Dyskusja o finale Gry o tron

dnia

No cóż . Było i się skończyło. Ostatnie sześć odcinków Gry o tron chyba nikogo nie zadowoliły. Wraz z Jackiem Marchwickim, próbuję ustalić przyczynę, tak katastrofalnego zwieńczenia sagi HBO.

Jacek: Ok. To co poszło nie tak?

Tomek: Dużo rzecz, oj dużo. Przede wszystkim jednak zawiódł nasz sławny duet D&D. Widać gołym okiem tutaj zmęczenie materiału. Aktorom się nie chce, scenarzystom się nie chce, scenografom się nie chce (zagubione kubki z starbucksu i butelki po wodzie w kadrach to doskonałe podsumowanie tego sezonu.) W rezultacie mi się nie chce tego oglądać. Benioff i Weiss naprawdę zjebali sprawę. Budowali misterną fabułę, tylko po to, aby znaleźć najprostsze rozwiązania. Postacie zachowywali się tak irraconalnie, że się dziwię, że pamiętają swoje imiona. Na dodatek straszne są tutaj zmarnowanie wątków. Trójoka wrona? po co to. Pochodzenie Jona? po co to. Nocny król? po co to. Naprawdę okropny sezon obrażający inteligencję widza. Zaprzeczające idei serialu. I to kręcili dwa lata? Give me a break!

Jacek: W ósmym sezonie najbardziej zawiódł siódmy sezon. Bo chwila, postanowili nie rozciągać finału na więcej niż 6 odcinków, ale w pełni usprawiedliwili sobie stworzenie w 2017 roku siedmiu odcinków, które do serialu nie wniosły niczego? W rysopisie historii finalnego sezonu, mogło to wszystko wyglądać co najwyżej dobrze, ale zmieszczenie takiego ogromu treści w kilka odcinków doprowadziło do tego, o czym wspomniałeś – tworzenia najprostszych możliwych rozwiązań, byle by przeprowadzić postacie z fabularnego punktu A do fabularnego punktu B. Największa bitwa w historii telewizji stała się najciemniejszą i najbardziej chaotyczną bitwą w historii telewizji (chaotyczna w dobrym tego słowa znaczeniu, bo oddająca zamęt wojenny ale i zachowująca przejrzystość to była Bitwa Bękartów albo Hardhome, kochani), a postacie, które kiedykolwiek indziej mogły zapłacić najwyższą ofiarę za mały błąd, stały się herosami pokrytymi plot-shieldem i obdarzonymi niewyobrażalną wcześniej, głupotą.

FOTO: IMDb

Jacek: Czy finałowy odcinek był sam w sobie satysfakcjonujący?

Tomek: Przez połowę odcinka tak. Peter Dinklage po raz kolejny udowodnił, że jest najlepszym aktorem z całej obsady. Nawet rozwiązanie wątku Jona i Daenerys jest ok (chociaż brakuje tutaj cholernie rozbudowania tego wątku). Potem jednak zaczyna się happy ending, który rujnuje cały serial. Znasz to uczucie, kiedy właściciel Cię wygania z Pubu, bo trzeba zamykać a Ty chcesz jeszcze posiedzieć z znajomymi? Tak się czułem oglądając ostatnie minuty tego serialu. Jestem zniesmaczony. Bran królem? Sansa na czele Winterfell? Jon Snow na wygnaniu? Kto pisał ten finał? Catelyn Stark?

Jacek: Nie mógł być satysfakcjonujący. Ilość powstałych spekulacji nt. zakończenia serialu pozwoliła każdemu znaleźć zakończenie najciekawsze dla siebie, które jego zdaniem najskuteczniej wpasowałoby się w warstwę narracyjną serialu. Oczywiście, nie mam najmniejszego zamiaru usprawiedliwiać twórców, którzy pisząc taki finał, odkryli wszystkie najbardziej fascynujące karty Gry – wprost wskazali, kto był dla nich głównym bohaterem w serialu, którego znakiem rozpoznawczym stało się zabijanie wszystkich, którzy sprawiali wrażenie piastowania w danym momencie stanowiska protagonisty. Leniwe, pozornie mające zaspokoić całe rzesze fanów kibicujących Północy, a tak naprawdę groteskowo przemycające promyczek demokratycznego słońca do mrocznego świata, który w końcu stanie na nogi, hurra!

Tomek: Czy czekasz na spin offy?

Jacek: Spin-offy pozostają ostatnią szansą na prawdziwe zaspokojenie fanów, którzy przez ostatnie co najmniej dwa lata, żywili się teoriami spiskowymi. Jeśli nie dostaniemy teraz, satysfakcjonującego rozwoju historii Trójokiej Wrony i genezy zła – Białych Wędrowców i Nocnego Króla, to kiedy? Po co innego było budować tak obszerny serialowy świat, bo chyba nie po to, żeby czasami popatrzeć jak Bran wciela się w kruka, żeby polatać nad polem bitwy, prawda? Została mi nadzieja, że po coś to wszystko było.

Tomek: Ja nie czekam. Już i tak ten serial został wyciśnięty niczym dojna krowa. Nadzieję robi fakt, iż spin offom przygląda się sam George RR Martin i Bryan Cogman (czyli człowiek, który w przeciwieństwie do Benioffa i Weissa nie miał książek w dupie). Ale i tak odnoszę się raczej negatywnie do tego pomysłu.

Jacek: Którą postać najlepiej zapamiętasz:

Tomek: Littlefinger. Zdecydowanie mój ulubieniec. Mąciciel bez opanowania z perfekcją aktorską Aidana Gillena. To on rozpoczął całe zamieszanie w serialu oszukując Neda Starka Postać zamordowana w siódmym sezonie (dosłownie i w przenośni). Kiedyś przeczytałem na reddicie, że cała Gra o tron to szachy pomiędzy Littlefingerem a Varysem. To by było dopiero zakończenie!

Jacek: Temu mógłbym poświęcić znacznie więcej niż jeden akapit. Jeśli kiedykolwiek miałbym obejrzeć Grę o Tron ponownie, to dla Jamiego Lannistera i chemii, którą generuje Nicolaj Coster-Waldau za każdym razem, kiedy pojawia się na ekranie. Można mówić że którykolwiek ze Starków dużo przeszedł w serialu, ale rozwój żadnego bohatera nie był tak obszerny – człowiek, który stracił wszystko, grał w dziesiątkach masek, rozgrywając grę o tron po swojemu. Na jego losy w ósmym sezonie mogę narzekać tylko pod jednym względem – nie zasługiwał na rozdmuchaną romantyczną kliszę w swojej ostatniej scenie. Oprócz tego? Owszem, chwilami było skrótowo, ale cały sezon wyzbył się rzetelnego rozwijania wątków; przynajmniej punkty fabularne, do których postać Jamiego docierała były w pełni racjonalnie wpisane w jego bohatera.

I oczywiście Bronn (Jerome Flynn); tworząc duet z Jamiem, ucieleśnili Grę o Tron. Operując znanymi motywami, konsekwencją i pomysłowością rozsadzili je od środka.

FOTO: IMDb

Tomek: Jak zapamiętasz serial?

Jacek: Jako niezwykłe wydarzenie popkulturowe, w którego czasach cieszę się, że miałem okazję żyć. Spadający na łeb na szyję poziom serialu to jedno, ale nic nie ujmie mu jego wagi. Jeśli w historii telewizji ojcem rewolucji serialowej było Twin Peaks, pierwszymi synami The Sopranos i The Wire, to Gra o Tron stała się tym wielkim chwalebnym potomkiem, który dumnie nosił rodowe nazwisko podczas gdy cały świat przyglądał się jego poczynaniom, by jak nie pierwszy z wielkich, ugiąć się pod ciężarem samego siebie i zginąć przedwcześnie.

Tomek: Mimo, iż ostatni sezon był cienki jak barszcz, to trzeba być ignorantem, żeby nie docenić wkładu Gry o tron w historię telewizji. Jest to najważniejszy serial tej dekady obok Louie’go. Zerwanie ostatecznych granic telewizji. Pod względem rozmachu jest to rzecz niebywała, taki miks Rzymu i Zagubionych. Naprawdę to była świetna zabawa trwająca praktycznie całą dekadę (!) Więc na przekór wszystkim: Dziękuję Wam Panowie Benioff i Weiss.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *