Tamte dni, tamte noce – Okruchy dnia

Konkurencja Oscarowa okazała się w tym roku wyjątkowo zróżnicowana. Nawet produkcje odznaczające się tematami, wydawałoby się, skrojonymi pod nagrody, okazują się rzeczami nietuzinkowymi. Film Tamte dni, tamte noce, który dziś bierzemy na warsztat, jest tego najlepszym przykładem.

Ekranizacja quasi-modernistycznego romansu  André Acimana, popełniona piórem dawnego mistrza brytyjskiego, epokowego melodramatu – Jamesa Ivory’ego. Za kamerą spadkobierca filmowych mistrzów włoskiej bohemy (nie Sorrentino, ten drugi). W rolach głównych tego subtelnego melodramatu: niewydarzony gwiazdor kina akcji (Armie Hammer) oraz etatowy filmowy i telewizyjny nastolatek na trzecim planie (Timothée Chalamet). Ten drugi już zgarnął niejedną aktorską nominację i teraz walczy w jednym szeregu z Oldmanem, DDL i Denzelem. A, i do tego mainstreamowy film gejowski bez wątku jawnego prześladowania, skupiony na rozwoju relacji, nie na okrutnym, antagonizującym społeczeństwie.  Tego jeszcze nie grali! Ale czy dzieło Guadagnino jest czymś więcej niż tylko ciekawym, niecodziennym wydarzeniem w kinie? Czy zasługuje na te wszystkie zachwyty ze strony krytyki i publiczności?

Foto: IMDb

Mystery of love

Elio to siedemnastoletni chłopak mieszkający wraz z rodzicami w willi na włoskiej prowincji. W wolnym czasie czyta klasyczną literaturę, doskonali swoją technikę muzyczną oraz, z potrzeb kompensacji swojej męskości, romansuje z dziewczyną z sąsiedztwa. Gdy w jego przestrzeń komfortu wkracza „uzurpator”, amerykański fillolog Oliver, pomagający ojcu młodego (Michael Stuhlbarg) w badaniach naukowych, coś pęka w Elio. Początkowa niechęć, zmienia się w cichą fascynację, powoli przeradzając się w miłość…

Na to jednak widz musi cierpliwie poczekać. Do pierwszego fizycznego kontaktu (niezapośredniczonego towarzyskimi konwencjami, ani ręką starogreckiej rzeźby), dochodzi dopiero po godzinie czasu trwania filmu. Zdecydowana większość interakcji, jakie będziemy obserwować między tymi mężczyznami, to sytuacje z pozoru pozbawione erotycznego napięcia. Wspólne przejażdżki rowerowe albo dysputy o sztuce, filozofii czy kobietach, w których jeden drugiemu próbuje udowodnić swoją intelektualną wyższość. Wszystko w zmysłowo wykadrowanych, długich, ale nie pozerskich, ujęciach.

Foto: IMDb

Words don’t come easy

Bohaterowie mówią wieloma różnymi językami. Mamy najbardziej oczywisty fakt, że w pochodzeniu Elio przeplatają się wpływy kultur francuskiej, włoskiej i żydowskiej, a jego rodzina płynnie przechodzi pomiędzy odpowiadającymi językami w rozmowach ze znajomymi. Równie płynny okazuje się w języku muzyki, śmiało tworząc intertekstualne łańcuchy powiązań w wariacjach na temat Liszta i Bacha (a Lach piece?), równocześnie świetnie się odnajdując w popowych szlagierach swoich czasów (mamy lata 80.). Oliver, jako lingwista, wie wszystko o źrodłosłowach indoeuropejskich wyrazów użytku codziennego. Umie w hellenistykę, wchodzi w polemikę z interpretatorami Heraklita, a Elio nie zaskoczy go także żadnymi francuskimi, XVI-wiecznymi romansami w tłumaczeniach niemieckich, ponownie strywializowanymi amatorską translacją anglosaską.

Lecz niezależnie jak wiele mądrych książek ci mężczyźni przeczytali, jak wiele kwiecistych metafor mają w głowie, jak wiele może zdziałać kilka dobrych słów, wypowiedzianych w odpowiednim momencie (kluczowa rozmowa Elio z ojcem) – to wszystko jest bez znaczenia, jeśli nie zostaje poparte odpowiednimi działaniami. Choć bohaterów dzieli kilka lat doświadczenia, oboje są emocjonalnie niedojrzali i niezdolni do samoakceptacji na poziomie kluczowej dla ich podmiotowości, seksualnej tożsamości. Zinternalizowane nakazy społeczne skłaniają ich do tłumienia swoich ukrytych namiętności, zamykania ich w przestrzeni fantazji, przez co zaniechują konkretnych ruchów w kierunku zmiany swojego status quo.

Foto: IMDb

Love my way

Reżyser doskonale sobie radzi w ukazaniu nam tych wszystkich wewnętrznych konfliktów,używając słów w możliwie jak najoszczędniejszej ilości. Wtedy wychodzi mu to zdecydowanie najlepiej. Poziom zbliżenia się do swoich bohaterów, na jaki pozwala sobie Guadagnigno w najlepszych scenach filmu, porównać można do aktów terroryzmu na intymności, charakterystycznych dla twórczości Bergmana. Głośna „scena z brzoskwinią” i puentujący ją dialog jest tego najlepszym przykładem. Bogactwo abstrakcyjnych, wyjątkowo trudnych i odległych dla mojej wrażliwości emocji, połączone z niezwykłym przekonaniem o ich autentyczności, uczyniło ją jednym z najbardziej bezprecedensowych przeżyć uczuciowej poufałości z bohaterami, jakie kiedykolwiek odczułem w kinie.

Nic z tego nie byłoby możliwe, gdyby nie wspaniałe występy aktorskie. W moich oczach Chalamet, za samą scenę wieńczącą film, zasłużył na wszelkie najbardziej prestiżowe nagrody, a można wymienić przynajmniej trzy inne momenty, w których gra na najwyższych obrotach. Świetnie sobie radzi, charakteryzując swojego bohatera prostymi, ale znaczącymi gestami, w rodzaju ekstrawaganckich piruetów czy manierycznych ruchów tanecznych. Potem wzbogaca to wszystko zniuansowanymi sposobami wypowiadania kwestii, pozwalającymi nienachalnie oddzielić rolę społeczną graną przez Elia od jego intymnej strony. Hammer, pomimo mniejszej ilości czasu ekranowego i bez faworyzującej go perspektywy, robi doskonałą robotę w roli bardziej „uformowanego” mężczyzny z personą macho-intelektualisty, skrywającego bogatą wrażliwość.  I jest ta jedna scena, gdzie Stuhlbarg, prawdziwy mistrz drugiego planu, też pokazuje co potrafi…

Foto: IMDb

Visions of Gideon

Jak tu nie zachwycać się filmem, który wydaje się mieć same zalety? Niesamowite aktorstwo, doskonała reżyseria, oszałamiające zdjęcia.  Tyle pojedynczych scen można tu spokojnie umieścić w panteonie wybitnych, że łatwo zapominałem o słabszych punktach. Nieco pretensjonalnych miejscami dialogach. Niewnoszących wiele ani na poziomie intelektualnym, ani emocjonalnym, dłużyznach. Tak po macoszemu potraktowanym, że praktycznie nieistniejącym drugim planie (oprócz wspomnianej postaci ojca ciężko zapamiętać kogokolwiek, z dziewczyną Elia, niewykraczającą poza rolę emocjonalnej protezy na czele). W drugiej połowie można zauważyć pewien zwrot z emocjonalnej subtelności na łatwy sentymentalizm. Wszystko działa tu jak należy, po prostu chwilami brakuje głębi, a główni bohaterowie w dalszej części przestają być interesujący jako indywidua, dopiero w duecie zyskując.

Koniec końców jednak, Tamte dni, tamte noce to bardzo dobry film, seans obowiązkowy dla spragnionych emocjonalnej szczerości w kinie. Niespieszna, refleksyjna podróż z niewyobrażalnie zniewalającym, katartycznym finałem. Być może mój faworyt z Oscarowej puli, przynajmniej dopóki nie widziałem nowego dziecka Paula Thomasa Andersona…

Ocena: 7,5/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *