Earl Sweatshirt – „Some Rap Songs”. Recenzja płyty

Pokusa opisania nowego albumu Earla Sweatshirta w postaci matematycznych algorytmów jest ciekawą perspektywą w poniedziałkowy wieczór. Trzeba jednak oddać cesarzowi to, co cesarskie, i złożyć należny hołd nowemu królowi awangardowego rapu. Some Rap Songs to najlepsze tego rodzaju zdarzenie w mainstreamie od czasów Yeezusa.

Earl Sweatshirt zaczynał w Odd Future i nigdy nie osiągnął takiej kreatywności jak Tyler The Creator czy uznania publiki jak Frank Ocean. Raper zawsze był gdzieś  z boku i konsekwentnie „robił swoje”, wyrabiając unikalne lo-fi brzmienie i szlifując skille. Some Rap Songs to punkt zwrotny w karierze Amerykanina. To jego pierwsze wydawnictwo, które ma szansę zapisać się w historii muzyki jako płyta unikalna na miarę Madvilliany czy też The Money Store.

Płyta zgodnie z modą wprowadzoną rok temu przez Kanyego Westa trwa kilkanaście minut. Jest ona jednak nieco bardziej rozbudowana niż zeszłoroczne instalacje Yeezy’ego. Przede wszystkim nie ma ona siedem utworów, a piętnaście, które swoją złożonością wściekle atakują ucho słuchacza, wprowadzając w cudowny muzyczny dyskomfort.

Earl Sweatshirt sprowadził maksimum konceptu do minimum materiału. Tutaj jeden utwór dosłownie wjeżdża w drugi. Przenikają się one niczym gorączkowe majaczenia. Jest to rzecz niebywała. Kiedyś półtoraminutowe utwory służyły raperom jako skity, przerwy  między piosenkami. Earl natomiast w tym czasie potrafi stworzyć utwór, który ma co najmniej trzy warstwy dźwiękowe.

A dzieje się tu dużo. Mnogość psychodelicznych pomysłów, a także skakanie po stylach może się na tej płycie równać tylko i wyłącznie z klasykiem Madvilliany. Earl, podobnie jak MF Doom, prześlizguje się po różnych stylach, od elektrycznej sieczki w Nowhere2go, przez klawiszową kwaśną postradioheadową balladę The Mint, psychodeliczne introspektywne Playing Possum, aż po lo-fi siestę zamykająca album. Jak już wspomniałem, dzieje się tutaj wiele.

Kreatywność łączy się z istnym twórczym szaleństwem, które przypomina mi Yeezusa. Earl jest tutaj w transie, rzuca agresywne i depresyjne linijki na lewo i prawo. Płyta powstała po śmierci ojca muzyka i była nagrywana, gdy raper był w depresji. To słychać na tej płycie. Wszystko przypomina rozmazaną bolesną impresję rozciągniętą na piętnaście utworów.

Wydawnictwo udowadnia po raz kolejny, iż hip-hop jest obecnie najciekawszym gatunkiem muzycznym. To właśnie w tym gatunku powstają najciekawsze i najlepsze płyty ostatnich lat. Tutaj także przełamywane są granice współczesnej muzyki.

To płyta nie dla każdego, ale warto zmierzyć się z tym wydawnictwem. Być może jest to płyta, która wyznaczy nowe trendy w hip-hopie. Some Rap Songs może też pozostać eksperymentem bez konsekwencji. Czas pokaże.

Ocena: 8/10.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *