F jak… Forman – Subiektywny Alfabet Reżyserów

Tekst ten jest częścią dłuższej serii artykułów, w której w subiektywny sposób przybliżam życie i twórczość cenionych przeze mnie twórców filmowych. Odnośniki do pozostałych odcinków znajdziecie tutaj.

Piątek trzynastego kwietnia bieżącego roku, był dniem kolejnej wielkiej straty dla światowego kina. 86-letni reżyser przeżył karierę, o jakiej większość nie-amerykańskich reżyserów może tylko pomarzyć. Wszyscy znamy go z obsypanych nagrodami, przypominanych wielokrotnie filmów Lot nad kukułczym gniazdem i Amadeusz. Ale czy na tym powinniśmy poprzestać naszą przygodę z tym reżyserem? Absolutnie nie!

Miloš Forman

Jego biografia ma w sobie trochę z tragedii, trochę z burleski, podobnie jak jego twórczość. Urodził się w małym Čáslaviu, z nieprawego łoża architekta i właścicielki domków letniskowych. Pechowo był akurat rok 1932, więc łatwo policzyć, że lata dorastania małego Miloša przypadały na niemiecką okupację Czechosłowacji. Zarówno jego matka, jak i wychowujący go nie-biologiczny ojciec (oboje wyznania protestanckiego), dokonali żywota w obozach koncentracyjnych, kolejno Auschwitz i Buchenwald, do których trafili za działalność wywrotową. Jego biologicznego, żydowskiego ojca, o którego istnieniu dowiedział się po wojnie, Zagłada nie dosięgnęła.

Młodego Formana w trakcie i po Wojnie, wychowywali najbliżsi krewni. Ukrywający się przed Gestapo brat Pavel, zabierał przyszłego reżysera do swojej trupy operetkowej. Skuszony niepowtarzalną atmosferą zakulisowej pracy inscenizacyjnej, Miloš błyskawicznie złapał scenicznego bakcyla. Marząc o pracy przy produkcji teatralnej, po Wojnie edukował się w elitarnej szkole z internatem w Poděbradach. Tam poznał Ivana Passera i Jerzego Skolimowskiego oraz prowadził klub dramatyczny.

Foto: milosforman.com

Ostatecznie jednak, po kilku niezdanych egzaminach wstępnych do szkół teatralnych, Forman trafił do praskiej Akademii Sztuk Scenicznych, na wydział Filmu i Telewizji (FAMU). Tam studiował scenariopisarstwo, nawiązując osobiste relacje z niewiele starszym prowadzącym zajęcia z Historii Literatury, wtedy uznanym poetą, Milanem Kunderą. Pisarz podsunął mu wiele dobrych lektur książkowych i filmowych, w tym Niebezpieczne związki Laclosa.

Po ukończeniu kierunku w 1955, Forman pracował m.in. jako scenograf przy projekcie teatru multimedialnego Laterna Magika Alfréda Radoka. Na pewnym etapie mieszkał także w Brukseli, gdzie dzielił mieszkanie z członkami praskiego teatru Semafor. I to właśnie doświadczenie, stało się inspiracją dla jego reżyserskich debiutów. A były to krótkie dokumenty, tyleż drobiazgowo obserwacyjne, co udawane – Konkurs (o przesłuchaniach do Semaforu, z akcentem na tą mniej utalentowaną, żyjącą marzeniami młodzież) oraz Gdyby tych kapel nie było (rzecz o niespełnionych członkach prowincjonalnych orkiestr dętych). Na plan tego pierwszego zatrudnił koleżankę, która niedługo później została jego drugą już żoną. Był to początek najtrwalszego małżeństwa Formana. Ale też, przede wszystkim, jego służby w straży przedniej Czechosłowackiej Nowej Fali.

Czarny Piotruś // Foto: milosforman.com

Ta inna Nowa Fala

Najbardziej fascynująca w tym ruchu pozostaje jego niezwykła różnorodność. Wszystkie filmy tych czeskich i słowackich reżyserów w latach stopniowej odwilży politycznej (1963-68), łączy przemożne pragnienie powiedzenia czegoś prawdziwego o otaczającej rzeczywistości, dalekiego od obowiązującego socrealizmu. Ale sposoby, jakimi się do sprawy zabierali twórcy, dzielą bieguny. Od dokumentalnego niemal realizmu, po ten magiczny albo czystą fantazję. Od społecznego tu i teraz, po historyczny kostium. Od wydarzeń przełomowych na skalę światową, po codzienne błahostki. Od zdyscyplinowanej formy, po modernistyczne eksperymenty, bardziej śmiałe nawet od Francuzów. Ta Nowa Fala to prawdziwa skarbnica odmiennych estetyk i artystycznych indywiduów.

Forman, wraz ze swoimi przyjaciółmi – Ivanem Passerem i Jaroslavem Papouškiem, reprezentował nurt, który możemy nazwać hiperrealistycznym. Choć inspiracją miały być klasyki włoskiego neorealizmu i dokumentalny styl cinema vérité, daleko było tym filmom do poważnych obrazów ludzkich dramatów. To był zupełnie inny kierunek – pokazanie codzienności życia w jej najbardziej wstydliwej, niezręcznej prawdzie, do której nikt nie śmiałby się przyznać.

Najlepiej to pointuje pierwszy pełnometrażowy film Miloša według skryptu Papouška – Czarny Piotruś (1963). Historia o nastoletnim chłopaku, zaczynającym pierwszą pracę i próbującym umówić się z dziewczyną, która mu wpadła w oko. To nie jakiś wstępny zarys fabuły, to jest cała fabuła. Nie dostaniemy żadnego satysfakcjonującego rozwinięcia akcji, punktów kulminacyjnych, dramatów – po prostu bohater-„dupa wołowa” i jego codzienne sytuacje, w całej swojej nieporadności.

Czarny Piotruś // Foto: Cinemascope

Na pozór nie ma w tych scenkach nich pasjonującego. Mamy pierwszy dzień pracy w sklepie, zakończony chaplinowskim „pościgiem” za rzekomym złodziejem, sprowadzającym się do nerwowego chodzenia parę kroków za delikwentem, by w końcu zrezygnować, bo jakoś tak głupio. Potem monolog śmiertelnie poważnie traktującego się ojca na temat odpowiedzialności i uczciwej pracy, wychodzący drugim uchem po wtrąceniu się bardziej liberalnie wychowującej matki. A potem podobnie typowe sceny kolejnych niepowodzeń przy pracy i uwodzeniu, z czego najbardziej zapada w pamięć scena potańcówki. Tam jeden z kolegów bohatera postanawia wypić kilka kieliszków przed zagadaniem do dziewczyny, co przewidywalnie kończy się waleczną próbą utrzymania równowagi na parkiecie.

Co jednak wyróżnia te sceny, poza tym, że w owych czasach tematy konfliktu pokoleń czy w ogóle młodzieży, zajmującej się czymkolwiek innym niż służbą socjalistycznej ojczyźnie, były na cenzurowanym? Przede wszystkim ich niezwykła naturalność, w czym pomaga na pewno udział nieprofesjonalnych, młodych aktorów. Nie pokazywano im w ogóle scenariusza i pozwalano improwizować własne dialogi wokół planowanych scen. Choć nietrudno znaleźć podobne skecze z bohaterami-nieudacznikami w amerykańskich komediach dla nastolatków, to zawsze mają one chociaż jakiś wyliczony, komediowy rytm, miejsca w których widz ma się zaśmiać. Tutaj przez to jak swobodnie i przy tym naturalistycznie zostały potraktowane te potencjalne sytuacje komiczne, mamy wrażenie, że oglądamy sceny prosto wyjęte z życia, coś co faktycznie przydarza się bohaterom. Przez to humor przychodzi tyleż spontanicznie, co przypadkowo, neurotycznie. Stwarza to naprawdę unikalne doświadczenie.

Miłość blondynki // Foto: Lisa Thatcher

To samo, tylko bardziej?

W Miłości blondynki (1965), Miloš idzie o krok dalej. Już mniejsza, że pokazuje młodzież nudzącą się podczas śpiewania socjalistycznej pieśni. Czort też ze sceną erotyczną, która dziś szokować może głównie niespotykanym stężeniem seksualnej niezręczności, a na pewno nie pruderyjnie maskowaną, choć obecną, nagością. Prawdziwym ciosem dla Partii musiało być oparcie całej fabuły na biurokratycznej nieudolności.

Inicjujący sytuację wyjściową bohater ma dobre intencje – w miasteczku przemysłowym z fabryką butów mieszkają i pracują niemal wyłącznie samotne, młode dziewczyny. Dla uatrakcyjnienia ich życia towarzyskiego, planuje urządzić potańcówkę z wojakami z rezerwy. Niestety, w misji zniwelowania dysproporcji płciowej, podmioty odpowiedzialne zapominają o średniej wieku. Kończy się imprezą, w której dwudziestoletnie dziewczyny sparowane zostają z weteranami 40+. Wszelkie spodziewane, niekomfortowe kontakty wzrokowe i nietrafione fundowanie butelek wina – w cenie.

Osią emocjonalną filmu pozostaje historia nieszczęśliwie zakochanej Anduli (granej przez utalentowaną szwagierkę Miloša, Hanę Brejchovą). Zadurza się w słabego charakteru facecie, wciąż przywiązanym do zaborczych rodziców. Cały film to dla niej ciąg kolejnych rozczarowań. Wszystko spuentowane tragikomiczną sekwencją w rodzinnym domu chłopaka, której nie ośmielę się zdradzać.

Miłość blondynki // Foto: IMDb

Filmu postanowiono nie rozpowszechniać na terenie Związku Radzieckiego, ale miał spore powodzenie na Zachodzie. Nominacja do Oscara dla Filmu Nieanglojęzycznego rozpoczęła pasmo światowych sukcesów dla Formana.

Następny film, Pali się, moja panno (1967) był już tak ostro antysystemowy, że zakazano go na tak długo, jak istniało jeszcze państwo o nazwie Czechosłowacja. To bardzo zabawna, ale w gruncie rzeczy wyjątkowo pesymistyczna wobec natury ludzkiej, komedia. Opowiada o próbie organizacji balu na cześć strażaków w małym miasteczku, która kończy się katastrofą. Zaczynają od niewinnych problemów logistycznych, wypadków przy wieszaniu dekoracji. Potem na szybko trzeba wymyślać nowe atrakcje, ale próba zaangażowania ładnych panien do konkursu piękności przez urzędasów w średnim wieku, wypada co najmniej nieudolnie. A finał? Pożar domu, który staje się wszystkim, tylko nie pokazem umiejętności strażaków i masowe rozkradanie fantów na loterii. Próba zwrócenia podwędzonego salcesonu, okaże się pretekstem do dyskusji na temat rozdźwięku między osobistą odpowiedzialnością moralną jednostki, a wizerunkiem organizatorów.

Filmu może nie oglądać się tak dobrze jak doskonałej Miłości blondynki, ze względu na brak emocjonalnego punktu zaczepienia. Bohater zbiorowy i zbiorowo odpychający, amoralny. Imponuje tu przede wszystkim odwaga Formana w piętnowaniu systemowych patologii. Ma też doskonałe wyczucie, w łączeniu tych groteskowych sytuacji z przekonującą naturalnością.

Pali się, moja panno // Foto: Lincoln Film Society

Pali się, moja panno był pokazywany w Głównym Konkursie na Cannes w 1968. Jak na pewno wiecie, był to ważny rok w dziejach Żelaznej Kurtyny. Festiwal pozostał nierozstrzygnięty – francuscy nowofalowcy Godard, Lelouch i Truffaut przerwali jedną z uroczystości na znak solidaryzowania się z protestującymi w całej Francji studentami. W trzy miesiące później, czołgi Układu Warszawskiego przekraczały granicę Czechosłowacji. Zapobiegawczy Miloš był już wtedy jedną nogą w Stanach Zjednoczonych.

Amerykański Sen

Tam pierwszy, trochę już zapomniany, film Odlot zrealizował w 1971 roku. Wraca w nim do jednego ze swoich ulubionych tematów z czeskich fabuł – międzypokoleniowego niezrozumienia. Tutaj wpisane zostaje to w nowy kontekst, bo amerykańscy baby-boomers klasy średniej zderzają się z kontrkulturową młodzieżą. Wykastrowane z namiętności i autorytetu małżeństwo inteligentów poszukuje córki-uciekinierki. Staje się to dla nich pretekstem do zasmakowania innej strony życia. W programie m.in. bardzo wyczerpujący kurs poprawnego palenia i dzielenia się blantami od profesjonalnego hipisa. Komediowe złoto. Nie działa tylko eksperymentalny montaż równoległy z castingiem do tytułowego musicalu, mający bardzo luźny związek z akcją. Raczej próba oddania stanu ducha liberalnej, pacyfistycznej, wyzwolonej seksualnie młodzieży.

Odlot // Foto: screenslate.com

W następnych latach Forman wyróżnił się, kręcąc epizod o dekatlonie w projekcie dokumentacji Igrzysk Olimpijskich 1972 z siedmioma innymi, światowej rangi reżyserami. Był gorącym nazwiskiem w Hollywood, więc nie zdziwiło zaproszenie go do realizacji filmowej wersji głośnej powieści Kena Keseya. Prawa do adaptacji przeszły z rąk Kirka Douglasa do jego syna, Michaela. Ten obiecujący aktor i producent upomniał się o Miloša po prywatnej projekcji Pali się, moja panno. Czechowi bardzo spodobał się scenariusz, temat jednostki stłamszonej instytucjonalną niesprawiedliwością, w czym widział analogię do swoich doświadczeń w totalitarnym państwie. Zapewne także mógł w sobie widzieć coś z postaci głównego bohatera – błazna, wprowadzającego trochę kolorytu w życie zahukanych przez społeczeństwo, pacjentów psychiatryka.

Reszta jest historią. Nowa twarz amerykańskiego indywidualisty, mający już na koncie głośne role w Easy Rider, a także u Rafelsona, Ashby’ego i Polańskiego Jack Nicholson, stworzył swoją, do tamtej pory najbardziej zniuansowaną kreację, którą definitywnie zapisał się w historii jako legenda. Louise Fletcher, aktorka głównie telewizyjna, trafiła na plan po intensywnej kłótni z Robertem Altmanem przy realizacji Nashville, co pozwoliło jej rozpocząć nowy rozdział kariery. Stworzyła niezapomnianą kreację chodzącego symbolu bezduszności systemu, który kochamy nienawidzić. Przy tym nigdy nie pozwalała zapomnieć, że za pozą sztywnej służbistki może kryć się istota ludzka, w jaką jesteśmy w stanie uwierzyć. A jest też przecież cały, idealnie skrojony drugi plan. Kryły się tam takie charakterystyczne, nieznane dotąd talenty jak Brad Dourif, Danny DeVito czy Christopher Lloyd.

Lot nad kukułczym gniazdem // Foto: Amazon

Poza pewnymi nieporozumieniami, zakończonymi wymianą DP w ostatnich dniach zdjęciowych, życie Lotu nad kukułczym gniazdem było nieustannym pasmem sukcesów. Każda podjęta decyzja na planie opłaciła się z nawiązką. Forman stworzył film idealnie łączący wzruszenia z komediowym wyczuciem, poważne problemy etyczne z populistycznym manifestem wolności, indywidualizmu, kontestacji norm społecznych. Dowodów nie trzeba szukać daleko – ogromny sukces komercyjny, uznanie krytyków i drugi w historii oskarowy „poker” (nagrody dla Najlepszego Filmu, Aktora i Aktorki Pierwszoplanowej, Reżysera i Scenarzysty).

Nie spocząć na laurach

Kolejne dwie produkcje niestety nie cieszyły się już tak dużym wzięciem. Spóźniona ekranizacja legendarnego hipisowskiego musicalu Hair w 1979 bardziej przypominała niezdarnie zagraną do poziomu śmieszności, elegię dla kontrkultury, niż młodzieżowy hymn. Trochę zrobiła krótkotrwałą sławę Treatowi Williamsowi i warto go obejrzeć przede wszystkim dla zapomnianych talentów wokalnych w rodzaju Cheryl Barnes. Nie można było jednak oczekiwać od niego, że będzie miał siłę oddziaływania porównywalną do tej, którą miał broadwayowski musical w 1968. Krytycy w miarę ciepło go przyjęli, ale to nie był film na swoje czasy.

Hair // Foto: Le Cinema Dreams

Bardziej druzgocącą klapę finansową zaliczył mozaikowy obraz kostiumowy Ragtime (1981). Ciepła i wrażliwa rzecz o Nowym Jorku początku XX wieku, muzyce, doświadczeniu imigranckim i relacjach rasowych. Jego największą wartością pozostaje zauważenie takich talentów jak Samuel L. Jackson czy Jeff Daniels. Było 8 nominacji do Oscarów, chwalona ścieżka Randy’ego Newmana i niezłe przyjęcie krytyków, ale dla przeciętnego widza okazało się to zbyt mało.

Rok 1984 był wielkim powrotem do formy. Realizując kinowe widowisko z wystawianej na całym świecie sztuki angielskiego dramaturga, Petera Shaffera, Forman trafił w dziesiątkę. Stworzył epicką opowieść z fikcyjnego konfliktu kompozytorów, który to konflikt de facto, w zdecydowanej większości toczy się w głowie głównego bohatera. Nie będącego zresztą nawet tytułowym Amadeuszem. Ubrać coś tak wygranego na subtelnościach, tak bardzo na uboczu „wielkiej historii” w efektowny kostium, utrzymując uwagę widza przez prawie trzy godziny, było olbrzymim osiągnięciem.

Czech przeprowadził wybrednego amerykańskiego widza przez podobne spektrum przeżyć – od ludycznej zabawy, po gorzką refleksję nad śmiertelnością, co sam Mozart, przy tym nie opowiadając wcale o nim! Uniwersalne tematy zazdrości, mocy sprawczej artysty, relacji pomiędzy talentem a ciężką pracą, czy przychylności sił wyższych, przypieczętował perfekcyjną inscenizacją, wirtuozerską reżyserią i niezapomnianymi kreacjami F. Murraya Abrahama i Toma Hulce.

Amadeusz // Foto: IMDb

Amadeusz, czyli 8 Oscarów, 4 Złote Globy, 4 BAFT-y, wiele innych nagród i status arcydzieła. Ciężko znaleźć osobę, która nie polubiłaby tego filmu, bo to po prostu idealne kino środka. Warsztatowa doskonałość i kompleksowe potraktowanie swoich tematów, współgrające z czystą rozrywką. Ale Amadeusz w naszej perspektywie to także otwarcie kolejnego rozdziału w twórczości Czecha, w której głównym jego zainteresowaniem staną się biograficzne antywzorce

Daleko od wielkości

Od dawna planowana adaptacja Niebezpiecznych związków okazała się rozczarowaniem. Valmont miał tego pecha, że ukazał się w rok po niemal bezbłędnej ekranizacji tej samej powieści przez Stephena Frearsa. Film z Johnem Malkovichem i Glenn Close nie wychodził od samej powieści Laclosa, a od jej scenicznego udramatyzowania Christophera Hamptona. Reżyser i scenarzysta wyciągnęli cały psychologiczny potencjał, wszystkie tematy, które się nie zestarzały z XVIII-wiecznej powieści. Tym sposobem stworzyli niezwykle atrakcyjny i precyzyjnie zagrany thriller o emocjonalnej manipulacji i podwójnych standardach seksualności. Forman zrobił jakąś niezręczną, pozbawioną ciężaru farsę. Jedyne co mu się udało lepiej od Frearsa to uwypuklenie i lepsze poprowadzenie młodszej części obsady. Colin Firth ma w sobie za dużo klasycznego romantyka, by przekonać w roli Valmonta. Annette Bening wychodzi tylko pozowana czułość, pozostaje dużo mniej zniuansowana niż wybitna Close.

Valmont // Foto: IMDb

Miloš po tej porażce zamilkł na lat siedem, by potem na nowo wywołać burzliwą dyskusję kolejnym filmem. Skandalista Larry Flynt (1996) to film o wolności słowa. Ale nie taki, którego byśmy się spodziewali po twórcy, niegdyś zaczynającego karierę w państwie totalitarnym. Nie, symbolem swobody ekspresji jest tu jakiś wulgarny, perwersyjny typ, walczący o drukowanie  w swoim magazynie nagiej byłej Pierwszej Damy. Który rzuca pomarańczą w prokuratora, przychodzi na rozprawę w koszulce z napisem „Jebać ten sąd”, poślubia swoją tancerkę go-go, a jego wizytówką stają się bokserki z amerykańską flagą. Oto twarz, która wykrzykuje nam hasła, nawołujące do wyzwolenia prasy.

Jest odważnie, jest prowokacyjnie, świetnie aktorsko (fantastyczny Woody Harrelson w głównej roli, ale także Courtney Love i Edward Norton na drugim planie). Ale może też trochę zbyt chłodno, wydawałoby się, bezkrytycznie, a może i ze zbyt inkluzywną selekcją tego, co warto było o tym człowieku opowiedzieć? Forman wydaje się niezwykle podekscytowany samą postacią i dyskusją, jaka wokół niego się toczyła, ale ciężko mu zarazić tym entuzjazmem widza. Ciężko się przejąć losem samego bohatera, czym można wytłumaczyć rozdźwięk między entuzjastycznymi dyskursami krytyków, a ponownym brakiem zainteresowania widzów.

Skandalista Larry Flynt // Foto: Film School Rejects

Zatrudniając Jima Carrey’a do roli jednej z najbardziej kuriozalnych postaci amerykańskiego showbusinessu, Andy’ego Kaufmana, Miloš nie mógł spodziewać się tego, co nastąpiło. Komik poprowadził Metodę Stanisławskiego chyba na jakiś nowy poziom, bo podczas odwzorowywania niepowtarzalnych dziwactw sitcomowej i stand-upowej legendy, tak wtopił się w rolę, że materiały z planu można pomylić z nagraniami pacjenta o osobowości dysocjacyjnej. Po szczegóły zajrzyjcie do Netflixowego dokumentu Jim & Andy…

W każdym razie ekscesy Jima uczyniły pracę nad Człowiekiem z księżyca (1999) nierzadko prawdziwą mordęgą. W tym czasie rozpadło się małżeństwo Formana, ale za bardzo się nie przejął, bo w kilka miesięcy później poślubiał nową partnerkę. Ta urodziła mu druga już parę bliźniaków, które nazwali… Jim i Andy. Ostatecznie i to nie przyniosło filmowi szczęścia, poniósł on kolejną porażkę finansową, a i krytycy byli dużo bardziej podzieleni.

Dzieło podzieliło publiczność w ten sam sposób, co ów przypadkowy Bertolt Brecht i Kanye West komedii w jednej osobie. Andy Kaufman – komediowy geniusz czy nierozumny autyk? Ciepły optymista czy szowinistyczna szuja? Zahukana ofiara czy zawodowy cwaniak? Demaskator głupoty i ograniczenia Amerykanów czy zaniżacz poprzeczki, zapewniający rozrywkę przede wszystkim sam dla siebie? Nie ma jednoznacznych odpowiedzi na te pytania i film ich też nie daje. Jako nieco fantazjująca biografia chaosu, jakiego spełnieniem był ten niezwykły, przedwcześnie zmarły komik, działa jednak idealnie i za to zasługuje na uznanie. Za to i za dramatyczne i komediowe spełnienie kariery Jima Carrey’a.

Człowiek z księżyca // Foto: Decider

Ostatnim filmem Formana były Duchy Goi (2006), napisane we współpracy z jednym z najważniejszych scenarzystów europejskiego kina autorskiego, Jeanem-Claudem Carrière. To nie biografia Francisca Goi, ten pozostaje tu tylko biernym obserwatorem zbrodni Inkwizycji i wojen napoleońskich. Raczej jest to pesymistyczna refleksja nad tematami wokół jego obrazów i rycin – natury ludzkiej, przemocy, religijnego fanatyzmu, kryzysu duchowości. Ponownie, wielka postać historyczna zepchnięta na bok, na rzecz narracji alternatywnej. Sama historia jest jednak dość naiwna psychologicznie, oferuje zbyt uproszczoną, „szkolną” wizję historii i korzysta z melodramatycznych środków. Największymi zaletami stają się w tym przypadku kreacje aktorskie – Javier Bardem, Stellan Skarsgård czy Natalie Portman, w podwójnej roli. Są i zdjęcia jednego z najbardziej malarskich autorów, chwalonego już w tej serii Aguirresarobe’a, które w wyjątkowo sugestywne sposoby cytują ryciny Goi.

Wielka szkoda, że późniejsze filmy Formana nie zostały należycie docenione, choć niektóre naprawdę na to zasługują. Jeszcze większa szkoda, że tak wielu widzów przez nieświadomość poprzestaje na tych najgłośniejszych jego dziełach, zapominając o nieocenionym dorobku dla sztuki Europy Wschodniej. Ale jednak dobrze, że w dniu śmierci tego twórcy większość mogła chociaż z marszu powiedzieć: „Znam go, to ten od Lotu nad kukułczym gniazdem i Amadeusza!”. To najlepsze świadectwo nośnego wpływu, jaki ten reżyser wywarł na sztukę filmową.

Warto przeczytać:

Peter Hames Czechosłowacka Nowa Fala

Miloš Forman Moje dwa światy. Wspomnienia

Zawsze są jacyś inni:

Federico Fellini, David Fincher, Bob Fosse, Asghar Farhadi, John Ford, John Frankenheimer, Rainer Werner Fassbinder, William Friedkin, Tom Ford, Abel Ferrara, Stephen Frears, Georges Franju, Antoine Fuqua, Todd Field, Lucio Fulci, Robert J. Flaherty, Victor Fleming, Mike Figgis, Jon Favreau

3 Comments Add yours

  1. Kryst_007 napisał(a):

    To jak? Kolejny odcinek zapewne o Gilliamie lub Godardzie? A sam Forman to jeden z najbardziej podziwianych przeze mnie reżyserów, mimo że mam i tak trochę z jego filmografii do nadrobienia, szczegolnie jeśli chodzi o jego czeskie filmy. „Lot…” i „Amadeusz” to jedne z moich ulubionych filmów, „Człowiek z Księżyca” to także znakomite kino, ale największa tu zasługa Carrey’a, za to „Hair” nie zrobił na mnie za dużego wrażenia, choć seans przyjemny.

    Ps. Jeśli chodzi o wymienionego wśrod „jakichś innych” Fosse’a, to mam taką gorącą prośbę. Wiem, że uwielbiasz „Kabaret” i chcialbym Cię prosić o podpisanie mojej petycji o wydanie w Polsce tego filmu na DVD i Blu-ray. Sorry, że nie za bardzo na temat, ale będę wdzięczny.

      1. Dawid Smyk napisał(a):

        Pewnie, a Fosse był baardzo blisko, choć to jednak bardziej człowiek sceny niż kina. Wciąż nie widziałem „Lenny’ego”, ale zarówno „Kabaret” i „Cały ten zgiełk” wymiatają i chętnie widziałbym u siebie kopie blu-ray’owe.

        Filmy, które nadrabiam na Filmwebie są często dość jasną wskazówką na następne odsłony serii, a że o Gilliamie ostatnio bardzo głośno, to Twoja prognoza zapewne okaże się trafna 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *