Han Solo: Gwiezdne wojny – historie – Disney’s Frankenstein™

Dwóch zabawnych gości od 21 Jump Street i LEGO: Przygody u steru. Robi się za luźno i frywolnie, to wchodzi szefostwo – kreatywności tu dziękujemy. Głowy się sypią, na miejsce reżysera zatrudnia się jakiegoś nudnego, hollywoodzkiego wyrobnika, który nie zarobił chyba żadnych pieniędzy od Kodu da Vinci, 12 lat temu… W teorii potrzeba tylko dokrętek, w praktyce zdjęcia zaczynają od zera, a budżet ulega podwojeniu. Nie starczyło na dobry marketing, nikogo ten film już nie obchodził. Skutki? Klapa finansowa, średnie recenzje krytyków, jeszcze słabsze widzów. Czy trzeba w ogóle coś dodawać w kwestii nowych Gwiezdnych wojen?

Ale zanim rozprawimy się z tym filmem, może pokrótce opiszę mój dotychczasowy stosunek do serii. Oryginalną Trylogię ubóstwiam, poza miejscami, w których George Lucas pozostawił swoje brudne paluchy. Czyli praca twórczego kolektywu z 1977 to głównie złoto, poza kilkoma zgrzytami w dialogach, wskazującymi na indolencję owego scenarzysty. Imperium kontratakuje jest bezbłędne. Do Powrotu Jedi został mi tylko naiwny sentyment. „Autorskich” prequeli Lucasa nie wypada oceniać w kategoriach filmowych. Jeśli już, to trzeba by wynaleźć kryteria odpowiednie dla zbrodni przeciwko estetyce. Przebudzenie Mocy było tworem bezpiecznym, ale umiejętnie skręconym i w końcu z upragnioną, kinetyczną energią. Łotr 1 natomiast, to najbardziej campowy film o ludobójstwie od czasu Pól śmierci Joffé. A Ostatni Jedi? To jakiś śmieszny fanfic przemądrzałego adepta studiów kulturowych, który chciał być edgy, subwersywny i wywracać wszystko do góry nogami, byle inaczej. Skutkiem były dla mnie 2,5 godziny ziewania, a ucieszyły tylko ładne obrazki.

Foto: IMDb

A teraz przyszedł film, na który naprawdę powinienem być wkurzony. Film ewidentnie nie stworzony przez artystów, a produkt, wielokrotnie rozbierany na części, montowany na nowo i przetłaczany przez piekielną machinę biznesu. Zawsze byłem bezwzględnie przeciwny wszelkim ingerencjom studia w realizację filmu, dlatego mam długą historię kwasu na tasiemce Marvela i Disneya, ich traktowanie kreatywnych twórców. Film Solo powinien być moim wrogiem numer jeden. Otóż nie jest! Zaskakująco dobrze się na nim bawiłem. Co nie znaczy, że jest bez grzechów. O nie.

Nowy pies, stare sztuczki

Ulubiony bohater każdego miłośnika i miłośniczki serii – Han Solo, a także jego geneza. Jak to się stało, że sierota z galaktycznego zadupia, została najbardziej notorycznym przestępcą w Imperium, awanturniczym symbolem i seryjnym kobieciarzem? Tego się z filmu nie dowiemy, bo Han, którego poznajemy na początku (Alden Ehrenreich) jest tym samym człowiekiem, co cięty, cwaniacki, fordowski Solo. Po prostu jeszcze do końca się nie wyrobił w tym, co robi i od czasu do czasu coś pójdzie nie po jego myśli. Czy to wystarczy dla stworzenia angażującej historii, jeśli nie możemy mówić o klasycznej drodze przemiany bohatera? Owszem, jeśli ów protagonista niesie ze sobą charyzmę godną Harrisona Forda. A to w tym przypadku, zdecydowanie sprawa dyskusyjna. W moich oczach Ehrenreich co najmniej daje radę. Jeśli ktoś czasem nawalił, to scenarzyści w pisaniu dla niego kwestii. Oj, brakuje ręki Leigh Brackett…

Foto: IMDb

Skoro ścieżka bohatera nie może być emocjonalnym motorem narracji filmu, nawet z nie najgorszym, stonowanym wątkiem romantycznym, z jadącą na tym samym wózku Qi’Rą (Emilia Clarke), to co ma nas trzymać przy ekranie? Zagęszczenie przygód, zapewne. A czego tu nie ma! Zaciągnięcie się do imperialnej akademii i służba w wojsku, co skutkuje dziką walką o przetrwanie w okopach rodem ze Ścieżek chwały. Czterech wspaniałych i napad na ekspres w mroźnej scenerii. Wizyta w królestwie hazardu przestępczego podziemia. Infiltracja miasta niewolników i pokonywanie Kessela w mniej niż 12 parseków. Tyle się dzieje, że można spokojnie zakończyć paroma tarantinowskimi sytuacjami patowymi i przepychankami słownymi.

Więc raczej nie ma co narzekać na brak atrakcji. Trochę gorzej z towarzyszącymi postaciami, z których większość pojawia się i znika równie szybko, nie pozostawiając nawet ulotnego wrażenia w pamięci. Nawet o tych z większą porcją czasu ekranowego i dających się polubić, nie dowiadujemy się za wiele, czego najlepszym przykładem jest Tobias Beckett, grany przez, tak przecież wyrazistego, Woody’ego Harrelsona. Podobnie z głównym złoczyńcą (Paul Bettany), który poza tandetną charakteryzacją, z groteskową ilością blizn, wydaje się mieć potencjał jako postać, łącząc nieprzebieranie w środkach, z racjonalnością i skłonnością do negocjacji. Najjaśniejszym punktem, bez zaskoczeń, jest oczywiście Donald Glover jako Lando Calrissian. Choć dostaje stosunkowo mało do roboty, to aktor ze swoją naturalną, funkową swobodą wchodzi w każdą scenę i zawłaszcza ją dla siebie.

Foto: IMDb

„Wyłącz mózg”

Wróćmy jednak do sekwencji akcji, zdecydowanie dominujących w czasie trwania filmu. Jest ich nieprzeciętnie dużo i prawie zawsze imponują w jakimś aspekcie. Skali, zaaranżowania przestrzeni, rozdzielenia czasu dla poszczególnych graczy. Gdy jednak oglądamy efektowne strzelaniny i wybuchy przez bite piętnaście minut, ciężko uniknąć wrażenia zwątpienia. Że twórcy machają nam przed oczami świecidełkami, by odwrócić naszą uwagę od czegoś. Od braku przywiązania do wspomnianych niedorobionych postaci? Niskich stawek, nie bez udziału powyższego? Nieprzyjemnych dla oka kolorystycznie, niedoświetlonych zdjęć  Bradforda Younga? Niestety, niczym w produkcji Michaela Bay’a – zagęszczenie wydarzeń i cięć montażowych ma być wystarczająco duże, żeby widz nie zdążył zauważyć, że właściwie nie obchodzi go, kto do kogo strzela i dlaczego.

Jak wiemy choćby z Łotra 1, twórcy mają jeszcze jedną technikę omamienia widza. Rzucanie przed kamerę czegokolwiek, co się kojarzy ze starłorsowością. Ludzie bywają prości, pokażesz im nawiązanie do czegoś, co znają i lubią – od razu klaszczą i doznają zbiorowego nerdgazmu. Solo nie jest w tej kwestii aż tak chamski, ale też musi odhaczyć pewne pozycje na liście. Patrzcie, w ten sposób Han zyskał swój przydomek! A tak poznał Chewiego! Uwaga, teraz przelatuje Kessela w mniej niż 12 parseków! Bo pamiętacie tę jedną linijkę dialogu z pierwszego filmu? To my to pokazujemy. Podoba się?

Foto: IMDb

Nie powiem, że film nie sprawiał mi tym przyjemności w ogóle, często wręcz przeciwnie. Na pewno nie byłem dumny z tego, co mnie tak bawiło, ale to nieistotne. Wydaje się, że wbrew moim początkowym słowom, na razie tylko na film psioczę, jak prawie każdy. A ja widzę w nim pewną wartość, która pozostawiła dla mnie dużo nadziei na przyszłość serii. Jednak w obliczu wyników finansowych filmu, może okazać się bez znaczenia…

„Disnejowskie” uniwersum

Abstrahując od niekończących się zawirowań produkcyjnych – ośmielę się stwierdzić, że film podjął pewne ryzyka. Poprzedni spin-off, Łotr 1 miał oczywiście tę konwencję poważnego filmu wojennego. Ale posługiwał się znanym i rozpoznawalnym kostiumem, stałymi kodami. Rebelia, Imperium, X-wingi, Niszczyciele, Jedi, miecze świetlne, Moc, Darth Vader. Postacie były nowe, tonacja niecodzienna, ale w gruncie rzeczy nie było niespodzianek.

Nie mam na myśli, że Solo stroni od wszystkich tych elementów, absolutnie nie. Nawet obligatoryjną walkę na miecze świetlne sublimuje w jakąś biedną szermierkę Qi’Ry. Ale większość tego typowego krajobrazu stanowi tylko tło dla naprawdę odrębnej, dalekiej od „Wielkiej Historii”, awanturniczej opowieści. Ten intrygujący świat przestępczego półświatka na obrzeżach dawnej Galaktycznej Republiki zostaje w końcu choć trochę wyeksplorowany. Rzeczywistość pełna przemocy, niewolnictwa i wyzysku została już nam pokazana w Powrocie Jedi, naiwnie i w sumie bez celu przywołana w Jedi Ostatnim, ale nigdy z prawdziwą konsekwencją. Raczej jako drobne dziwactwo zaśmiecające galaktykę. Tutaj po raz pierwszy widzimy, że plaga przestępczości to integralna część życia społecznego i może być jednym z najważniejszych czynników, kształtujących zarodek wydarzeń ze znanych nam filmów. A droidów nie można tak bezkarnie wykorzystywać! To rozumne istoty.

Foto: IMDb

One last thing

Tym sposobem dochodzimy do niesłusznie krytykowanej postaci towarzyszki Lando – L3. Ta krzykliwa aktywistka emancypacji robotów też nie jest super rozbudowaną postacią, jej działania zbyt często stanowią punchline dowcipu. Jednak jej istnienie dodaje ciekawy aspekt do świata przedstawionego. Wejdźmy w mroczne terytoria – wyobraźcie sobie najbardziej stereotypową grupkę fanów Gwiezdnych wojen. Spocone, otyłe nerdy śliniące się do książek z Expanded Universe. Pomiędzy kolejnymi opróżnianymi browarami, narzekaniami na Disneya i „poprawność polityczną”, jeden rzuca sakramentalne pytanie – „A czy można zamoczyć w droida?”. I wyobraźcie sobie, że Han Solo na to pytanie odpowiada. A można, jak najbardziej, jeszcze jak! Ale uwaga, musi cię lubić i wyrazić zgodę. Nie ma tak dobrze.

Widocznie żyjemy po prostu w takich czasach, że wypada mieć droida na miarę epoki #metoo. A fakt, że temat seksualności droidów jest poruszony, nawet w żarcie, to dla mnie najlepszy wskaźnik popkulturowego dojrzewania serii. Czy feministyczny robot jest tym, czego Gwiezdne wojny potrzebowały? Pewnie nie, ale jestem wdzięczny, że Disney nie bał się pójść w te rejony. Jest dziwnie, ale chociaż ciekawie. Cieplej przyjmę taką postępowość, niż te „genialne” i „wywrotowe” pomysły Riana Johnsona, w rodzaju Luke’a stającego się własnym złym bliźniakiem. Szanuję za szanowanie potrzeb droidów.

Foto: IMDb

Tym pokręconym sposobem dotarliśmy do ostatecznych pytań – czy Solo jest dobrym filmem i czy wizytę w kinie potraktować jak obowiązek? Otóż nie i nie. To w porywach przeciętny film przygodowy, z umiarkowanie atrakcyjnym bohaterem, umiarkowanie dostarczającą rozrywką i umiarkowaną fanowską satysfakcją w rozszerzaniu świata. Wszystko wyrabia normę, ale z ledwością i nie bez uczucia żenady, że mogło być dużo ciekawiej. Dodatkową wartość nadaje przede wszystkim otwarcie w naszych głowach kilku klapek, do zastanowienia się nad naturą uniwersum.  Jeśli już, to właśnie to powinno być dla Was najciekawszą motywacją w sięganiu po tę, raczej nieudaną, część serii.

Ocena: 5+/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *