Filmy o Escobarze to nowe filmy o zombie?

dnia

Zdanie, które posłużyło za tytuł i główną inspirację niniejszego tekstu, było reakcją mojego dobrego znajomego, redaktora Kunacha, na trailer filmu Barry Seal: Król przemytu z Tomem Cruisem. Wtedy mimowolnie wypuściłem je drugim uchem, jako zawierającą ziarnko prawdy, ale raczej żartobliwą „diagnozę”. Od tego czasu minął rok, a kartelowa gorączka w kinie i telewizji zdaje się wcale nie tracić na sile, a może i wręcz przeciwnie. W tym rzuconym w eter komentarzu z kina, zacząłem zauważać nieoczekiwaną mądrość…

THE LIFE OF PABLO

Oczywiście nie trzeba być specjalnie bystrym, by spostrzec pewną niespójność w wyjściowym stwierdzeniu. Polski tytuł filmu American Made bynajmniej nie sugeruje, że mamy do czynienia z biografią Pabla Escobara. Słusznie, bo jest tam tylko postacią epizodyczną. Biopicami nie będzie też duża część filmów i seriali, o które tu zahaczę. Niektóre nie będą nawet dotyczyć kartelu Medellín, z miejscem akcji odmiennym niż Kolumbia.

Bo nie oszukujmy się – lwią część podstawowych odbiorców tych produkcji, tj. bywalców multipleksów i abonentów Netfliksa, można sprowadzić do białej, głównie amerykańskiej klasy średniej. Ogląda się przede wszystkim dla walorów rozrywkowych, możliwości wglądu w świat na co dzień niedostępny, najlepiej poprzez medium atrakcyjnego antybohatera, z którym łatwo się utożsamić. Dlatego przeciętnego widza zachodniego nie będą interesować kulturowe niuanse czy lekcje historii. Prawdopodobnie jest w stanie wskazać na mapie Meksyk, ale już nawet z Kolumbią czy Wenezuelą będzie trudniej. Dla uczciwości zaznaczmy, że twórców tych filmów i seriali też rzadko obchodzi wrażliwość kulturowa, a bardziej skupiają się na trafieniu w pewien kod estetyczny.

Foto: NME.com

Dlatego ja też zabieram się za sprawę dość niepoprawnie politycznie, bo rozszerzam „filmy o Escobarze” do swoistej figury retorycznej. W tym rozumieniu będzie ona znaczyła pewną estetykę filmów kryminalnych/gangsterskich, z silnymi wpływami szeroko pojętej kultury latynoamerykańskiej, oraz wątkiem handlu twardymi narkotykami, ich przemytu przez granice Stanów Zjednoczonych.

Highlights

Wiedząc to, możemy zacząć wyliczać produkcje z kategorii filmów o Escobarze, które pojawiły się tylko w bieżącym roku. Żeby nie zwariować, ograniczmy się do dostępnych w naszym kraju. Co mogliśmy zobaczyć w multipleksach tego lata? Na pewno dwa duże tytuły. Sicario 2: Soldado, równie kasowy, co zaskakująco nośna komercyjnie, powolna i metodyczna „jedynka” Denisa Villeneuve’a. Kochając Pabla, nienawidząc Escobara na podstawie powieści non-fiction Virginii Vallejo – odtwórczy film, który chyba mało kto chciał zobaczyć, ale również był sukcesem, przede wszystkim na rynku europejskim. Dorzucić jeszcze można Peppermint z Jennifer Garner, fantazję zemsty na meksykańskich kartelach. W obiegu festiwalowym natomiast, mieliśmy Sny wędrownych ptaków Cristiny Gallego i Cira Guerry, panoramę społeczną środowiska kolumbijskich hipisów w przededniu epoki Escobara.

A teraz popatrzmy na Netfliksa. W styczniu zadebiutowała seria dokumentalna Baronowie narkotykowi, a kilka miesięcy później wylądował już drugi sezon. Chełpiąca się wywiadami  z prawdziwymi uczestnikami wydarzeń i rekonstrukcjami na przyzwoitym poziomie produkcja, ma na koncie m.in. odcinki o Escobarze, kartelu z Cali czy El Chapo. A propo tego ostatniego, trzeci sezon robionego trochę po kosztach El Chapo też już jest dostępny na platformie. Wraz z co najmniej kilkoma dokumentami na temat tego samego, meksykańskiego przestępcy.

Foto: Ready Steady Cut

Jeśli  natomiast chcecie wiedzieć jak wyglądały interesy w latach 80., ale na starym kontynencie, to hiszpański miniserial Cocaine Coast opowie Wam całą dekadę historii prosto z ziem kolonizatorów. Poza tym, właśnie skończył się czwarty sezon Better Call Saul, w którym wątek „kartelowy” od dłuższego czasu zaczyna być w centrum zainteresowania wielu widzów. A, i już za miesiąc czwarte Narcos, a właściwie start nowego spin-offa, skupiającego się na najbliższych sąsiadach USA…

Father Stretch My Hands

Wypada zapytać – kiedy to szaleństwo się zaczęło? Co jest jego źródłem? Odpowiedzi najlepiej poszukać jeszcze w czasach, gdy prawdziwy wujek Pablo faktycznie świecił twarzą po ekranach telewizyjnych. Co było pierwszym filmem o Escobarze? Nie szukając daleko, rzuciłbym bez zastanowienia jeden tytuł – Scarface.

Remake prohibicyjnego klasyka Howarda Hawksa w reżyserii Briana De Palmy to film, jak mało który zakorzeniony w popkulturze. Legendarna, wielokrotnie parodiowana kreacja Ala Pacino z groteskowym do granic możliwości akcentem, z kilkanaście cytatów które przeszły do historii, niezapomniany soundtrack, świadoma zabawa campem – rozrywkowy samograj i esencja epoki, z której pochodzi, krótko rzecz ujmując. I oczywiście niełatwo połączyć escobarowski mit ze stosami białego proszku na biurku Tony’ego Montany, wątkiem kartelowym i miejscem akcji, czyli Florydą, niegdyś nudnym ośrodkiem wycieczkowym dla emerytów, który za sprawą owego specyfiku zamienił się w raj dla głodnych mocnych wrażeń.

Foto: Inverse

Każdy mówi, że widział z kilkanaście razy, ale jak wielu pamięta od czego zaczyna się film z 1983? Ta karykaturalna do granic możliwości fantazja na temat mroczniejszej strony amerykańskiego snu, rzuca nam najpierw przed oczy kronikarskie materiały, przedstawiające m.in. przemowę Fidela Castro i barki pełne uchodźców z Mariel. Czy to będzie film o trudach życia wygnańców jednego z wielu krajów, które źle przeżyły dekolonizację, zastępując jeden rodzaj opresji drugim? Nie do końca.

Oczywiście Tony Montana to postać niezwykle łatwa do polubienia, kinowy antybohater wzorcowy, choć okrutny, to z pewnymi niezłomnymi zasadami. Na przykład nie zabija kobiet i dzieci, a także nie pozwala nikomu nieprzyzwoicie dotykać swojej siostry, poza ewentualnie samym sobą…

Może te kazirodcze podteksty pomińmy, ale umówmy się na jedno – dziś możemy patrzeć na postać Pacino z większym dystansem, jako pewną ikonę przebrzmiałej rzeczywistości kulturowej. Jednak dla amerykańskiego widza z lat 80., Tony Montana mógł być również podstawowym i jedynym obrazem przywołanym po usłyszeniu hasła „kubański imigrant”. Krzywdzący stereotyp czy może w jakiś sposób korzystny wizerunek „badassa”, z którym lepiej nie zadzierać? O tym już pisano, z bardziej osobistej perspektywy, ale tu też warto zasygnalizować ten wątek, bo będzie jeszcze powracał. 

Waves

Z tych samych klimatów pstrokatych lat 80. warto przypomnieć sobie kultowe Miami Vice. W wielu aspektach serial dość progresywny, zarówno na poziomie formy, ale też przełamywania pewnych barier rasowych i etnicznych. Niewolny oczywiście od stereotypów na temat Kolumbijczyków, Jamajczyków, kultur rastafariańskich czy afrokubańskch, ale imponujący różnorodnością w środowiskach zarówno policjantów, jak i postaci negatywnych, czyli bardzo często escobaro-podobnych baronów.

Foto: The Hollywood Reporter

Wątek kartelowy znajdziemy również w ekranizacji powieści Toma Clancy’ego Stan zagrożenia z Harrisonem Fordem, hicie sezonu letniego roku 1994, zapewne nieprzypadkowo wydanego kilka miesięcy po zakończeniu polowania na Escobara. Film w konwencji spiskowego thrillera, dość odważnie poruszał temat machlojek amerykańskiego rządu, porażki „wojny z narkotykami” i zakulisowych układów z kolumbijskimi kartelami.

Fade

Ale na prawdziwy boom filmów na temat, trzeba było trochę poczekać, w końcu rany jeszcze świeże. Pierwsza dekada XXI wieku za cel wzięła sobie przede wszystkim temat kontrowersyjnego pogranicza. Napięcia na granicy meksykańskiej zyskiwały na sile z roku na rok, a działalność karteli narkotykowych bynajmniej nie była bez znaczenia. Film Traffic (2000) Soderbergha kompleksowo nakreślił problem tych gigantycznych organizacji przestępczych, ze skrajnie różnych perspektyw policjantów, polityka i żony jednego z bossów, przeplatających się sfer publicznych i prywatnych w ich codziennym życiu.

Mniej poważnie wypada traktować twory w rodzaju Blow (2001) z Johnnym Deppem. Ta dość nieudolnie zrobiona na modłę Scorsese, biografia George’a Junga reprezentuje wciąż typową dla kina hollywoodzkiego, narrację amerykocentryczną. Sam reżyser, Ted Demme wydaje się podchodzić do sprawy ironicznie, przedstawiając bohaterów początkowo jako idiotów przekraczających granicę meksykańską z językowym kalectwem i „¿Dónde está el weed?” na ustach.

Foto: The New Daily

Film pokazuje Amerykę Łacińską głównie jako przestrzeń dla białego bohatera do spełniania fantazji na temat zbicia majątku z towaru wujaszka Pablo (sama postać pojawia się w tak nieznaczącej roli epizodycznej, że nie warto o niej wspominać) i romansu z lokalną pięknością, najlepiej o aparycji Penélope Cruz.

By bohater musiał się czegoś nauczyć, ów „latino dream” zostaje szybko przemieniony w koszmar, a odtrutką na zepsucie „trzeciego świata” okazują się tradycyjne amerykańskie wartości – rodzina i domek na przedmieściach. Niestety, gdy bohater to sobie uświadamia, jest dla niego już za późno. Ten banalny, konserwatywny przekaz zostaje sprzedany w tak nieznośnie melodramatycznym tonie, że czyni trzeci akt filmu niemal niezdatnym do oglądania.

Ze znaczących filmów z wątkiem granicy meksykańskiej, można wymienić Babel (2006) Iñárritu, oferujący widzowi potrzebną perspektywę samego imigranta. Są też Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady (2005) Tommy’ego Lee Jonesa, które ze swoimi stereotypowymi postaciami strzyżonego na jeża białego rasisty i męczeństwa kliszowego „magical hispanic”, przypominają bardziej jakąś przypowieść o odkupieniu, całkiem niegłupią i rzucającą światło na inne motywacje imigrantów z Meksyku niż przemyt narkotyków.

No More Parties In LA

Całe pokolenie dorasta w cieniu mrocznej epoki cracku i nieuchwytnego Pabla. Kolejne patrzą na te czasy z zupełnie innej perspektywy, odkrywając mit Escobara na nowo. Na poły żartobliwie możemy wybrać dwie postacie, jako symbole nowego, zdystansowanego spojrzenia. Po pierwsze, Vincent Chase z Entourage i jego odwieczne marzenie o sprzedaniu producentom swojego epickiego projektu Medellín. Wygwizdany w Cannes, oczywiście fikcyjny projekt z tego serialu komediowego, pokazuje tylko, jak wielkim żartem i mało twórczym pomysłem wydawało się w tym czasie kręcenie biografii El Patróna.

Jeszcze inną perspektywę ma niepełnosprawny syn Waltera White’a z Breaking Bad. Zafascynowany czytaną książką słusznie zauważa, że wszyscy słyszeli o Pablu, ale mało kto wie cokolwiek o dzielnych stróżach prawa, którzy go wytropili i wykonali wyrok. Scena podszyta ironią, bo na tym etapie syn nie zdaje sobie sprawy, że ojciec, na pozór spełnienie przeciętniactwa domku na przedmieściach, przeżywa właśnie mit Escobara na własnej skórze, zadzierając z figurami kartelu tak groteskowymi, jakby pochodzili z kart komiksu, a na jego tropie jest wujek z DEA. Fantazja klasy średniej spełniona jak nigdy dotąd. Dla ciekawostki można dodać, że sam Bryan Cranston zagrał również jednego z właśnie tych śmiałków, którzy dorwali groźnego przestępcę, wcielając się w Roberta Mazura w filmie znanym u nas pod tytułem Boss (2016).

Real Friends

Ale my tu cały czas o amerykańskich filmach i serialach, a należy oddać sprawiedliwość samej ojczyźnie niechlubnego „bohatera”. W Kolumbii od kilkunastu lat wykształcała się autorska szkoła telenoweli, chwytliwie nazwana narconovelas. Przez lata powstało tego na pęczki, praktycznie nie ma głośnego przestępcy lub przestępczyni, który nie miałby swoich stu odcinków z okładem. Choć korzystają z mało gustownych, typowych dla oper mydlanych środków wyrazu, seriale mają jak na standardy tamtejszego rynku bardzo duże budżety i tworzone są ze starannością o realia historyczne.

Te serie bardzo często przedstawiają owe postacie w sposób gloryfikujący, romantyzują przemoc, manipulują widzem do utożsamiania się ze zbrodniarzami, choćby na poziomie najbardziej podstawowych ludzkich relacji, tragedii rodzinnych czy więzi z lokalną społecznością. Analizują skomplikowane zależności władzy między kartelami a rządem, przy tym wartościując kodeksy honoru tych pierwszych, przypisując im szlachetność podobną mitycznym wizerunkom Cosy Nostry od Puzo i Coppoli. Stawiają na sensację, szok, epatowanie kobiecą seksualnością, a przy tym… oferują prawdopodobnie bardziej zniuansowaną wizję kolumbijskiej rzeczywistości, niż jakikolwiek amerykański twórca byłby w stanie uchwycić.

Sam Pablo musiał na godną siebie „narconovelę” czekać, aż do roku 2012. Serial Pablo Escobar: El Patrón del Mal możecie dziś w całości obejrzeć na Netfliksie, przemontowany do siedemdziesięciu czterech, 40-minutowych odcinków. Nie jest to produkcja wysokich lotów, szczególnie jeśli patrzymy przez pryzmat naszej, ukształtowanej przez zachodnie gusta wrażliwości. Na pewno będziecie się śmiać, ale jeśli poświęcicie choć trochę czasu na kilka przypadkowych odcinków,  poznacie zupełnie inne, kompleksowe spojrzenie na Escobara, od kołyski po grób, pozbawionego posągowości, niczym sąsiada z naprzeciwka.

Foto: TV.nu

Low Lights

Wtedy jeszcze ciężej się patrzy na kurioza w rodzaju Escobar: Historia nieznana (2014) z Beniciem del Toro, okrutnie skrzywdzonym przez fatalnego fryzjera, w roli tytułowej. Portorykańczyk radzi sobie ponadprzeciętnie w dość sztampowo nakreślonym wizerunku groźnego gangstera, ale nie ma zbyt dużo czasu się wykazać, bo reżysera wcale nie interesuje sam baron. Zamiast tego idzie w typową narrację o tragedii „trzeciego świata” w perspektywie męczeństwa białego turysty (patrz: Imperium Słońca Spielberga, Niemożliwe Bayony).

Młody surfer przeżywa swój gorący, nastoletni romans z dziewczyną, która okazuje się bratanicą Pabla we własnej osobie. Gdy zostaje wciągnięty w działalność przestępczą, głównymi jego problemami wydają się kryzys męskości i mijanie się jego wyobrażeń o wakacjach w Kolumbii z rzeczywistością. Jego słowa „Wróćmy na plażę” do dziewczyny dość trafnie diagnozują tę turystyczną mentalność – łaknie przebywania w obcym kraju dla całej jego atrakcyjnej egzotyki, ale bez nawet przelotnego kontaktu z problemami społecznymi, z którymi tubylcy muszą się borykać na co dzień.

Film nie jest bez swoich zalet, przede wszystkim za sprawą wspomnianej kreacji tytułowej i całkiem niezłego podtrzymywania napięcia, ale trudno w nim znaleźć ponad to jakiekolwiek wartości artystyczne, nawet w charakterze historycznego mitotwórstwa.

Foto: Variety

Ultralight Beam

Przeskoczmy do roku 2015, czyli według mnie kluczowego momentu dla popularności „filmu o Escobarze”. W sierpniu na Netfliksie debiutuje Narcos, a trochę ponad miesiąc później na duże ekrany wchodzi Sicario. Narcos wydawało się produkcją esencjonalną, równocześnie rzetelnym, jak i efektownie zrealizowanym rozliczeniem z działalnością przestępczą Escobara i dylematami moralnymi zaangażowanych w polowanie stróżów prawa.

Dwa sezony dotyczące kolejno: kilkunastu lat od początku śledztwa do „uwięzienia” w La Catedral, a następnie ostatniego roku z życia Pabla, nie były bez swoich wad. Miejscami traciły tempo, miały problemy ze skupieniem uwagi, małą wyrazistością wielu postaci czy wpadaniem w pułapki pozerskiego komentarza zza kadru, ale były bardzo dobrze odebrane przez widzów, wchłaniających całe sezony w ciągu jednego wieczora.

Foto: Time

Serial jednak nie miał dużego wzięcia w samej Kolumbii. Jako że jesteśmy teraz mądrzejsi o wiedzę o istnieniu tradycji „narconoveli”, możemy łatwo zdiagnozować dlaczego. Kolumbijczycy nie chcieli oglądać tego, co już znali za dobrze, czy to z własnych doświadczeń, czy z telewizji, z tym że tym razem „bardziej amerykańskie” i uboższe o wiele kontekstów. Przypomnijmy też, że bardzo miło, gdy postacie mówią po hiszpańsku, ale nie gdy odgrywający rolę Escobara Wagner Moura jest Brazylijczykiem, a większość obsady pochodzi z Meksyku i nie poświęciła zbyt wiele czasu na przećwiczenie akcentów.

Dodajmy jeszcze jakieś nawiązania do jedynej innej rzeczy, po Pablu i Shakirze, która zachodniemu widzowi może kojarzyć się z Kolumbią – powieściami Márqueza i trzykrotne powtórzenie przez narratora definicji magicznego realizmu, za każdym razem coraz bardziej błędnej. Wszystko składa się na zestaw mankamentów, które nas przy oglądaniu raczej mało obchodzą, ale Kolumbijczyka w oczywisty sposób będą razić.

Foto: Entertainment Weekly

Lewicowa krytyka też nie pozostawiła suchej nitki na serialu Netfliksa, także u nas. Był taki artykuł w Krytyce Politycznej. Dobry choć miejscami tendencyjny. Pani Kaja Malanowska wykazuje się imponującą wiedzą na temat sytuacji politycznej w Kolumbii, ale chyba nie dość uważnie oglądała serial, bo konteksty o których mówi, jak katastrofalna polityka Reagana czy geneza powszechnego ubóstwa są w nim zasygnalizowane, a serialowi daleko do jednoznacznego gloryfikowania „dzielnych bohaterów z DEA”. Prawdą jest natomiast, że trudy codzienności zwykłych obywateli Kolumbii są bardzo mglistym tłem, wychodząc na pierwszy plan tylko w tak mocnych scenach, jak sytuacja patowa, w której Javier Peña trafia pod muszkę kilkuletniego chłopca

Sicario natomiast, to thriller doskonale nakręcony, wzorcowy zagrany, choć zdecydowanie bardziej idący w szokowanie obrazowością, niż merytoryczny dyskurs na temat niebezpieczeństwa otwartych granic czy dylematów moralnych sił antynarkotykowych. Kompromisy z przestępcami dla utrzymania chwiejnej równowagi sił to problem, który był podnoszony tak wielokrotnie w sprawach historycznych i fikcyjnych, będąc dla większości widzów tak oczywisty, że trudno by bohaterka nie sprawiała wrażenia naiwnej, a intryga nie wyglądała na pretekstową. Za sukcesem filmu stoi przede wszystkim mistrzowski warsztat kanadyjskiego reżysera.

Foto: No Film School

Feedback

Zbliżamy się niebezpiecznie blisko współczesności, więc warto zacząć się zastanawiać, co od ogromnych sukcesów tego filmu i serialu się zmieniło. Czy zaczęły powstawać coraz lepsze filmy o Escobarze? Moim zdaniem Narcos właśnie, w swoim trzecim sezonie, gdy straciło ciężar samej postaci, stało się zaskakująco ciekawsze. Żaden z bossów kartelu Cali nie dorównuje oczywiście Pablowi charyzmą, ale większe skupienie na indywidualnych dramatach, „mniejszych historiach” bohaterów, którzy nie wydają się prostym mięsem armatnim jak dawniej, wyszło serialowi tylko na dobre, podobnie jak zagęszczenie kontekstu politycznego.

Film od którego zaczęliśmy nasze dywagacje, czyli Barry Seal Douga Limana to kolejny przypadek perspektywy silnie amerykańskiej, ale w tym wydaniu reżyser jest tak świadomy arogancji bohatera, tego jak instrumentalnie traktuje obce kultury, lawirując pomiędzy nimi dla swoich celów w spełnianiu się jako all-american biznesmen, że aż trudno tego nie szanować. Ta nonszalancka, ponownie zapożyczona ze stylu Scorsese narracja, sprawia wrażenie szaleńczej fantazji na temat amerykańskiego doświadczenia latynoamerykańskiej kultury narkotykowej.

Foto: Chicago Tribune

Spełnia się nawet na poziomie mikro-żartów, jak Tom Cruise i jego katastrofalna lekcja geografii. W jednej scenie bohater chce pokazać widzom Salwador na mapie, w rzeczywistości wskazując Nikaraguę, by poprawić się i zaznaczyć… Honduras. Dla totalnych nerdów jest nawet disclaimer w napisach końcowych prostujący: „Tak, nie jesteśmy idiotami, wiemy że to nie Salwador”.

Powstawało tych rzeczy więcej, mniej lub bardziej udanych. Wspomniane na początku Loving Pablo to kolejna, skrótowa i wtórna, zrealizowana po łebkach biografia, którą wyróżniać miała perspektywa kobieca. Virginia Vallejo wychodzi tu jednak na rozkapryszoną nastolatkę, zakochaną w bad boy’u, w czym zdecydowanie nie pomaga rozczarowująca Cruz. Z innych nieudolnych produkcji przychodzi na myśl netfliksowe El Chapo, odrealniona i pełna fatalnych efektów komputerowych farsa. Zawiera też obligatoryjne występy gościnne Pabla, granego przez czyjegoś pyzatego wujka, skutkując ciekawym, choć pewnie niezamierzonym odbrązowieniem wizerunku barona.

Foto: The Prague Reporter

Wolves

Ale coś jeszcze wydarzyło się po roku 2015, coś co może być kluczem dla zrozumienia fenomenu. Populistyczna kampania wyborcza i elekcja Donalda Trumpa. Paranoiczna narracja skierowana przeciwko imigrantom, głosy o konieczności literalnego „zamurowania” granicy z Meksykiem… Czy te społeczne nastroje nie mogą mieć wpływu na to, że wciąż istnieje popyt, ludzie chcą oglądać te filmy? Chcą zobaczyć na własne oczy potencjalne zagrożenia ze strony Meksyku, Kolumbii czy „czegoś-tam-jeszcze”?

O owym „czymś-tam-jeszcze” traktuje Sicario 2 Stefana Solimy. Ten film wygląda niemal jak anty-imigrancka pornografia, podsycająca społeczne lęki na wszelkie możliwe sposoby, niczym ekwiwalent rodzimego Patryka Vegi. Otwierająca scena zaczyna z grubej rury, bo przekraczający granicę amerykańską muzułmanin wita kraj pasem szahida. A zabawa dopiero w zarodku, bo potem widz otrzymuje cały festiwal stereotypów i przerysowanych intryg, nie poprzestający na handlu ludźmi, a jako ostateczne rozwiązania problemu terrorystów, w przypadku braku możliwości tortury, proponując niezawodne drony.

Dorzućmy jeszcze emocjonalny samograj fabuły o groźnym macho, eskortującym bezbronną, ale dojrzałą nader swój wiek dziewczynkę, wieńcząc tym samym tą celebrującą amoralność bohaterów, testosteronową papkę, standardowym wish-fullfillment męskich fantazji, podpatrzonych z gier wideo.  Ślamazarny sequel Sicario jest tak treściowo mętny, że nie sposób odróżnić, czy uczestniczy w retoryce Trumpa, czy poddaje ją krytyce.

Foto: IndieWire

Saint Pablo

Trafiliśmy w drażliwe rejony, a nigdy tak naprawdę nie odpowiedziałem na wyjściowe pytanie – czy filmy o Escobarze to nowe filmy o zombie? Przypomnę, że kino o zombiakach również ma swoją tradycję sięgającą kilku dekad i również bardzo często odzwierciedlało pewne społeczne bolączki. Zombie, w zależności od potrzeb, mogły reprezentować np. grzechy kultury konsumpcyjnej, uzależnienie od technologii czy właśnie konsekwencje niekontrolowanej imigracji (World War Z). Mogły też równie sprawnie służyć za pole bezmyślnej, eskapistycznej zabawy dla odreagowania rzeczywistości za oknem.

Czy oznacza to, że niedługo możemy się spodziewać fanowskich filmów, parodii, gier AAA symulujących doświadczenie bycia Escobarem, może jakiś EscobarCon, na których będziemy robić cosplaye wujka Pabla i ekipy? Na pewno nie dosłownie. Pablo Escobar to nie abstrakcyjne zagrożenie z filmu grozy, tylko prawdziwy, historyczny przestępca, odpowiedzialny za śmierć tysięcy niewinnych istnień, niepoliczalną ilość żyć zniszczonych przez jego produkt i kilkunastoletni cykl korupcji w kolumbijskim rządzie. Już prędzej możemy widzieć oswojenie tych motywów w bardziej zdystansowanych od rzeczywistości serialach jak Breaking Bad i jego spin-offktóre właściwe tworzą osobne, fantazmatyczne uniwersum.

Foto: BAMF Style

Filmy o Escobarze to po prostu pewien trend w od zawsze niezmiernie popularnym, kinie gangsterskim z postaciami antybohaterów, który sztucznie przedłużają takie czy inne nastroje społeczne. I choć na pewno obejrzę kolejny sezon Narcos, z czystej ciekawości, to myślę, że więcej osób byłoby dziś szczęśliwszych, gdyby pozwolić wujaszkowi Pablowi i mu podobnym zgnić w grobie, a obywatelom „tej drugiej Ameryki” dać możliwość pokazania się z innej strony. Tak jak netfliksowy sitcom One Day at a Time (polecam!), w końcu dał kubańskim imigrantom reprezentację, nie będącą Tonym Montaną.

(…) a później wyjrzał na ulicę przez szpary żaluzji, chcąc zobaczyć, jak daleko sięgają zniszczenia defenestracji, i wystarczyło mu rzucić okiem, by zobaczył więcej nikczemności i więcej niewdzięczności, niż widziały i opłakały moje oczy od mego przyjścia na świat, matko, zobaczył swoje wdowy szczęśliwe, opuszczające dom tylnymi drzwiami, ciągnące na powrozie krowy z moich obór, zabierające z soba rządowe meble, słoiki miodu z twoich uli, matko, zobaczył swoje wcześniaki wygrywające symfonię radości na kuchennych gratach, skarbach kryształów i bankietowej cud-zastawie, śpiewające wrzaskiem ulicznym, mój tata nie żyje, wolność niech żyje, zobaczył stos rozpalony na placu Broni po to, by spalić oficjalne portrety i litografie z kalendarzy, które widniały o każdej dobie i na każdym miejscu od początków jego rządów, i zobaczył własne ciało wleczone po ulicy, pozostawiające za sobą strugę orderów i epoletów, guzików od dolmana, postrzępionych brokatów, pasmanterii, haftek, chwastów z szabli karcianych i dziesięciu smutnych słońc generała wszechświata, matko, zobacz, co ze mną zrobili, mówił, własnym ciałem czując hańbę plwocin i wylewanych na niego z balkonów nocników chorych, przerażony myślą, że może zostać rozszarpany i pożarty przez psy i sępy pośród oszalałego wycia i pirotechnicznego huku karnawału mojej śmierci.

–  Gabriel García Márquez „Jesień patriarchy”, 1975

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *