„Fleabag” sezon II – Pieprzyć Boga

dnia

Wszyscy kochamy i nienawidzimy brytyjskie seriale. Kochamy je za oryginalność, własny styl, świetnych aktorów i brytyjski akcent. Nienawidzimy za małą liczbę odcinków i za długą przerwę między sezonami. Dokładnie tak kochałem i nienawidziłem pierwszy sezon Fleabag. Byłem wściekły na Phoebe Waller Bridge za to, że po sześciu odcinkach kazała nam porzucić genialnie napisane postacie, którymi przewodziła jej błyskotliwe serialowe alter ego. Po obejrzeniu drugiego sezonu stwierdziłem, że warto było czekać, ponieważ dostaliśmy jeden z lepszych sezonów serialowych tej dekady.

W Fleabag wszystko jest na pozór po staremu. Ojciec nadal jest w związku z despotyczną Matką Chrzestną (Genialna minimalistyczna Olivia Colman!).  Claire jest uwięziona pomiędzy korporacją a swoim mężem alkoholikiem (fantastycznie obrzydliwy Brett Gelman). Nasza protagonistka nadal używa życia, jest bezczelna i próbuje zapomnieć o traumie. Na horyzoncie pojawia się jednak nowa postać, która zmieni życie bohaterki, a jest to ksiądz…

FOTO: IMDb

…Ale zanim przejdę do opisania najlepszej w tym roku serialowej relacji damsko-męskiej, wspomnę wcześniej o głównej zalecie drugiego sezonu, a mianowicie znajomości tychże postaci. Jest to banał, ale wkraczając w drugi sezon, znamy bohaterów jak łyse konie. Wydaje się, że oglądamy czwarty, a nawet piąty sezon Fleabag. Phoebe znakomicie to wykorzystuje, rozstawia swoje postacie niczym figury na szachownicy i znakomicie nimi dyryguje.  Wystarczy obejrzeć fantastyczny pierwszy odcinek drugiego sezonu, żeby zrozumieć, o co mi chodzi.

Phoebe portretuje także swoje postacie z niesamowitym polotem. Tutaj nawet złe na pierwszy rzut oka postacie są przepełnione humanizmem. Wszystko jest takie ludzkie i namacalne. Kiedy oglądamy Fleabag, czujemy się jak w trakcie czytania dobrej powieści. Tak silnych, szczerych i wyraźnych postaci jak w tym serialu nie widziałem już dawno. Tutaj nawet epizod w wykonaniu Kristen Scott Thomas jest na tyle wyszczególniony, że zakochujemy się w niej, mimo że gości na ekranie może z dziesięć minut.

Przejdźmy jednak do relacji Fleabag z księdzem. Phoebe Waller Bridge mogła tutaj pójść na łatwiznę i potraktować ten wątek jako krytykę religii i stworzyć z tego satyrę. Na szczęście scenarzystka miała  inny i lepszy pomysł. W tym wątku serial Amazona wbija się na wyżyny i serwuje nam romans na poziomie sacrum profanum. Bridge z niesamowitym szacunkiem i respektem podchodzi do kwestii wiary, tworząc niesamowicie oryginalny trójkąt pomiędzy  nią, księdzem a Bogiem. Kto wygra pojedynek o przystojnego księdza? Tego Wam nie zdradzę, ale odpowiedź na to pytanie jest naprawdę ciekawa.

FOTO: IMDb

Nadal silną stroną serialu jest łamanie czwartej ściany. Fleabag nadal zwraca się do nas bezpośrednio i dzieli się swoimi przemyśleniami. W finale pierwszego sezonu, kiedy odkryliśmy o niej prawdę, wtedy bohaterka grana przez Phoebe przestała się patrzeć w kamerę. To naprawdę świetny zabieg. W drugim sezonie zachodzi podobny zabieg, który jest znakomitym aspektem i winduje ten sezon na zupełnie nowy poziom.  Podczas seansu zrozumiecie, o jaki moment mi tutaj chodzi.

W tym wszystkim nie gubi się humor. Fleabag to wciąż serial komediowy. Mamy tutaj żarty z seksu czy też menstruacji, czyli domena pierwszego sezonu, ale znajdzie się też również czas na stary dobry pierd w windzie. Humor pozwala nam zaczerpnąć powietrze i zdystansować nam ten cały kryzys rodzinny wokół  protagonistki.

Drugi sezon Fleabag to arcydzieło małego ekranu. Sześć odcinków, które przypominają opowiadania pisarzy pokroju Donalda Barthelme’a czy też Richarda Yatesa. Takiej jakości w telewizji potrzebuje i taką jakość doceniam, więc…..

Ocena: 10/10.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *