„Green Book” – Przepraszam, czy tu biją?

dnia

W przedoscarowym zatrzęsieniu filmów poruszających społecznie istotne problemy nie brakowało oryginalnych pozycji. Ostatnio trochę bez echa przeszła poruszająca młodzieżówka Nienawiść, którą dajesz, w atrakcyjny sposób edukująca na temat Black Lives Matter, fałszu w liberalnym „niewidzeniu kolorów” czy muzyki 2Paca. Ale ciekawie jest nawet w głównej kategorii tegorocznych Oscarów, bo mamy trzy zupełnie różne filmy o szeroko pojętej rasie. Jeśli kino superbohaterskie to nie wasza bajka, a koktajl Mołotowa Spike’a Lee zbyt radykalny, to zawsze pozostaje filmowy ekwiwalent waszego pierwszego czarnego kolegi − od twórcy Głupiego i głupszego, w sam raz dla całej rodziny.

Może nie bądźmy od razu tak cyniczni − owszem, Green Book nie jest filmem odkrywczym, ale nie jest też seansem zupełnie bezwartościowym. Moja umiarkowana niechęć do niego wynika z faktu, że wpisuje się on w pewną asekurancką narrację mówienia o rasizmie, np. w filmach typu feel-good. Problem, który miały też wysoko oceniane przeze mnie Trzy billboardy za Ebbing, Missouri, ale w jeszcze większym stopniu francuskie produkcje jak Nietykalni czy (o, zgrozo) Za jakie grzechy, dobry Boże? Filmy, które utrwalają uproszczoną, opartą na stereotypach, wizję rzeczywistości. Poklepują nas po pleckach ze słowami: „Wszyscy jesteśmy trochę rasistami! Nie ma co się spinać, przecież ludzie są z reguły w porządku”. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Foto: IMDb

Zgadnij, kto przyjdzie na obiad

Tytuł odnosi się do reliktu niewygodnej historii Południa Stanów Zjednoczonych − „zielona książeczka” była przewodnikiem dla afroamerykańskich podróżnych wskazującym miejsca, gdzie mogą się bez obaw zatrzymać oraz te, których lepiej unikać. Przez to piekiełko segregacji rasowej ma zamiar przedrzeć się wirtuozerski pianista, Dr Don Shirley (pracujący na jeszcze bardziej zasłużonego Oscara Mahershala Ali) na swoim tournée. W czepku urodzony i rzadko rozstający się ze swoim bezpiecznym tronem w budynku manhattańskiego Carnegie Hall muzyk będzie potrzebował obstawy − osobistego szofera, menedżera i ochroniarza w jednej osobie. A jedynym wartościowym kandydatem wydaje się cwaniacki włoski imigrant z Bronxu i specjalista od „uczenia manier” kłopotliwych klientów nocnych klubów − Tony ‘Lip’ Vallelonga, o twarzy pyzatego Viggo Mortensena. Razem udają się w  podróż, która zmieni ich postrzeganie samych siebie.

Opisuję tę fabułę z perspektywy wątku, który wydaje mi się zdecydowanie ciekawszy. Jednak centralną postacią i obiektywem tej opartej na prawdziwej historii pozostaje Tony. On od początku jest tym bardziej aktywnym, szczerym i łatwo przyswajalnym bohaterem, w swoim stereotypowo makaroniarskim usposobieniu i dobrym serduszku, pomimo rzucanych czasami przy rodzinnym stole, niezobowiązujących wtrętów rasistowskich. Jest tą bardziej przyciągającą, wyluzowaną, nieprzybierającą intelektualnej pozy połową tego niecodziennego sparowania. Shirley pomaga mu głównie w zrozumieniu wciąż niesprawiedliwej sytuacji Afroamerykanów i pisaniu bardziej elokwentnych listów do czekającej w domu żony.

Foto: IMDb

Stay Woke

Żeby jednak oddać sprawiedliwość − Shirley nie jest kliszowym magical negro. Bohaterowie uczą się czegoś od siebie nawzajem, a problemy tożsamościowe Dona, jako czarnego i niepasującego do obowiązujących modeli męskości obywatela Ameryki, w końcu wybrzmiewają w naprawdę mocnym monologu. Podtrzymuję, że w scenariuszu pozostają pewne reakcjonistyczne naleciałości. To film, który próbuje cały czas być nieznośnie asekurancki, tak by nikt nie poczuł się niekomfortowo winny. Owszem, bywali i rasistowscy policjanci, ale nie wszyscy byli źli − pokażmy też tych dobrych! I tak, zdarzały się krzywdzące stereotypy, ale przecież nie brały się zupełnie znikąd! A jakichś tam niewinnych żarcików w towarzystwie nie możemy porównywać do działań Ku Klux Klanu…

Jednym z szybciej czerstwiejących running joke’ów w filmie jest perspektywa tego, że Tony wie dużo więcej o afroamerykańskiej kulturze niż Don. Bo ten drugi nie słucha R&B i soulu i nie jadł nigdy w KFC. „Jestem pewnie czarniejszy niż ty”, jak rzuca w pewnym momencie Lip, co na szczęście bardzo szybko zostaje skompromitowane. Nadal jednak mam wrażenie, że nawet dość zabawne skecze w rodzaju tego, w której Włoch prawie siłą wpycha skrzydełko kurczaka w gardło czarnego pasażera, przy mniej pogodnej muzyce mogłyby być pełnymi rasowego napięcia scenami z horroru Jordana Peele’a.

Foto: IMDb

Oddając sprawiedliwość…

Ale już odchodząc od tych, z grubsza niegroźnych, ideologicznych wątpliwości, to naprawdę bardzo dobry, zgrabnie płynący i lekki komediodramat. Fantastycznie zagrany, dobrze wyreżyserowany i nienagannie zmontowany. Jest bardzo epizodyczny, przewidywalnie przeplatający typowe momenty „do pośmiania” i „do popłakania”. Czasami może cierpieć na niedobór jakiegoś nadrzędnego konfliktu, zagrożenia. Bo niby jakaś włoska mafia w tle coś kombinuje, ale nic z tego nie wynika. I niby bohater jest oddalony od żony na długi czas, pisząc kiepskie listy, ale to nie jest tak, że ich małżeństwo kiedykolwiek wisi na włosku. Wszystko jest bardzo letnie i niezobowiązujące, w sam raz na rodzinne popołudnie.

Koniec końców nie uważam Green Book za film jakoś wstrząsająco wsteczny czy szkodliwy mimo „pozafilmowych” kontrowersji z wypowiedziami syna prawdziwego Vallelongi i Viggo Mortesena. Widzę go jako twór, który spokojnie mógłby powstać dla widza amerykańskiego jeszcze w latach 80. W końcu nieprzypadkowo najczęściej porównuje się go do Wożąc panią Daisy, mimo że daleko mu do nudnej ramoty. Nie dodaje nic nowego do dyskursu, jest bardzo bezpieczny w każdym aspekcie, ale na pewno trafi do serc widzów i pozostanie jedną z lepszych pozycji w tegorocznym oscarowym zestawieniu.

Ocena: 6/10.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *