G jak… Gilliam – Subiektywny Alfabet Reżyserów

dnia

Tekst ten jest częścią dłuższej serii artykułów, w której w subiektywny sposób przybliżam życie i twórczość cenionych przeze mnie twórców filmowych. Odnośniki do pozostałych odcinków znajdziecie tutaj.

Najzdolniejszy fetyszysta stóp w przemyśle filmowym (nie, nie Tarantino!). Członek grupy Monty Pythona z najmniejszym parciem na szkło, co wcale nie znaczyło, że miał najmniej do powiedzenia. Mistrz w budowaniu filmowych światów, choć zbyt nadpobudliwy, by opowiadać w nich spójne historie. Najbardziej znany snob filmowy na świecie. Enfant terrible producentów oraz… obrońca Harveya Weinsteina? Takiego, jedynego w swoim rodzaju twórcę, bierzemy dziś na warsztat.

Terry Gilliam

Choć z urodzenia Amerykanin z Minnesoty, niedługo po studiach (politologia), podczas burzliwych lat rządów Lyndona B. Johnsona, uciekł do Wielkiej Brytanii i naturalizował się najszybciej jak mógł. Lata później, za czasów administracji Busha Młodszego, całkowicie zrzekł się swojej „amerykańskości”. Bezpośrednim impulsem do pierwotnego opuszczenia kraju, podobno była dla niego bezowocna wizyta w Disneylandzie, gdzie w ramach pracy reportera miał opisać pewne atrakcje parku. Nie wpuszczono go ze względu na zbyt długie włosy, w końcu był już rok 1967… Wychodząc, po raz pierwszy zdał sobie sprawę z drutu kolczastego dookoła popkulturowo-rodzinnej utopii. Obraz ten pozostał z nim długo, podobnie jak wijące się wzory dywanów w hotelach Las Vegas, kwintesencji amerykańskiego piekiełka.

And did those feet in ancient time…

To nie tak, że do amerykańskiej rzeczywistości w ogóle nie pasował. Za czasów licealnych był równocześnie najlepszym uczniem i „królem studniówki”. Odnosił same sukcesy. Jednak po podróży autostopem po Europie i poznaniu Johna Cleese’a przy okazji pracy zdjęciowej do nowojorskiego, satyrycznego picture booka, Terry stwierdził, że w Londynie będzie się czuł najlepiej. John załatwił mu pracę przy programie dziecięcym dla BBC, gdzie Gilliam poznał Grahama Chapmana, Erica Idle, Terry’ego Jonesa i Michaela Palina. Ta szóstka oczywiście, w roku 1969, została ekipą Latającego Cyrku Monty Pythona.

Gilliam jako Kardynał Kieł (po prawej), w niespodziewanym skeczu o Hiszpańskiej Inkwizycji // Foto: Pinterest

Legendarny program był w owych czasach powiewem świeżości dla komedii, a dziś wiele skeczów należy do absolutnej klasyki, znanej niemal każdemu. Choć, szczególnie we wczesnej fazie, wiele materiału to swoiste próbowanie się z cenzurą pt.: „na ile możemy sobie pozwolić w publicznej telewizji”, to łamanie tabu nie zawsze było główną ambicją twórców. Pod płaszczykiem absurdalnych żartów, mniej lub bardziej erudycyjnych, opartych często na wywracaniu do góry nogami porządków codzienności życia społecznego, Pythoni skrywali krytyczny komentarz na temat choćby konserwatywnej moralności, stereotypowego myślenia czy tożsamości płciowej. Każdy odcinek, wychodząc od zupełnie przypadkowego tytułu, zaczynał ciąg wolnych skojarzeń, skeczów luźno powiązanych, z przejściami w postaci poklatkowych animacji.

Tu wchodzi Gilliam-animator. Facet zawsze był kreatywny i uzdolniony plastycznie. Długo marzył o stworzeniu pełnometrażowej animki, ale nigdy nie miał jednej cechy koniecznej dla artysty filmu rysunkowego – cierpliwości. Wypracował swoją własną, oszczędną technikę, opartą na wycinance i kolażu. Korzystał ze wszystkiego, co pasowało mu do surrealnej koncepcji, od kolorowych czasopism, po dzieła sztuki wyjęte z kontekstu, jak często przewijające się przez jego twórczość „Narodziny Wenus” Boticelliego. Mieszał porządki, dowolnie łączył obrazy, przetwarzał, parodiował, uludyczniał. Słowem – Bachtin byłby dumny, karnawalizacja spełniona. Oprócz tych charakterystycznych „przejściówek” Pythonów, z ikoniczną stopą na czele, warto rzucić jeszcze okiem na krótkie filmy jak Storytime (1968) – poruszające historie karalucha, życia miłosnego rąk Alberta Einsteina i kartek świątecznych, oraz Miracle of Flight (1974), rzecz o odwiecznym, ludzkim marzeniu o lataniu i niezmiennych wobec tego, porządkach władzy.

Latający cyrk Monty Pythona // Foto: BBC

Wieki średnie

Cztery sezony Latającego Cyrku, kilka mniej lub bardziej udanych wznowień klasyków, także kinowych i… trzy oryginalne filmy. W międzyczasie Gilliam poślubił koleżankę z planu, charakteryzatorkę Maggie Weston, która potem współpracowała z nim przy wielu projektach, a małżeństwem są do dziś.

Jeśli chodzi o te trzy pełnometrażówki, to co prawda głównym reżyserem podpisanym pod każdą był drugi pythonowski Terry, ich etatowy transwestyta, Jones. Nie można też mówić o nich jako autorskich filmach, bo były wynikiem wspólnej pracy całej szóstki. Gilliam miał największy udział przy realizacji „Graala” (poza animacjami, np. scena z niezłomnym Czarnym Rycerzem). Na Żywocie Briana (1979) zostawił swoje autorskie znamię tylko w sekwencji z kosmitami. W ramach ostatniego tchu podupadającego zespołu, Sensu życia wg Monty Pythona (1983), popełnił zabawny, widowiskowy shorcik pt. Karmazynowe ubezpieczenie permanentne, o antykapitalistycznej fantazji wyzyskiwanych gryzipiórków, grany przed właściwym seansem filmowym.

Monty Python i Święty Graal // Foto: Fanpop

Monty Python i Święty Graal (1975) jest fascynujący z kilku powodów. Nie tylko z racji na niemożebną ilość scen i cytatów, które przeszły do historii – od Mostu Śmierci, przez Rycerzy Mówiących Ni, po Święty Granat Ręczny. Ten film także na poziomie swojej konwencji estetycznej był na swoje czasy przełomowy. Jasne, obśmiewał po prostu legendy arturiańskie i ciemnotę średniowiecza, niby nic nowego. Ale jak spojrzy się na filmy o średniowieczu kręcone wtedy, jeśli nie jest to oczywiście Siódma pieczęć, ani Małgorzata, córka Łazarza, ani tym podobny, europejski arthouse, to różnice stają się klarowne.

Czy to w amerykańskim, czy brytyjskim mainstreamie, zawsze stawiano na drogie kostiumy, barwne scenografie, widowiskowe potyczki. W końcu trzeba czymś przyciągnąć widzów do kin na film historyczny. A u Pythonów wręcz naturalizm – nędza, błoto, łachmany, muchy żerujące na ciałach… Kto to w ogóle widział, żeby tak kręcić komedię? Gdzie każdy kadr wygląda, jakby go ukradziono co najmniej z filmu Tarkowskiego – każdy szczegół surowego pejzażu wręcz namacalny w swojej fakturze.

Monty Python i Święty Graal // Foto: Fanpop

Podobne podejście Gilliam kontynuował w Jabberwocky (1977). Film w czasie premiery bywał błędnie promowany jako część kanonu Monty Pythona, z racji choćby na Michaela Palina w głównej roli i Jonesa w epizodzie. Utrzymywał także mocno skeczową formułę całości. A było to ironiczne przekształcenie schematu średniowiecznej legendy o chłopskim bohaterze. Nasz, powiedzmy Szewczyk Dratewka, nie marzył tu o pokonania smoka (tytułowego Dżabbersmoka, idąc za przekładem Słomczyńskiego tego wiersza Lewisa Carrola), ani zdobyciu ręki księżniczki, a o udowodnieniu swojej wartości ojcu i najbrzydszej kobiecie w wiosce. Perypetie ciapowatego bohatera nie mają nic wspólnego z walecznością, walka z uroczym efektem specjalnym po przecenie okazuje się farsą, a nagrody dla przywiązanego do prymitywnej rutyny, mało ambitnego bednarza – karą.

Trylogia imaginacji

A z kolei bohaterowie kolejnych kilku filmów Gilliama nic tylko marzą, uciekają od ograniczającej rzeczywistości w inne światy. W napisanym ponoć przez weekend scenariuszu do Bandytów czasu (1981), Gilliam celował w szerszego odbiorcę niż wcześniej. Fantastyczna historia chłopca z bujną wyobraźnią, zaniedbywanego przez przykutych do teleturniejów i telezakupów rodziców, który pewnego dnia trafia do światów swojej fantazji. Grupa karłów, podróżujących po różnych epokach historycznych (wojny napoleońskie, średniowiecze, antyk) i krainach fantastycznych (ogrów, olbrzymów, groteskowo wielkich, mrocznych twierdz), ucieka przed złym demiurgiem i robi użytek z pomysłowości dziecka.

Bandyci czasu // Foto: Blu-ray.com

Choć fabuła jest nieco chaotyczna, z dziwnie ambiwalentną puentą, jak na film de facto dla dzieci, to okazał się olbrzymim sukcesem komercyjnym, także w USA. Budżet był oszczędny, jednak kreatywność Gilliama sprawiła, że w ogóle tego nie widać. Mało gdzie zobaczycie tak niezwykłe wykorzystanie miniatur w tworzeniu świata o imponującej skali, bogatego w szczegóły i inwencję inscenizacyjną. Wszystko opatrzone niezgorszym humorem w bawieniu się historycznymi mitami i zastrzykiem dziecięcej naiwności.

Jeszcze większą pomysłowością, nie tylko na poziomie scenografii i kostiumu, ale i techniki operatorskiej, Gilliam miał się wykazać w następnym projekcie. Już w samym pierwotnym tytule – 1984 ½, wybrzmiewa hołd zarówno dla orwellowskiej dystopii, jak i fantazyjnych przedstawień świata wewnętrznego z Felliniego. A film ostatecznie nawet więcej czerpał z biurokratycznych labiryntów Procesu Kafki, wizji niemieckich ekspresjonistów, Metropolis Fritza Langa i opatrzonych długimi cieniami, klaustrofobicznych przestrzeni filmu noir.

Brazil // Foto: Mental Floss

Zanim jednak prawdziwe Brazil (1985), kręcone po części za amerykańskie pieniądze, ujrzało światło dzienne, reżyser musiał stoczyć o swoją wizję długą walkę. Decydenci dystrybucyjni z Universal stwierdzili, że 2,5-godzinna, pesymistyczna dystopia o przegranym starciu jednostki z bezdusznym systemem (o, ironio), nie sprzeda się i chcieli obciąć film o godzinę, doklejając happy end. Podobna sprawa jak z Łowcą androidów Ridleya Scotta. Gilliam jednak wywalczył swoją wersję, dzięki bardzo entuzjastycznym reakcjom krytyków z prywatnych projekcji i film ostatecznie wydano tylko o 10 minut krótszy. Poniósł niewielką, spodziewaną porażkę finansową, ale wielu komentatorów okrzyknęło go arcydziełem.

Film o zdominowanym przez matkę i biurokratyczny reżim urzędasie Samie Lowrym (Jonathan Pryce), który poszukuje kobiety ze swoich sennych wizji. W tym świecie nie ma miejsca na indywidualizm, a system nigdy się nie myli, nawet jeśli przez usterkę wywołaną działaniami owada, na dokumencie z nakazem aresztowania znajdzie się niewłaściwe nazwisko.

Brazil // Foto: IMDb

I takie usterki to nie jest nawet rzadkość, prowizorka pozorowanego porządku wydaje się wpisana w strukturę tego świata. Wszystko w tej retrofuturystycznej metropolii jest na widoku – rury, okablowanie, nawet jedzenie w restauracji okazuje się jednolitą papką, w niczym nieprzypominającą produktu z menu. Nikt już nie próbuje maskować szytych grubymi nićmi, trudnych do kontrolowania, skomplikowanych bebechów rozkładu industrialnego miasta. Władza stale uprawomocnia własne surowe reguły rzekomym zagrożeniem terrorystycznym. To wszystko jednak prawdopodobnie wielka ściema, bo spotkany we wczesnej fazie filmu wróg numer jeden (grany przez Roberta de Niro), popełnia w domu bohatera akt terrorystyczny polegający na… naprawieniu mu klimatyzacji bez wypełniania żadnego papieru.

Poza estetyką scenografii czy oświetlenia, zawdzięczającą wiele wspomnianym eklektycznym wpływom stylistycznym, to też pierwszy film Gilliama, w którym wykrystalizowała się jego technika zdjęciowa. Zniekształcenie perspektywy za pomocą niemal nadużycia w stosowaniu ultra-szerokokątnych, zakrzywionych obiektywów (14-milimetrowa ogniskowa bywała nazywana „gilliamowską” w środowiskach filmowych), duża rola wysokich, niskich i „holenderskich” kątów plus dezorientujące, konfrontacyjne zbliżenia. Wszystko tworzy paranoiczną, halucynacyjną atmosferę i wyjątkowo pamiętne doświadczenie filmowe.

Brazil // Foto: IMDb

Kolejny projekt jeszcze trudniej było reżyserowi sprzedać. Przygody barona Munchausena (1988), adaptacja zmyślonych opowieści o XVIII-wiecznym, niemieckim szlachcicu, symbolicznie wpisujących się w konflikt Oświecenia z Romantyzmem, rozumu z wyobraźnią. Terry zmieszał te niestworzone historie w formie szkatułkowej m.in. z popkulturowo rozpoznawalnymi motywami ze sztuki renesansowej, Biblii czy mitologii rzymskiej, lękami schyłku Zimnej Wojny oraz występami gościnnymi celebrytów (improwizujący Robin Williams i Sting choćby).

Skutkiem był bardzo atrakcyjny estetycznie wytwór „zbiorowej wyobraźni” wieków, choć nie do końca wiadomo, do kogo skierowany. Dbałość o szczegóły strony wizualnej zaplusowała m.in. czterema nominacjami do Oscara, a także BAFT-ą dla charakteryzatorki, Maggie Weston, żony Gilliama. Nawet ona jednak nie chciała chyba już z nim pracować po burdelu, jaki ten zrobił na planie. Naciskał na producentów tak długo, aż podwoili mu budżet, a też choćby pod względem BHP, z tymi wszystkimi prawdziwymi eksplozjami, praca na planie nie wyglądała za dobrze w papierach. Jeszcze w okresie zdjęciowym wszystkie gazety trąbiły, o największej klapie finansowej w historii. Kolosalnego na te czasy budżetu 46 milionów dolarów, nie pokryły wpływy ze Stanów Zjednoczonych – tylko 8 milionów.

Przygody barona Munchausena // Foto: Flixist

Alicja w Piekle Dantego

Po takiej porażce ciężko było reżyserowi przekonać producentów do własnej wizji, więc spokorniał. W Nowym Jorku zrealizował pierwszy film na podstawie zupełnie nieautorskiego scenariusza, z Jeffem Bridgesem i Robinem Williamsem. Był to oczywiście Fisher King (1991). Wciąż bardzo oryginalny film, łączący ciepły romans o przyjaźni, odkupieniu, społecznych nierównościach, ze współczesną baśnią na motywach z legend arturiańskich czy Pinokia, z domieszką psychotycznych załamań rzeczywistości. Dobre przyjęcie krytyków, przyzwoite powodzenie w box office i pięć nominacji do Oscara, ze statuetką dla Mercedes Ruehl  za rolę drugoplanową.

Jeszcze lepiej radziło sobie 12 małp (1995). Skrypt małżeństwa Peoples (David Webb wcześniej podpisał się pod Łowcą androidów i Bez przebaczenia), bazował w dużej części na eksperymentalnym (złożonym prawie wyłącznie z nieruchomych zdjęć) filmie postapokaliptycznym Chrisa Markera – Filar (1962). Gilliam jednak zobaczył ów francuski pierwowzór dopiero po zrealizowaniu swojego obrazu, bo nie chciał się sugerować stroną wizualną. W rezultacie powstało stylistyczne coś-pomiędzy mroczną dystopią, a paranoidalną kreskówką Looney Tunes. Dobrze przyjęta, inteligentna opowieść o relatywizmie szaleństwa i wykorzystaniu jednostki przez władzę, w ramach konwencji sci-fi, pozostaje też jedną z najspójniejszych logicznie fabuł o podróży w czasie, z jakimi kiedykolwiek się spotkacie. Może nie najlepszy film Gilliama, ale na pewno jego najbardziej przystępny, stąd też jego największy sukces komercyjny.

12 małp // Foto: IMDb

Z adaptacją powieści prekursora bardzo ingerencyjnego i dygresyjnego, dziennikarskiego stylu gonzo, Huntera S. Thompsona, nie było już tak kolorowo. Z projektu wcześniej odpadli Martin Scorsese i Oliver Stone, a z finansowaniem tak szalonego projektu jak Lęk i odraza w Las Vegas było bardzo ciężko. Zatrudnieni do głównych ról Johnny Depp i Benicio del Toro zaangażowali się bardzo, szczególnie ten pierwszy, który spędził sporo czasu na studiowaniu nawyków życiowych autora, swojego bohatera, w końcu zaprzyjaźniając się z nim i wprowadzając się do jego piwnicy. Scenografowie mieli sugerować się Alicją w krainie czarów i  Boską Komedią Dantego, przy tym zachowując wierność epoce schyłku amerykańskiej kontrkultury. Drogie efekty specjalne i dużo operatorskiej inwencji było konieczne, by wiernie oddać skutki zażycia każdego z wielu narkotyków, spożywanych przez bohaterów.

Lekko mówiąc, nie pykło. Krytycy zmieszali Las Vegas Parano (1998) z błotem, za jego narracyjny chaos i bezcelowość, a większość widzów odkryła film dopiero na VHS-ach, bo nie poradził sobie w ograniczonej dystrybucji kinowej. Znowu był to film specyficzny, bez silnej linii narracyjnej, ale tym razem nie dlatego, że był skupiony na budowaniu świata, ale dlatego, że był odbiciem doświadczenia narkomana, który złamał podstawową zasadę: „Po pierwsze, nie mieszać”.

Pierwsza, komediowa połowa o szaleństwach na haju, bardziej przypadała widzom do gustu. Ale każdy z jakimkolwiek doświadczeniem ze środkami odurzającymi wie, że po po takich nocnych schizach zawsze przychodzi przecież poranek dnia następnego, w którym zaczynamy składać sobie do kupy to, co robiliśmy „pod wpływem”. Często fakty pamiętane przez dotkniętych naszym zachowaniem, innych ludzi są dużo trudniejsze do przyjęcia niż nawet to, co zachowała naszą pamięć. Dlatego nie ma nic przyjemnego w oglądaniu tej pornografii cierpienia bohaterów w drugiej części filmu – bo nie ma być.  W końcu po hedonistycznym pogrążeniu straconych idei rewolucji hipisowskiej, zostały tylko Lęk i Odraza…

Las Vegas Parano // Foto: Sequart Organization

F**ckin’ Problems

Więc poza tą ostatnią, lekką wpadką, Gilliam pozostał grzecznym chłopcem dla wytwórni, nie poświęcając przy tym swojej oryginalności. Za to nieźle przejechali się po nim bracia Weinstein, przy realizacji Nieustraszonych braci Grimm w 2003. Produkcja filmu z Mattem Damonem i Heathem Ledgerem okupiona były ciągłymi kłótniami, ingerencjami producentów i cięciami budżetowymi. Zaufany autor zdjęć Gilliama, Nicola Pecorini, został zwolniony przez Boba i Harveya po sześciu tygodniach. Zdjęcia w Czechach były wielokrotnie przerywane, a na koniec nie starczyło pieniędzy na dobre CGI, co zdecydowanie widać.

Ostatecznie film okazał się ambitną porażką. Miał ciekawy pomysł wyjściowy – był raczej fantazją wokół postaci tych zbieraczy folkloru germańskiego, przedstawiając ich jako oszustów, straszących ludzi magicznymi trikami, udającymi rzeczywiste zjawy, by zbijać majątek na egzorcyzmowaniu wyimaginowanych wiedźm i oczyszczaniu przesądnej ludności z litości i trwogi. Innymi słowy, trochę jak filmowcy. Dopiero pojawienie się prawdziwych istot nadnaturalnych, uczy braci wykorzystywać swoją wyobraźnię do czegoś dobrego. Zamiast jednak pokazać te znane nam choćby z Disneya baśnie z innej, mroczniejszej strony, film opierał się na łączeniu najbardziej typowej, znanej każdemu ikonografii, tworząc pretekstową intrygę bez iskry.

Nieustraszeni bracia Grimm // Foto: CraftD Movie Critiques

Film o braciach Grimm utknął w postprodukcji do 2005, a w międzyczasie Gilliam zdążył zrealizować Krainę traw. Była to fantazyjna, niepokojąca opowieść o dziewczynce z patologicznej rodziny, poznającej świat na swój sposób i przedzierzgającej siebie w dorosłe role, budowane na wyobraźni zaczerpniętej z bajek, a nie faktycznych wzorców. Znowu jednak nie jest jasne, dla kogo ten piękny, ale okrutny i defamiliaryzujący film powstał. Krytycy byli skonsternowani, a co dopiero zwykli widzowie.

Parnassus (2009), faustowska opowieść o magicznym imaginarium tytułowego, pogrywającego z diabłem starca, stającym się lustrem dla najskrytszych ludzkich pragnień, spotkała się z bardziej nieprzewidzianymi problemami w produkcji. Heath Ledger śmiertelnie przedawkował leki, co było wielką tragedią dla sztuki filmowej, a dla Gilliama oznaczało zamknięcie projektu. W końcu jednak reżyser przekonał się i w nienakręconych wcześniej scenach fantazji, obsadził trzech różnych aktorów w miejsce Ledgera – Deppa, Jude’a Law i Colina Farrella. Skutkiem był nieco chaotyczny film o zderzeniu nieposkromionej fantazji z rzeczywistością, potrzebami drugiego człowieka. Pierwszy raz udało się tu reżyserowi zrobić dobry użytek z efektów komputerowych, kreując urokliwe w swojej pastelowości, światy wyobraźni.

Parnassus // Foto: IMDb

Z motywami faustowskimi reżyser rozprawił się bezpośrednio w swojej pierwszej operzePotępienie Fausta, na podstawie libretta Berlioza, dla londyńskiej English National Opera w 2011. Spektakl muzyczny z bogatą choreografią, dużym użyciem multimediów, nawiązujący mocno do ikonografii nazistowskiej, dokumentów Leni Riefenstahl, był bardzo dobrze oceniany. Wpisuje się też w typowo gilliamowską narrację walki rozumu z fantazją, choć tu przewrotnie – to reprezentujący wyzwoloną wyobraźnię Mefistofeles, jest postacią negatywną.

Pokrewne tematy poszukiwania sensu ludzkiej egzystencji to Teoria wszystkiego – Zero Theorem (2013, nie mylić z identycznie przetłumaczonym u nas tytułem biografii Stephena Hawkinga z 2014). Nieco pretensjonalnego scenariusza pióra amatora – Pata Rushin, nie ratowały nawet występy aktorskie Christopha Waltza, Davida Thewlisa i Lucasa Hedgesa. Ciekawie wypada ten film w konfrontacji z Brazil – tym razem to historia wybitnej jednostki, stłamszonej przez system, wykorzystujący jego umiejętności do chałtury. Estetyka dystopii jest tu bardziej współczesna, fluorescencyjna i ciekawie podejmuje się wątki technologii, zawłaszczającej ludzką komunikację oraz „szytych na miarę” przez korporacjonizm, stylów życia. Choćby dlatego warto rzucić okiem na to, nieco mętne treściowo dzieło.

Potępienie Fausta // Foto: smart.co.uk

Niekończąca się opowieść

Historia Gilliama to jednak także historia projektów niezrealizowanych. Do skutku nie doszły m.in.: sequel Bandytów czasu, adaptacja Dobrego omenu Terry’ego Pratchetta, Strażników Alana Moore’a, Gormenghast Mervyna Peak’a, Autostopem przez galaktykę Douglasa Adamsa, Opowieści o dwóch miastach Dickensa i Quasimodo wg Victora Hugo. Był też wymarzonym reżyserem Harry’ego Pottera w oczach J.K. Rowling, co przyjąłby z entuzjazmem, jednak Warner Brothers zdecydowało postawić na bezpieczniejszego Chrisa Columbusa. I na deser ta najbardziej spektakularna, wojna o Don Kichota, trwająca od roku 1989 po dziś dzień…

Tak naprawdę Gilliam zapoznał się z oryginałem Cervantesa dopiero po „Munchausenie”. Od razu zobaczył sporo z siebie i swoich typowych bohaterów w opowieści błędnego rycerza tłamszonego zasadami rzeczywistości. Wyśnił opowieść o szarym marketingowcu, zabranym w niezwykłą podróż przez stetryczałego starca, jako nowy Sancho Pansa, a zatytułował ją Człowiek, który zabił Don Kichota. Wizualne wyobrażenia przelewane na liczne koncepcyjne szkice, kiełkowały w reżyserze przez długie lata, a nadzieja na finansowanie przyszła dopiero w 1998.

Rysunek: BFI

W Hollywood by nie przeszło, to pieniędzy na projekt szukano po kontynentalnej Europie – w Hiszpanii, Portugalii, Francji.  We wrześniu roku 2000 w końcu udało się ściągnąć ekipę i aktorów na plan w północnej Hiszpanii. W rolach głównych – Jean Rochefort jako Kichot i Depp jako Grisoni (tutejszy Sancho, za nazwiskiem współscenarzysty Tony’ego Grisoniego). Aktorzy byli bardziej tam po przyjacielsku, bo budżet był śmieszny, nawet warunki studia nie odpowiadały potrzebom akustycznym.

Już pierwszy dzień zdjęć był groteskowym ciągiem katastrof – loty próbne odrzutowców F-16 zaraz po pierwszym klapsie i ulewy z powodziami błyskawicznymi. Starzejący się Rochefort miał akurat wtedy problemy z prostatą, a konieczna w tej roli jego umiejętność jazdy konnej, nie mogła wypaść zbyt korzystnie, z racji na dokuczliwy ból. Zdrowie aktora szybko się pogorszyło i hospitalizowano go na wiele tygodni. Trzeba było kręcić sceny bez udziału głównego aktora, przez co wszyscy pracownicy, w tym Johnny, powoli tracili wiarę i zainteresowanie projektem. Jeszcze więcej problemów narosło, gdy okazało się, że szkód wywołanych przez powodzie, nie pokrywało ubezpieczenie producentów…

Cały proces tej przedwcześnie zakończonej produkcji, udokumentowano w filmie Zagubiony w La Manchy (2002). Potem przez wiele lat Gilliam wielokrotnie próbował wznowić realizację, z rolami Kichota i Grisona obsadzanymi  kolejno – Robertem Duvallem i Ewanem McGregorem, Michaelem Palinem i Jackiem O’Connelem, oraz Johnem Hurtem i Adamem Driverem. Ta ostatnia wersja była najbliższa realizacji, ale plany ponownie pokrzyżowało zdrowie i późniejsza śmierć Hurta. Driver został jednak przy projekcie, a w marcu 2017 Terry Gilliam ogłosił, że zaczął zdjęcia do filmu, z Jonathanem Pryce w roli Kichota.

Zagubiony w La Manchy // Foto: JustWatch

Fundusze miał uzyskać dzięki uprzejmości portugalskiego producenta Paulo Branco. Znowu były nieprzyjemności na planie, dużo ingerencji decydentów i cięcia budżetowe. W umowie był też trudny do przeoczenia haczyk o zrzeczeniu się praw do filmu, jednak Gilliam potem stwierdził, że skoro producent nie wywiązał się z umowy do końca, to szukanie pieniędzy w innych źródłach i robienie z filmem co chce, będzie na miejscu. Oczywiście tak nie było.

W międzyczasie urosło sporo kontrowersji wokół postaci reżysera. Był mały skandal z rzekomym uszkodzeniem zabytkowego portugalskiego Klasztoru Zakonu Chrystusa w Tomarze, podczas dni zdjęciowych. Oskarżenia okazały się jednak mocno przesadzone. Podobno  reżyser doznał także wylewu na planie, ale i to miało być nieco rozdmuchane. Trochę gorzej było z końcówką roku 2017 i ruchem #metoo. Reżyser najpierw nazywał Harveya Weinsteina potworem, ale koniec końców porównywał oskarżających do ślepego tłumu z pochodniami, a ofiary producenta krytykował mówiąc, że jako dorośli ludzie powinni rozumieć cenę kariery, jaką często bywała noc z Harveyem…

Terry potem utrzymywał, że został źle zrozumiany, jednak nie może tego sprostować, bo jego żona zabroniła mu się wypowiadać publicznie w tym temacie. Ale było za późno, bo pojawił się też enigmatyczny tweet Ellen Barkin (grającej epizod napastowanej kelnerki w Las Vegas Parano), w którym odradzała podróży windą z Terrym Gilliamem… Temat naszego stosunku do problemu molestowania seksualnego był już podejmowany przez kolegę redakcyjnego, a w kontekście przemysłu filmowego przeze mnie. Nie skreślając zupełnie reżysera – nie jestem w stanie w tym świetle traktować jego słów inaczej, niż jako jednoznacznie szkodliwych i godnych potępienia.

Foto: The Irish Times

Wracając do Don Kichota, resztę doniesień pewnie znacie z mediów. Film został ukończony, ale premiera na Cannes miała być wstrzymana, z racji na producenta, upominającego się o swoje prawa. W końcu pierwsza projekcja doszła do skutku, a film był dystrybuowany we Francji, ale kolejna rozprawa została rozstrzygnięta na niekorzyść reżysera, który nie ma mieć już żadnej kontroli nad swoim dziełem. Amazon Studios nie chciało pracować z Branco, ze względu na jego negatywną reputację, więc film nie będzie miał swojej kinowej premiery w Stanach Zjednoczonych. Powoli wchodzi na ekrany w Europie, w Polsce wyląduje za miesiąc.

Oczekujcie oczywiście recenzji owego, powstałego po 29 latach projektu niezwykłego twórcy. Trudno mi powiedzieć, czego oczekuję. Wszystkie filmy Gilliama są warte uwagi, choćby za walory estetyczne, ale nigdy nie są też bez wad. Sam reżyser przyznaje, że często pierwsze seanse, gdy widz próbuje nadążyć za pokręconą logiką, okazują się bolesne. Dopiero przy kolejnych próbach, odkrywa się nowe poziomy jego wizji, gdy już przestaje się te filmy odbierać w kategoriach narracyjnych, a zaczyna się je widzieć jako filmowe podróże po nieposkromionej wyobraźni. Wtedy tak naprawdę wyłaniają się ich niewątpliwe wartości.

Lekturowa polecajka:

Kuba Mikurda (red.) Wunderkamera. Kino Terry’ego Gilliama – przyjemny, trochę nierówny zbiór esejów, ale obowiązkowo: tekst Frukacza o animacjach, Ligęzy o motywach średniowiecznych, Majmurka o powracającej donkiszoterii, Mirskiego skojarzenia z Pynchonem, Murczyńskiej o kostiumach i kobietach oraz psychoanalityczne czytanie Krainy traw Nawisielskiej

Terry Gilliam Gilliam on Gilliam

Inni G-men:

Jean-Luc Godard, Peter Greenaway, Philippe Garrel, Paul Greengrass, Michel Gondry, F. Gary Gray, Abel Gance, Tom Green, D.W. Griffith, Mel Gibson, Lewis Gilbert

2 Comments Add yours

  1. Kryst_007 napisał(a):

    Co do „obrony” Weinsteina to podejrzewam, że Gilliam faktycznie mógł być trochę źle zrozumiany przez media. Z tym „ślepym, wściekłym tłumem” to pewnie mu chodziło nie o tych atakujących HW, tylko o ludziach, którzy atakują nawet tych oskarżonych, co do winy się nie przyznali (a parę takich przypadków było). Z racji tego, że sam nazwał Weinsteina „potworem”, to wątpię czy chciał stanąć w jego obronie, jak najgorszy hipokryta. Nie siedzę w głowie Gilliama (choć bardzo, ale to bardzo bym chciał xD), ale tak tylko to interpretuję.

    A sam tekst po raz kolejny się bardzo udał. Warto dodać, że wspomniany w pierwszym akapicie „drugi największy fetyszysta stóp” sporo Gilliamowi zawdzięcza. Ponoć miał Tarantino dać radę na początku jego kariery, która dała mu pewność, że umie krecić filmy. Kto wie czy gdyby nie Gilliam, to „Pulp Fiction” by powstało lub przynajmniej byłoby tak dobre xD

    A tworząc listę G-menów zapomniałeś o Melu Gibsonie.

    1. Dawid Smyk napisał(a):

      Tak, ta wypowiedź była bodaj w kontekście nagonki na Matta Damona, która potem okazała się fałszywym alarmem. Bardziej mi chodziło o zrzucanie części odpowiedzialności z Weinsteina, bo ofiary „wiedziały co robią”, co w tym kryzysowym momencie było co najmniej bardzo niewrażliwe.

      Gibson, oczywiście! 😀 Bravehearta nieironicznie lubię, reszta to doskonałe, guilty pleasure, do tego jak sprawne warsztatowo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *