumieniu i przystępny dla każdego. To są tytuły, przy których po prostu większość widzów dobrze się bawi. Dlatego kiedy premierę ma nowa produkcja Marvela, nawet z zupełnie nowym superbohaterem, wielu widzów chętnie się na niego wybierze. Czego doskonałym przykładem są Strażnicy Galaktyki lub Ant-Man. W przypadku DC mieliśmy tylko jeden dobrze oceniany film, przez co widownia nie wybrała się na Ligę Sprawiedliwości.

Innym przykładem może być uniwersum Obecności. Obie części horrorów w reżyserii Jamesa Wana są bardzo dobrze odbierane przez widzów. Nie są to produkcje ambitne, oryginalne, ale bardzo solidne w tym, czym mają być – a mają po prostu dostarczyć odrobinę dreszczy, emocji i paru sympatycznych bohaterów. Dlatego każdy spin-off z tego kinowego świata, jak Annabelle albo Zakonnica bardzo dobrze się sprzedaje. Widzowie kojarzą te filmy z serią Obecność, którą darzą sympatią i ufają, że te produkcje również ich nie zawiodą (a jak wyszło w praktyce, to już inna kwestia).

Poczucie przynależności

Filmy należące do jednego uniwersum tworzą razem ciąg. Budują świat, wprowadzają postacie i wątki, które będą powracać i rozwijać się – wszystko ze sobą jest powiązane i prowadzi do czegoś większego. W pierwszych Avengers wprowadzono postać Thanosa, w Kapitania Ameryce: Wojnie Bohaterów rozpad Avengers, a w Czarnej Panterze Wakandę. Wszystkie te elementy (i wiele innych) miały wpływ na Avengers: Wojnę bez Granic. Widzowie, którzy polubili filmy Marvela i ich bohaterów, mają ochotę śledzić na bieżąco wydarzenia z ich ulubionego świata i widzieć, jak wszystko się zazębia.

W scenie po napisach do Wojny bez Granic zapowiedziano pojawienie się Kapitan Marvel, nowej superbohaterki, która odegra kluczową rolę w kolejnej części Avengers, Endgame. Ogromna ilość widzów czeka teraz na premierę jej solowego filmu 6 marca – nie przez popularność bohaterki ani marketing, tylko ze względu na przynależność do MCU. Fani chcą dobrze poznać jej filmową inkarnację, ponieważ wiedzą, że będzie to wiązało się z serią Avengers, którą tak uwielbiają. Sam jestem tego przykładem – nie znam postaci z komiksów, zwiastuny nie wywarły na mnie szczególnego wrażenia, ale i tak wybiorę się na seans Kapitan Marvel, ponieważ wierzę w jakość filmu, ciekawi mnie powrót niektórych postaci (Nick Fury, Ronan itd.), jak zaprezentuje się tytułowa bohaterka i jej rola w kolejnych Avengers.

Podsumowanie

W tworzeniu kinowego uniwersum trzeba wiedzieć, czego oczekują widzowie. Samo budowanie świata nie wystarczy, trzeba w pierwszej kolejności dostarczyć solidnych produkcji, które mogą zagwarantować jakość przyszłych filmów. Jeżeli studia myślą o tworzeniu crossoverów, trzeba wcześniej wykreować bohaterów, na których widzom będzie zależeć. Budowanie uniwersów filmowych to trudna sztuka, o której można pisać całe książki. Mam nadzieję, że udało mi się przynajmniej odrobinę opisać definicję uniwersum kinowego, jego historię oraz jak (nie) powinno być tworzone.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *