Iniemamocni 2 – Pan mamuśka

Jak chyba każdy, mam długą historię pozytywnych doświadczeń z filmami Pixara. Nie wszystkie uważam za genialne w równym stopniu jak ogół ludzkości, ale choćby Ratatujowi czy W głowie się nie mieści nigdy nie odmówię. Mam też równie udaną historię unikania słabo przyjętych odcinań kuponów animacji tego studia, z „autkami” drugimi i trzecimi na czele, bo ta akurat marka nie interesowała mnie z automatu, a nieoryginalny pomysł prequela lubianych przeze mnie Potworów i spółki nie miał potencjału na nic ciekawego. Za to kontynuacje Toy Story kocha każdy, a Gdzie jest Dory? po 13 latach okazało się miłym zaskoczeniem, więc czemu z drugimi Iniemamocnymi miało się nie udać?

Pierwszy film z 2004 był na swoje czasy czymś totalnie świeżym, nie tylko w formule filmu animowanego, ale i superbohaterskiego. To w końcu nie dość, że pierwsze tak udane, wielko-ekranowe zestawienie ekipy, podobnych komiksowym herosów z komplementującymi się mocami (długo przed Avengers, a każda dotychczasowa część X-Men to było przecież Wolverine show), ale jeszcze namiastka poważnego, refleksyjnego dramatu ludzkiego – Strażnicy Alana Moore’a dla całej rodziny. Teraz, gdy „filmy o facetach w rajtuzach” przeszły znaczącą ewolucję, oczekiwania i wymagania widza roku 2018, będą siłą rzeczy inne…

Foto: IMDb

Kiedy jesteśmy?

Więc zaczynanie tej kontynuacji po latach dokładnie w miejscu, gdzie zostawił nas poprzednik, wydaje się wątpliwym posunięciem. Bohaterowie są nadal tam gdzie byli, charakterologicznie czy „wiekowo”. Mamy ten sam stylizowany na lata 60. setting z retrofuturystyczną technologią. Ten sam, raczej patriarchalny model rodziny i problemy niedopieszczonej klasy średniej. Podobne wpływy przetrawianego wielokrotnie, kina szpiegowskiego czasów zimnowojennej paranoi – panowie w prochowcach z teczkami, pilnujący żeby nikt nie wiedział za dużo, czy kontrola umysłów – programowani na posłuszeństwo, obcy agenci.

Wszystko jednak szybko ulega dość rażącej zmianie wraz z wejściem właściwej intrygi. Rodzina Parrów ma wymuszony urlop, bo za dużo napaskudzili i teraz ich działalność jest ustawowo nielegalna. Ratunkiem okazuje się… wolny rynek. W interesie prywatnej firmy telekomunikacyjnej DevTech jest rehabilitacja wizerunku „superów” przez rozgłos medialny i zdobywanie przychylności opinii publicznej. Jednak to nie „pan domu”, osiłek o złotym sercu Bob idzie na pierwszy plan, a jego żona – Elastyna. Pan Iniemamocny w tym czasie będzie przewijać bobasa, pomagać synowi w odrabianiu matmy i wspierać córkę w tęsknocie po jej pierwszym crushu.

Foto: IMDb

Dla dzieci takie

Generalnie sporo się dzieje w wiodącym wątku sensacyjnym. Choć wszelkie twisty związane np. z tym, kto stoi za centralnym problemem ataków hakerskich, prania mózgów i tego, jak może to być użyte naprzeciw interesom Iniemamocnych, okazują się bardzo przewidywalne, to nie na tym film poprzestaje. Zanim dochodzi do tych oczywistych rozwiązań, czeka nas sporo gęstego tematycznie, budującego świat dialogu.

Rozmawia się tu między wierszami o mechanizmach rynkowych kapitalizmu, niesprawiedliwym traktowaniu kreatywnych umysłów, kryzysie wyobraźni przez zbytnie przywiązanie do technologii i bezmyślną konsumpcję przekazów czy wykorzystaniu informacji w służbie propagandzie – fake newsach. Do tego można spokojnie doszukiwać się niegłupich nawiązań orwellowskich. Ciężko nie docenić takich intelektualnych ambicji reżysera i scenarzysty Brada Birda, szczególnie że sprawy tu poruszone wydają się bardziej zasadne dla logiki świata niż np. w chwalonym Civil War Marvela. Równie ciężko jednak wyobrazić sobie kilkuletnie dziecko, które podczas tych długich sekwencji gadanych nie zacznie niespokojnie wiercić się w fotelu, a nadmiar  tego typu bodźców wypuszczać drugim uchem.

Foto: IMDb

Perwersyjny przewodnik po ideologiach

A przecież ten obszerny wątek „szpiego-spiskowy” to tylko połowa właściwego filmu! Równą ilość czasu poświęcono „obyczajówce”. Jasne, w pierwszej części też codzienności rodzinki było dużo, ale tutaj to nowy poziom. Oczywiście wszystko ma na celu głównie wprowadzić, zawsze będący w cenie,  quasi-feministyczny sznyt, którego nie było w takim stopniu w filmie z 2004 roku. Owszem, miał on silne kobiety, ale tam Elastyna dumnie i bez sprzeciwu przyjmowała rolę gospodyni domowej, która po prostu od czasu do czasu potrzebowała zastrzyku adrenaliny jako odskoczni. Tutaj konieczne było podkreślenie nowego status quo w dobie feminizmu trzeciej fali, stąd polemika z naleciałościami nieznoszącego sprzeciwu macho w Panie Iniemamocnym i umieszczenie go w roli „kury domowej”.

Całość ma przede wszystkim wymiar komediowy, z sitcomowymi skeczami domowego piekiełka. Całe show kradnie dla siebie jednak mały Jack-Jack i jego nowo-odkrywane supermoce. To sceny z jego udziałem okazują się najbardziej lekkie i atrakcyjne dla rodzinnej widowni, z największą liczbą gagów, wybuchów śmiechu na minutę czasu trwania. Sprawdza się to świetnie jako odskocznia dla nieco przeładowanej i wyczerpującej akcji właściwej, która czasami gubi proporcje.

Foto: IMDb

Masło na zbyt wielu kromkach

A akcji, rozumianej jako widowiskowe sekwencje, też jest pełno i jeszcze. Niesamowicie szczegółowo wyrenderowane przestrzenie, dużo kreatywności w wykorzystaniu mocy starych i nowych bohaterów (ci drudzy jednak, jeśli chodzi o rozbudowanie ich ról i charakterów, trochę leżą), związanych z nimi żartów i wizualnych fajerwerków. Filmu nie można posądzać o przebieranie w środkach. Czasami się nawet wydaje, że próbuje być zbyt wieloma rzeczami naraz

Stara się ożywić ekscytację związaną z doświadczeniem pierwowzoru, jego idealnej równowagi spektakularności i serca we właściwym miejscu. Równocześnie podejmuje próbę naprawienia tego, co mogło się w „jedynce” tak dobrze nie udać. Zrekompensować nie tylko jej, zauważalne dzisiaj niedostatki technologiczne, ale i ideologiczne. W końcu tamten film oskarżano nawet o bycie propagandą „randyzmu”. Stąd też, często populistyczny komentarz na temat współczesnego kapitalizmu czy ról płciowych. Przy okazji chce jeszcze dorównać standardom nowoczesnego kina superhero, z ich zawijasami fabularnymi i autorefleksjami. Zadowolić przy tym fanów, wychowanych na pierwszej części. A jeszcze do tego ma być filmem, na który rodzice zabiorą swoje dziecko i wszyscy wyjdą zadowoleni…

Iniemamocni 2 to trochę bałagan. Ale godny poszanowania bałagan, z dobrymi intencjami i dostarczający nam tak dużo rozrywki i pożywki dla popkulturowego dyskursu, że ledwo zdążymy zauważyć, iż jest w istocie bałaganem. Wart swojego czasu i swojej ceny, nawet jeśli oglądamy go z polskim dubbingiem, z całym jego bagażem niewyraźnie wypowiedzianych kwestii i czerstwych żartów o Rodzinie zastępczej.

Ocena: 7-/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *