Dlaczego pierwsze Pacific Rim jest wyjątkowe

Niedawno do kin weszło Pacific Rim: Rebelia. Dzisiaj jednak chciałem omówić część pierwszą powstałą w 2013 roku – przez jednych lekceważona, przez innych uwielbiana. Dlaczego Pacific Rim wbrew pozorom jest jednym z najlepszych i najbardziej oryginalnych blockbusterów ostatnich lat?

Pacific Rim na pierwszy rzut oka wydaje się kolejnym głupim widowiskiem o dużych robotach ala Transformers. Jednak w rzeczywistości mamy do czynienia z kinem autorskim, co w świecie blockbusterów nie zdarza się zbyt często. Istnieją twórcy, którzy od dziecka pałają miłością do kina gatunkowego, szczególnie do fantastyki, nurtów filmowych przez wielu ignorowanych, uważanych za grzeszną przyjemność. Takim kimś jest m.in. Guillermo del Toro, czyli tegoroczny laureat Oscara. Reżyser od najmłodszych lat czuł się geekiem, zawsze fascynowały go niskobudżetowe horrory o potworach, japońskie widowiska z Godzillą w roli głównej, anime o walkach gigantycznych mechów itd. Odkąd rozpoczął swoją karierę reżyserską, dąży do realizowania swojej pasji, przenoszenia dziecięcych fantazji na duży ekran.

Rozrywka rodem z Japonii

W 2013 roku del Toro zrealizował film pt Pacific Rim. Dzieło niebędące żadnym sequelem, rebootem, adaptacją komiksu, albo serii zabawek. Jest to tytuł oryginalny, będący hołdem dla ulubionych filmów i seriali z lat młodości meksykańskiego reżysera, a konkretniej japońskiej popkultury. Film czerpie z kina kaiju eiga, anime z nurtu mecha i super sentai. Pewnie dla większości z Was niewiele to mówi. Kaiju eiga to japoński odpowiednik monster movies, których protoplastą jest seria Godzilla. Filmy te skupiają się na olbrzymich potworach (po japońsku określane jako kaiju), które dokonywały spektakularnych zniszczeń metropolii i toczyły walki z innymi potworami, lub równie wielkimi robotami. Anime z nurtu mecha, czyli produkcje skupiające się na spektakularnych walkach między olbrzymimi mechami – robotami sterowanymi wewnętrznie przez ludzi. No i na końcu super sentai, czyli odpowiedź Japończyków na amerykańskich superbohaterów – zapoczątkowana przez serię Ultraman, ale spopularyzowaną przez Power Rangers.

Wszystkie te gatunki łączy bezpretensjonalność w dostarczaniu czystej rozrywki. Chodzi w nich o zabawę, czerpanie przyjemności z oglądania destrukcji miast, epickich starć między pomysłowo zaprojektowanymi potworami i robotami. Trudno poza Japonią o równie groteskową, szaloną, ale jakże satysfakcjonującą rozrywkę.

Foto: DelToroFilms.com

Wg schematu, ale oryginalnie

Guillermo del Toro udało się całą tą specyfikę przelać w formie kinowego, aktorskiego, wysokobudżetowego filmu. Reżyser bardzo inteligentnie operuje najróżniejszymi schematami, tropami i kliszami – nie tylko z japońskich produkcji, ale też blockbusterów.

Widzowie są praktycznie wrzuceni w sam środek wydarzeń. Od razu obserwujemy głównego bohatera, Raleigh’ego Becketa (Charlie Hunnam) wsiadającego do mecha i toczącego walkę z potworem. Z wstępnego monologu szybko zostajemy wprowadzeni w świat filmu – poznajemy potwory określane mianem Kaiju, historię wieloletniej wojny między nimi a ludźmi, oraz najpotężniejszą broń ludzkości jaką są mechy-Jaegery. Ogranicza ekspozycje, nie pozwala aby seans się dłużył. Wszystkie wydarzenia które obserwujemy są jednocześnie ważne dla fabuły, ale też nie męczą postojami i długimi dialogami. Większość filmów zaczynałaby od normalnej rzeczywistości i dopiero z czasem wprowadzono by olbrzymie potwory, roboty itd., co często przyczynia się do przydługiego, niezbyt atrakcyjnego wstępu. Del Toro wie, czego oczekują widzowie, jak zaprezentować bohaterów, kiedy dostarczyć „główne danie” i nie przynudzać zalewem informacji.

Foto: Vulture

Reżyser świadomie kreuje proste, archetypiczne i mocno przerysowane (wręcz komiksowe) postacie. Dzięki temu nie musimy dostawać długich ekspozycji, aby poznawać każdego z nich. Polega na przyzwyczajeniach widzów, ich skojarzeniach. Każdy z bohaterów jest bardzo charakterystyczny, posiada zrozumiałe motywacje i musi przejść pewną przemianę. Łatwo ich zapamiętać, zrozumieć postępowanie i polubić. Duża w tym zasługa samej charyzmy aktorów, wielu z nich posiada swoje 5 minut i niepowtarzalne one-lineary. Szczególnie w pamięci zapada Stracker Pentecost (Idris Elba), który po wygłoszeniu przemówienia „cancel the apocalypse” po prostu nie może nie wzbudzić w nas odrobiny dreszczy i ekscytacji.

Jednym z wątków pobocznych jest wątek Newtona (Charlie Day) i Hermana (Burn Gorman), dwójki zakręconych naukowców badających Kaiju. Stanowią oni jednocześnie duet comic relief, ale też pełnią istotną i interesującą część fabuły. Film chociaż prosty i schematyczny, posiada w sobie sporo tajemnic które odkrywamy razem z tą dwójką bohaterów. Powoli odkrywamy sekrety stojące za Kaiju – skąd pochodzą, jakie są ich właściwości, motywacje i jak je pokonać. Dzięki temu film potrafi zaskakiwać i angażować fabularnie.

Wiele filmów o dużych potworach, lub robotach często ma problem z bohaterami ludzkimi. Dobitnym przykładem jest seria Transformers, albo Godzilla z 2014. Filmy Michaela Baya teoretycznie opowiadają o wojnie między Autobotami i Deceptikonami, a film Garetha Edwardsa o walce tytułowego króla potworów z innymi kreaturami. Wszystkie jednak skupiają się na perspektywie ludzkiej. To naturalny zabieg, ale w tych tytułach okazuje się najsłabszym elementem. Twórcy dostarczają zbyt wielu informacji o ludzkich bohaterach co szybko nuży, tym bardziej że sami nie odgrywają ciekawej roli w walce między potworami, lub robotami. W Pacific Rim z kolei to ludzie pilotują Jaegery. Śledzimy ich losy, ponieważ to oni wezmą bezpośredni udział w walce z Kaiju. Dlatego nas obchodzą, stanowią kluczową rolę w konflikcie.

Japonia w wydaniu blockbusterowym

Del Toro od początku do końca serwuje masę odniesień do japońskiej popkultury. Nie robi to jednak na zasadzie prostych easter eggów, tylko tworzy z nich integralną część filmu, dzięki czemu wszystko jest organiczne. Sama nazwa potworów, Kaiju, oczywiście wywodzi się z języka japońskiego. Ich wygląd przywodzi na myśl niektóre potwory znane ze starych, japońskich filmów. Wszystkie opierają się na motywie morskich stworzeń (ryby, kraby, rekiny) i wyłaniają się z oceanu, co często zdarzało się w serii Godzilla, albo Gamera. Widać wyraźną inspirację, wszystkie są masywne, ociężałe i dysponują niepowtarzalnymi właściwościami.

Po lewej kadr z filmu Ebira – potwór z głębin, po prawej kadr z filmu Pacific Rim
Po lewej kadr z filmu Gamera – atak potworów, po prawej kadr z filmu Pacific Rim

Omówiłem Kaiju, ale nie zapominajmy o naszych obrońcach, czyli Jaegerach. Są to gigantyczne, humanoidalne mechy sterowane wewnętrznie przez ludzi. W dzisiejszych czasach olbrzymie roboty to nic nowego, ale nie zapominajmy że ich początki miały właśnie miejsce w mandze i anime. Za protoplastę mecha uznaje się Tetsujin 28, początkowo jako manga w 1956, a w 1963 anime. Del Toro w wywiadzie przyznał się, że była to jedna z ulubionych serii w jego dzieciństwie. Opowiadała o chłopcu, który za pomocą pilota kierował wielkim robotem którego wykorzystywał do obrony świata przed niebezpieczeństwem. To nie było jednak mecha jakie najlepiej pamiętamy. Najbardziej rozpoznawalny wizerunek wprowadził Mazinger Z z 1976 w którym to po raz pierwszy gigantyczny robot był sterowany przez pilota zamkniętego w środku.

Foto: The SuperHeroHype Forums

Nie ulega wątpliwości, że najbardziej inspirującą serią było Neon Genesis Evangelion – najpopularniejszy, najbardziej uznany i kultowy przedstawiciel gatunku. Pacific Rim zapożycza zarówno wiele elementów fabularnych, jak i wizualnych. Akcja mangi/anime, podobnie jak w filmie del Toro ma miejsce w niedalekiej przyszłości. Świat od pewnego czasu jest atakowany przez olbrzymie, tajemnicze istoty zwane Aniołami. Kiedy wszelka broń zawodzi, ludzie zaczęli tworzyć olbrzymie mechy zwane Evangelionami. W obu produkcjach maszyny są oparte na biotechnologii – zamknięci wewnątrz piloci muszą umysłem połączyć się z mechem. Stan emocjonalny odbija się na proces pilotowania, jeżeli pilot pogrąży się w panice, wróci wspomnieniami do traumatycznych wydarzeń, traci kontrolę nad maszyną.

Miedzy Pacific Rim, a Neon Genesis Evangelion widać też dużo podobieństwa w ujęciach, projektach strojów, mechów, a nawet w kreacjach postaci. Bohaterowie posiadają traumatyczną przeszłość, która jednocześnie ich motywuje do działania, a jednocześnie utrudnia w wykonaniu misji. Najwięcej podobieństw widać między Rei Ayanami, a Mako Mori (Rinko Kikuchi) – w obu przypadkach mamy cichą, zamkniętą Japonkę z niebieskimi włosami, pilotującą mecha, z tajemniczą przeszłością, darząca sympatią protagonistę i posiadającą relację z przełożonym na poziomie córka-ojciec.

Foto: Reddit

Nie należy też zapominać o super sentai. Super sentai, chociaż wyraźnie inspirowane amerykańskimi superbohaterami posiadało swoją własną specyfikę. Zwykle opowiadają o drużynie wojowników, ludzi obdarzonych różnokolorowymi strojami, dysponujących nowoczesną technologią, albo nawet supermocami, którzy bronią świata przed potworami (zazwyczaj z kosmosu). Bohaterowie super sentai bardzo często też dysponują olbrzymimi mechami, które wykorzystują do walki z największym zagrożeniem. W filmie del Toro bohaterowie co prawda nie walczą bezpośrednio wręcz z kaiju i nie posiadają nadludzkich zdolności, ale reszta zdecydowanie się zgadza. Każda, dwuosobowa załoga Jaegerów posiada niepowtarzalny, kolorowy strój i za pomocą unikatowych mechów walczy przybyłym z obcej planety Kaiju.

Foto: Insufficient Scotty

Japońskość nie tylko odniesieniami stoi

Reżyser nie tylko upodabnia Pacific Rim do japońskich produkcji licznymi zapożyczeniami. W samym filmie non-stop przewijają się motywy azjatyckie. Na wstępie filmu oglądamy fragmenty wiadomości, przynajmniej połowa z nich pochodzi z Azji, mamy nawet fragment typowego, japońskiego reality show osadzonego w świecie filmu. Jedna z głównych bohaterek, Mako Mori jest Japonką, która wyglądem przypomina bohaterkę anime (a dokładniej połączenie Ayanami Rei z Neon Genesis Evangelion i Motoko Kusanagi z Ghost in the Shell) przypominając tym samym o korzeniach Pacific Rim. Sama finalna walka ma miejsce w Hong Kongu.

Dzieło del Toro także sporo czerpie z japońskiej mentalności. Film chociaż patetyczny, w ogóle nie odnosi się do amerykańskich wartości. To nie Dzień Niepodległości – nie zobaczymy żadnych amerykańskich polityków, powiewania amerykańską flagą, ani nawet amerykańskich lokacji (pomijając parominutowe sekwencje w wiadomościach, albo w retrospekcjach). Motywem przewodnim filmu jest braterstwo, solidarność, wzajemna współpraca, ale także zachowanie równowagi, kontrolowanie emocji i pogodzenie z traumą. Mechy można pilotować wyłącznie za pomocą dwóch pilotów, którzy muszą połączyć się umysłami, nauczyć się kooperować ze sobą i kontrolować własne emocje. Bohaterowie są początkowo skonfliktowani, pełni wątpliwości, ale muszą zażegnać dawne spory, pogodzić się ze stratą, opanować stan ducha, zapomnieć o stanowiskach i wspólnie działać jak równy z równym. Główni bohaterowie, czyli Raleigh Becket i Mako Mori darzą się dużą sympatią, ale bliżej im do braterskiej relacji, niż typowo romantycznej (co idealnie podsumowuje ostatnie ujęcie tej dwójki postaci).

Film idealnie oddaje specyfikę japońskich filmów i anime. Widać japońskość na praktycznie każdym aspekcie – zarówno jeśli chodzi o tematykę, formę rozrywki, jak i wygląd i zachowanie bohaterów. Jest prosty, przerysowany, groteskowy, ale także niegłupi, niezwykle pomysłowy, samoświadomy i satysfakcjonujący.

Foto: Gigazine

Wizjonerski blockbuster

Pacific Rim nawet po odcięciu się od japońskiej kultury, nadal pozostaje bardzo satysfakcjonującym blockbusterem. Film urzeka wizualnie. Jest to zasługa nie tylko świetnych efektów specjalnych, ale także (jeśli nie przede wszystkim) fantastycznej oprawy artystycznej. Guillermo del Toro po raz kolejny udowodnił, że ma oko i wyczucie jak mało kto.

W przeciwieństwie do najnowszej części nie pokazuje po prostu Jaegerów walczących z Kaiju. On także tworzy całą resztę otoczenia. W każdym starciu panuje noc i deszcz, ale jednocześnie wszystko jest doskonale oświetlone przez maszyny, potwory, lub otaczające budowle. Wyglądają nie tylko spektakularnie, ale też klimatycznie, stylowo i dramatycznie. Szczytem wirtuozerii jest walka w futurystycznym Hong Kongu skąpanym w olbrzymich, kolorowych neonach. Reżyser dba, aby walki nie wyglądały chaotycznie – ani przez moment nie czujemy się zdezorientowani kto z kim walczy i kto wygrywa. Czuć masę i siłę olbrzymów, oraz wagę każdego ataku. Co krok zaskakuje pomysłowością walk wzbudzających efekt „wow”.

Poza tym del Toro dopieszcza o najmniejszy detal każdy element filmu – każde otoczenie, wygląd Jaegerów ich pilotów i Kaiju wygląda stylowo i oryginalnie. Dba, aby wszystko prezentowało się niepowtarzalnie, np: rosyjscy i chińscy piloci posiadają zupełnie inaczej wyglądającą technologię niż pozostali itd.

Foto: HYBRIDE

Zdjęcia są bogate w najróżniejsze kolory, hologramy i neony, a jednocześnie wszystko jest wyraźnie zużyte i  niedoświetlone. Jaegery mimo iż wyglądają majestatycznie posiadają na sobie liczne uszkodzenia, ślady po stoczonych walkach, poruszają się ociężale. Film idealnie balansuje między kompletną, komiksową groteską, a pewnym realizmem, dzięki czemu wszystko wygląda jednocześnie niezwykle, jak i wiarygodnie.

W trakcie śledzenia losów bohaterów i walk w tle przewija się intrygujący świat. Reżyser skupia się na szczegółach. Z otoczenia możemy wiele wyciągnąć z panującej sytuacji – zarówno wśród ludzi zaangażowanych w wojnę, jak i cywilów. Z scenografii widać jak Kaiju stały się obiektem religii, a Jaegery elementem propagandy politycznej. Jedni i drudzy funkcjonują jako marka do produkowania odzieży, gadżetów i zabawek. Dostajemy także pewne wycinki ze świata Kaiju. Świat w Pacific Rim tętni własnym życiem, stanowi idealne tło do ekscytujących batalii.

Świetną warstwę wizualną dopełnia ścieżka dźwiękowa. Motyw przewodni autorstwa Ramin Djawadi uderza dokładnie w te nuty, które powinien- rytmiczne, gitarowe brzmienia i basy idealnie wkomponowują się w historię o wielkich robotach ratujących świat. Od razu wpada w ucho, podnosi na duchu i przygotowuje na ekscytujące widowisko.

Podsumowując

Pacific Rim jest tym, czym Transformers, albo filmy Rolanda Emmericha powinny być i czymś wiele więcej – świetną, bezkompromisową zabawą, a jednocześnie doskonałym hołdem dla japońskiego kina rozrywkowego. Humor jest prosty, ale w żadnym stopniu nie obraźliwy. Bohaterowie archetypiczni, ale też wiarygodni, charyzmatyczni i sympatyczni. A sceny akcji niesamowicie spektakularne, z pomysłową choreografią i inscenizacją. Film skierowany nie tylko do fanów japońskiej rozrywki, ale także każdego, kto po prostu czuje w sobie wewnętrzne dziecko. Jeżeli chcecie ponownie czuć te same wrażenia co przy pierwszym oglądaniu Power Rangers, Generała Daimosa, albo japońskich Godzilli, trudno mi polecić inny film.

Ocena: 9/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *