Człowiek, który zabił Don Kichota – Serca ciemności

Minęło 29 lat, od kiedy Terry Gilliam napisał pierwszy szkic scenariusza omawianego dziś filmu. Ten niepowtarzalny kreator eklektycznych światów filmowych, w końcu zrealizował swoją wymarzoną polemikę z dziełem Miguela de Cervantesa… Tymże opisem równie dobrze można określić niemal każdy z jego poprzednich filmów, ale to nieistotne. Tyle słowem wstępu, bo twórczość tego Brytyjczyka z wyboru i dzieje filmu, obszernie wprowadziłem już w innym tekście.

Dodam tylko, że co do filmu miałem wybitnie zaniżone oczekiwania. Najdłuższe owacje na Cannes nie mogły dziwić, z racji na tę, okupioną potem czoła i rozczarowaniami historię produkcyjną filmu. Też bym tak długo klaskał, niezależnie jak zły okazałby się produkt finalny. A potem przyszły mieszane, czy wręcz chłodne opinie krytyków i pamięć o niedawnych porażkach twórczych reżysera. Do kina poszedłem bardziej z poczucia obowiązku, modląc się tylko, żeby chociaż nie mieć ochoty wyjść z kina. Nie miałem.

Foto: IMDb

O czym to w końcu?

Toby (Adam Driver), cyniczny korpo-filmowiec, kręci dla rosyjskich zleceniodawców reklamę wódki, inspirowaną Don Kichotem. Przypadkowo trafia w jego ręce płyta z jego etiudą studencką sprzed lat, na tych samych motywach. Przypomina mu ona o czasach, gdy młodzieńcza energia i (paradoksalnie) ograniczenia finansowe, pozwalały mu tworzyć bardziej natchnioną i bogatszą sztukę.

W ucieczce przed pustką producenckiego światka i pomstą Szefa (Stellan Skarsgård), z którego żoną (Olga Kurylenko) nieco za bardzo się zbliżył, reżyser zostaje wplątany w szaloną przygodę w towarzystwie lokalnego podstarzałego dziwaka i jego dawnego odtwórcy roli Don Kichota (Jonathan Pryce). Niedołężny szewc sprzed lat całkowicie wtopił się w swoją postać i tylko czekał na przybycie swojego Sancho…

Foto: IMDb

Postmodernizm, bo mogę

W tym pokręconym scenariuszu, można wyróżnić trzy, odmienne nieco na poziomie estetyki i idei, części. W pierwszej mamy do czynienia z czymś w rodzaju wariacji nt. making offa i prostej satyry na Hollywood. Coś o nadużywaniu CGI, coś o karierach przez łóżko, jakieś prztyczki na kryzys wyobraźni twórców i ich koncentrację na zysk. Raczej więc komunały, także na poziomie fabuł i dramatów, czego Gilliam wydaje się być świadomy. Autoironicznie obnaża banał i przeżarcie pewnych motywów. Nie wkładając wysiłku w pisanie dialogu, prowadzącego do niebezpiecznego igrania Toby’ego z żoną szefa, ogranicza go do tej samej, powtarzanej kilkanaście razy z różnymi intonacjami, deklaratywnej kwestii „the boss’ wife”.

Drugi, chyba najprzyjemniejszy akt filmu, to swoiste buddy movie. Awanturnicza podróż bohaterów po motywach z powieści Cervantesa. W dużej mierze ciągnie na dobrej, choć nieco powtarzalnej chemii Drivera i Pryce’a. Proste przepychanki słowne oparte na zderzeniu niezłomnego idealizmu Kichota wobec „śmieciowej” rzeczywistości i sceptycyzmu tutejszego Sancho z przymusu (będącego ewidentnie uosobieniem współczesnego, kinowego widza-niedowiarka).

Foto: IMDb

Tu Gilliam, ze swoją wyobraźnią, jest najbardziej w swoim żywiole. Kolejne fantazyjne twory imaginacji wypływają, powoli wprowadzane w iberyjskie plenery. Poza tym, co dosłownie każdy kojarzy z Kichotem, czyli „olbrzymy” i walka z wiatrakami, znajdziemy np. interesujące wizualnie i nietypowe przedstawienie Rycerza Zwierciadlanego. Jeszcze więcej potencjału ma przetworzenie wątku islamskiego z powieści. Jak wiadomo, Hiszpania wieków średnich była terenem pierwszej „islamizacji Europy”, a nad XVII-wieczną powieścią wisi aura jednoczesnej fascynacji i lęku przed wypartą kulturą Maurów oraz Arabów. Gilliam próbuje wpisać w to kontekst współczesnego kryzysu uchodźczego, być może widząc w paranoi przed terroryzmem i „zwrocie na prawo”, nową twarz rekonkwisty… Niestety, potencjalnie odważny wątek pozostaje nierozwinięty i pozostawia widza w konsternacji.

A co teraz oglądamy?

W ostatniej części filmu, gdy Toby coraz bardziej traci poczucie rzeczywistości, świat producentów i świat Cervantesa najbardziej się przenikają. To najładniejszy wizualnie fragment filmu, z iście barokowymi scenografiami i kostiumami, będący naprawdę oryginalnie zainscenizowanym spektaklem osobliwości. Zachęca widza do czujnej obserwacji, wyłapywania gdzie pośród zdeformowanej rzeczywistości kryją się prawdziwe zachowania współczesnych bohaterów, a co jest czystą fantazją i czy to w ogóle ma znaczenie.

We wszystkim odczuwalny jest mocny posmak goryczy, a znaczenia i przekazy wypadają coraz bardziej mgliście, ambiwalentnie. Żenująco łatwe ataki na Trumpa sąsiadują z dość mocnymi obrazami upokorzenia, związanego z utratą złudzeń, pośród „dymu i luster” hollywoodzkiego blichtru. Jest niepokojąco, nieco tragicznie, a fabuła bardziej przypomina ciąg zupełnie przypadkowych zdarzeń bez konsekwencji i logiki wewnętrznej.

Foto: IMDb

Ostatecznie nie jesteśmy pewni, czy oglądamy hołd dla nieskażonej rzeczywistością wyobraźni współczesnego rycerza, czy smutną elegię dla straconego świata. Może zarazem obie z tych rzeczy, coś pomiędzy i żadna z nich? Czy może być przypadkiem, że jeden z czarnych charakterów, rosyjskich chlebodawców, nosi nazwisko innego literackiego, pokrzywdzonego idealisty, Myszkina? Jak najbardziej może być. Nie zdziwiłbym się, gdyby Gilliam próbował kiedyś czytać Idiotę, ale rzucił po kilku stronach. Mógł też wybrać zupełnie losowe rosyjskie nazwisko, albo podsunął mu je znajomy-erudyta. A może rzeczywiście namiętnie czytał Dostojewskiego i ta postać bogatego okrutnika to ironiczny hołd? W przypadku tego ekscentrycznego twórcy, każda opcja jest dla mnie równie prawdopodobna.

Park jurajski

Terry Gilliam to dinozaur. Na pewno w oczach Hollywood. Relikt pewnej epoki – przełomu lat 70. i 80., gdy autorscy twórcy mogli liczyć na przychylność studia i otrzymywali większa wolność, nawet gdy stawką w grze były bardzo duże pieniądze. Jeszcze nawet w latach 90. potrafił pójść na kompromisy, kręcąc filmy równocześnie artystycznie ciekawe i komercyjnie strawne (Fisher King, 12 małp). Potem już tylko gonił, nie pasował do swoich czasów, gubił się w zawiłościach nowego systemu i urokach techniki komputerowej. Ale jest też dinozaurem w innych aspektach. Zawsze przecież człowiek tak progresywny, w końcu od Monty Pythona – naprawdę wielkich indywidualistów, łamiących tabu konserwatywnego społeczeństwa, silnie „tchatcherosceptycznych”. Potem też zagorzały przeciwnik polityki Busha Jr., ale…

Foto: IMDb

Ten reżyser zawsze miał problem z kobietami. Starałem się przymknąć na to oko pisząc o jego filmach, zaznaczając tylko nieprzyjemny epizod z jego wypowiedziami o #metoo. Jedyne ciekawsze i silniejsze postacie kobiece z jego dzieł jakie mogę sobie przypomnieć, to dziewczynka z Krainy traw, Lena Headey w Braciach Grimm i „arc” Valentiny w Parnassusie. Don Kichot to pod tym względem nowy poziom żenady. Kobiety to albo rozerotyzowane modliszki, albo święte dziwki, istniejące tylko po to, żeby bohater mógł usatysfakcjonować swój kompleks zbawcy.

Do tego ostatniego, sprowadzono praktycznie cały wątek Angelici (Joana Ribero), która z początku ma zadatki na wartościową postać. Ostatecznie okazuje się totalną kompromitacją wizerunku ofiar molestowania z rąk producenckich tuzów. Bierną i pozbawioną autonomii istotką, która potrzebuje rycerza w lśniącej zbroi, by powiedział jej, co jest dla niej dobre. Oczywiście ten obraz ma swoje źródła w powieściowych ułudach Kichota, dotyczących fałszywego ideału Dulcynei. Film jednak w żadnym momencie nie poddaje krytyce tego przekonania bohatera, co w 2018 roku jest niedopuszczalne.

Foto: IMDb

I co ja mam z Tobą zrobić?

Właściwie każdy element filmu nosi na sobie pewne rysy. Rysy przede wszystkim osoby reżysera, który ma swoje lata świetności dawno za sobą i dopadło go zmęczenie materiału. Pytano go przecież wielokrotnie: „Po co kręcisz film o Don Kichocie, kiedy każdy Twój poprzedni był filmem o Don Kichocie?”.  Właściwie to cały ten wymęczony projekt można opisać za pomocą tych jego rys. Bo tak, wyobraźnia wizualna już nie ta, choć znamiona wciąż niekiedy widoczne. Chaos fabularny jak był, tak jest. Tylko że tym razem ciężko wysupłać spośród niego jakąś czytelną ideę przewodnią. Humor? Raczej mało wyrafinowany, śmiać się będą częściej fani Gilliama, bo całkiem sporo tu nawiązań do poprzednich dokonań.

Nie mam złudzeń, że Człowiek, który zabił Don Kichota można nazwać filmem udanym. Nie sądzę, że ktokolwiek niebędący fanem twórczości reżysera, mógłby wyjść z niego zadowolony. Ale to nie jest też nawet film, który próbuje być szczególnie lubiany, to nie film-desperat. To dzieło, w które sam twórca zdaje się nie wierzyć, ale nie kapituluje. Wie, że nie należy do tej epoki, że nie zarobi na tym kokosów i pewnie duża część krytyki zmiesza go z błotem. Ale mimo to doprowadził go do wielu ekranów filmowych, w całym swoim szaleństwie i ideowym nieuporządkowaniu. W nadziei, że ktoś to obejrzy i potowarzyszy twórcy w całej jego donkiszoterii.

Człowiek, który zabił Don Kichota w ogólnej świadomości pozostanie tylko twórczą porażką i ciekawostką historyczną. Dla mnie był jednym z najbardziej nietuzinkowych doświadczeń kinowych od dawna – katastrofą, od której nie można oderwać wzroku. Filmem-nieustanną huśtawką potencjału i jego błyskawicznej entropii. Przegrywającym na każdym kroku, ale na tak ciekawe i ciągle nowe sposoby, że nie sposób było się na nim nudzić. Do teraz nie przestałem się zastanawiać, co właściwe obejrzałem…

Ocena: 5/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *