Ja, Tonya – Million Dollar Baby

dnia

Wszyscy znacie historię. Tonya, wschodząca gwiazda łyżwiarstwa figurowego, jako pierwsza w historii konkurencji pomyślnie wykonała potrójnego axla na żywo. Stale podcinano jej skrzydła, ze względu na nieprzystawanie do oczekiwanego wizerunku łyżwiarki. W podejrzanych okolicznościach, jej najgroźniejsza rywalka w drodze na Igrzyska Olimpijskie roku 1994, dostaje pałką teleskopową po kolanach i wypada z wyścigu. Dowody i zeznania jednoznacznie wskazują na osoby w najbliższym otoczeniu Tonyi Harding. Zaplanowała całą akcję? Milcząco na nią przyzwoliła? A może jest zupełnie niewinna, jej karierę niesłusznie pogrążono?

Jeśli oczekujecie po filmie Craiga Gillespie satysfakcjonujących odpowiedzi na te pytania, albo chociaż pogłębionej eksploracji różnych perspektyw incydentu, srogo się zawiedziecie. Stylizacja na docudramę to ostra podpucha, nijak mająca się do wymowy większości filmu. Dostaniecie natomiast dużą dozę dobrej rozrywki w ekscytującej biografii ze szkoły Martina Scorsese czy Davida O. Russella.

Every 1’s a winner

Największą zaletą filmu jest zdecydowanie aktorstwo, co dotyczy w równym stopniu całej obsady. Najwięcej do udowodnienia miała tu oczywiście Margot Robbie, której do tej pory, ze swoją aparycją supermodelki, przydzielano raczej role niewiele wykraczające ponad eye candy. Tutaj prezentuje cały wachlarz swoich zdolności aktorskich, stając się Tonyą na wielu różnych etapach życia – od zbuntowanej licealistki z ejtisowym mulletem na głowie, po doświadczoną, ale równie nonszalancką kobietę po czterdziestce. Poza może dwoma scenami w trzecim akcie, aktorka nie musi uciekać się do typowo popisowych scen, raczej wystarcza jej sama stale magnetyczna i przekonująca obecność na ekranie. Powiedziałbym nawet, że gra tę postać z większym emocjonalnym zniuansowaniem, niż przewiduje to skrypt.

Foto: Mamamia

Podobnie doskonale sprawdza się nagrodzona Oscarem Allison Janney w roli toksycznie darwinistycznej matki, zmieniającej życie córki w piekło. Aktorka doskonale oddaje konflikt między wymuszaną na samej sobie powściągliwością uczuciową, a głęboko skrywanym pragnieniem pokazania Tonyi, że chce dla niej jak najlepiej. Jest w tej postaci dużo miejsca, które można było pozostawić na wątpliwości, chociażby fakt, że ma ona niemal zawsze słuszność w wytykaniu błędów życiowych córki, po prostu ma zbyt upośledzoną wrażliwość, by zdobyć się na cokolwiek ponad mieszanie z błotem. Scenariusz jednak, koniec końców, czyni ją postacią jednoznaczną, kolejną przeszkodą na drodze bohaterki.

Ten sam problem ogranicza także resztę tych utalentowanych aktorów. Mąż Tonyi (Sebastian Stan) to fałszywy nice guy, zakompleksiony samiec beta, który okłada żonę ile wlezie, ale jednak ciągle wraca na kolanach i zapewnia, że ją kocha, więc przez jakiś czas zachęca się nas do sympatyzowania z nim. Ostatecznie wychodzi jednak na ograniczonego buca, a cały czas spędzony z nim wydaje się stracony. Trochę ciekawiej jest z obleśnym, rasowym neckbeardem w osobie Shawna (Paul Walter Hauser) –  z jednej strony totalny przygłup i puenta dowcipów, z drugiej kluczowy archetyp trickstera, najbardziej sprawcza i przez to znienawidzona postać całej sprawy. Interesująca interpretacja tej postaci, w której w pełni nie dostrzegłem prawdziwej osoby, póki nie zobaczyłem autentycznych wywiadów z tym oryginałem.

Foto: IMDb

True story

Właśnie, jak to jest z tą interpretacją faktów historycznych? Film rozpoczynają naśladujące tradycyjny dokument rozmowy z gadającymi głowami, które potem stają się stałym komentarzem dla akcji. Jak rozumiem, fragmenty te są, przynajmniej w dużej części, aktorskimi odtworzeniami prawdziwych wywiadów, przeprowadzonych z bohaterami historii. Film zdecydował się przyjąć tego rodzaju polifonię perspektyw, by nadać narracji pozory obiektywności.

Ostatecznie jednak jest to bzdura, bo gdy przechodzimy w końcu do samej opowieści w retrospekcjach, wersja Tonyi jest zdecydowanie faworyzowana. Efekt taki osiąga się choćby przez umiejętnie wprowadzane, ale dość niekonsekwentne łamanie czwartej ściany (Tonya i przychylne jej postacie zapewniające nas: „Tak właśnie było”), czy też montażowy zabieg, w którym komentarze zza kadru negatywnych postaci, zostają ironicznie zestawione z „prawdziwą wersją” Harding, jako demaskacja ich fałszu.

Foto: IMDb

W dalszej części jednak, coraz częściej podawana jest w wątpliwość ta interpretacja wydarzeń. Co najmniej kilkukrotnie mówi się nam: „A może było zupełnie inaczej?”. Jest to o tyle nieuczciwe, bo film do tej pory nawet nie próbował udawać, że traktuje o jakimś relatywizmie prawdy. Nawet wydarzenia, w których Tonya nie brała udziału są tutaj przefiltrowane przez jej wizję, ukazane jako pewnik. Od początku do końca jest to celebracja postaci Harding, jej siły charakteru, pokonywaniu przeciwności, wyłamywaniu się z wizerunkowych ram. Nijak ma się to do treści, zasianych ziarenek ambiwalencji, które film nam próbuje pod koniec przemycić. Priorytetem twórców zawsze była sensacja, nie uczciwość wobec bohaterów.

Goodbye Stranger

Podobne problemy z konsekwentnością ma film w swojej tonacji. Z jednej strony mamy wspomniane nastawienie na styl opowiadania rodem z kina Scorsese. Energiczność, swobodnie płynący nurt narracji, ironiczny komentarz, tragikomizm, generalnie wszystko „z jajem” – sceny ciężkiej przemocy domowej, zestawione ze skoczną muzyką lat osiemdziesiątych. Jest to wszystko wykonane ze smakiem, ogląda się lekko, ale cały czas ma się wrażenie, że reżyser rozumie wagę problemów, o których opowiada. Przełamuje tę zabawowość dramatycznymi ciszami, chwilami oprzytomnienia, obnażeniem psychologicznego podłoża bohaterów.

Foto: IMDb

Pod koniec jednak znacząco przesadza ze środkami emocjonalnymi. Idzie w płaczliwość i melodramatyczność, która wydaje się nieszczera. O ile w filmach takiego Scorsese wszystko jest uzasadnione – pokazuje niemoralność i hedonizm gangsterów czy maklerów, tak jak oni go widzą, wspominając to życie z nostalgią, by potem dotrzeć do tego momentu otrzeźwienia, gdy wszystko zaczęło się dla nich sypać. Tutaj bohaterka z ironicznym dystansem wspomina rzeczy, które wtedy zapewne nie były dla niej ani trochę zabawne, by pokazać jak po tym wszystkim się podniosła i ciągnęła dalej. To nagłe pochylanie się nad jej losem, podkreślanie jej tragedii okazuje się w ostateczności strasznie nienaturalne. Szczególnie w zestawieniu z tonem reszty filmu.

Czy warto zobaczyć Tonyę? Jestem zdania, że mimo wszystko tak. To bardzo przyjemny, świetnie zagrany, utrzymujący zainteresowanie widza film. Wypełnia pozytywną energią i nie pozostawia obojętnym, ale im dłużej będziemy się nad nim zastanawiać, tym jawniejsze stają się jego niemożliwe do zignorowania wady.

Ocena: 6/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *