Nikt nie lubi Mary. Mary Sue.

dnia

Odłóżmy na bok warsztat pisarski poszczególnych autorów, dziś nie nad tym będziemy się pastwić. Dziś torturom poddamy zjawisko, które samo w sobie jest złe, ale przez które każdy, kto kiedykolwiek pisał, musiał przejść.

Mary Sue.

Jestem pewna, że teraz każdy ma w głowie przynajmniej tuzin bohaterek-  od Hermiony do Rey, przez te wszystkie bohaterki z fanfiction co to się Wam zdarzyło kiedyś przeczytać, ale przecież nikomu się nie przyznacie. Jakiś czas temu pisałam, że Star Trek był jednym z pierwszych fandomów, które walczyły o publikowanie fanowskich wersji opowiadań w sieci, i właśnie w tym fandomie pojawiło się określenie Mary Sue. W 1972 roku powstało opowiadanie Trakkie’s Tale, które będąc parodią gatunku, „przedstawiało bohaterkę została tam opisaną jako piętnastoletnią oficer floty kosmicznej, której uroda była tak zniewalająca, że sam kapitan zaproponował jej pójście do łóżka.

Z samej definicji tego zjawiska wyłania nam się postać do bólu idealna – piękna, mądra, sprytna, zdolna błyskotliwa, no po prostu kulom się nie kłania a jak idzie to się wszyscy za nią/nim oglądają. Och! i najlepiej żeby miał/a jakąś mroczną przeszłość, jakąś śmierć w rodzinie albo straszną chorobę. Bo widzicie, jak się ma naście lat to pisze się rzeczy, które samemu chciałoby się przeżyć, które samemu chciałoby się mieć, tworzy się postać, która jest tak daleka autorowi jak to tylko możliwe. I tak rodzą się nam piękne, smukłe blondynki o migdałowych oczach, w których odbija się smutek całego świata, bo się biedna nie może zdecydować, którego typa kocha bardziej.

Albo:

So, there’s this girl. She’s tragically orphaned and richer than anyone on the planet. Every guy she meets falls in love with her, but in between torrid romances she rejects them all because she dedicated to what is Pure and Good. She has genius level intellect, Olympic-athelete level athletic ability and incredible good looks. She is consumed by terrible angst, but this only makes guys want her more. She has no superhuman abilities, yet she is more competent than her superhuman friends and defeats superhumans with ease. She has unshakably loyal friends and allies, despite the fact she treats them pretty badly.  They fear and respect her, and defer to her orders. Everyone is obsessed with her, even her enemies are attracted to her. She can plan ahead for anything and she’s generally right with any conclusion she makes. People who defy her are inevitably wrong
 God, what a Mary Sue.
I just described Batman. (x)

Czad, co nie?

To dość zabawne, że jedne Maryśki są nie lubiane i pogardzane, podczas gdy inne uważane są za wzory i superbohaterów. Ale ja dziś nie o tym.

Aragorn

Wiecie dlaczego nikt nie lubi tych postaci? Bo im wszystko przychodzi łatwo, to są pasywne twory które w żaden sposób nie reagują na świat zewnętrzny. Tym bohaterom sytuacje się wydarzają, ale nigdy to oni ich nie prowokują. Zobaczcie na Bellę ze Zmierzchu – totalnie bierny uczestnik, której coś się wydarza. Ana z Grey’a? Ten sam przypadek. Nie biorą wydarzeń w swoje ręce – po prostu czekają aż ktoś je wybawi. To oczywiście nie jest jedyny wyznacznik.

Aragorna trudno nazwać biernym uczestnikiem wydarzeń, ale już Mary Sue z niego porządne – mądry taki, kobiety mu się do stóp rzucają, do tego zbuntowany król z mroczną tajemnicą. Zieje marysójkowością niczym Smaug ogniem. Faramir nie jest nic lepszy. Batman? To się rozumie samo przez się. Kylo Ren – nawet nie ma z czego tłumaczyć. Ostatnio nawet Geralt zaczyna mi pachnieć Sue.

Z tego się jednak wyrasta, z czytania o niej, z opisywania jej przygód. W miarę jak autor zaczyna dostrzegać, że świat nie jest czarno – biały, że szarości są ciekawsze, że wady bohatera sprawiają, że łatwiej nam zrozumieć jego motywacje – porzuca Marię Zuzannę i wszyscy są szczęśliwi. A nawet jeśli jej nie porzuca (jak Tolkien, Sapkowski i cała reszta), to stara się z tej postaci zrobić COŚ, nadać jej kształt, przykryć tego wyidealizowanego potworka jakimś kocem stworzonym z wydarzeń, które zmieniają naszą Maryśkę w Kryśkę.

No chyba, że jest Andrzejem Ziemiańskim.

Jeśli mieliście kiedyś wątpliwą przyjemność sięgnąć po Achaję to wiecie o czym mówię. Bo jeśli dotychczas nie wiedzieliście kim właściwie jest Mary Sue to Achaja jest jest idealną personifikacją. Taką do bólu. Czytając ten wytwór wyobraźni zastanawiałam się jak. I wybaczcie mi wszyscy fani twórczości Pana Andrzeja, ale niestety nie jestem w stanie pojąć. Nie chcę się tu pastwić nad dziurawym światem, który stworzył, nad absurdami, które ganiają w berka po kartkach książki, wszystko to cudownie wypunktowują ludzie od Niezatapialnej Armady (idźcie poczytać, cudo!). Tym co odstrasza mnie od tej książki bardziej niż wypowiedzi Ziemiańskiego na temat kobiet, to Achaja. Jeśli kiedykolwiek wydawało się Wam, że Bella Swan jest ciężkim przypadkiem Mary Sue – brace yourselves!

Ziemiański, wydawałoby się, dorosły facet, który coś tam w życiu widział, trochę przeżył, przeczytał, no generalnie wie o co w życiu chodzi, tak chociaż pi razy oko, stworzył piętnastolatkę, córkę księcia – nieksięcia, która gibka jest i zwinna, bronią białą posługuje się równie sprawnie jak widelcem, a mimo to wszystkie krągłości ma na miejscu.  Z mrocznych historii ma macochę młodszą od siebie, która chce ją pozbawić tronu, który właściwie jej się nie należy (a potem jednak należy, to zależy jak leży Ziemiańskiemu w fabule). Wiecie, to się wszystko kupy nie trzyma.

Najpierw dostajemy opis świata, a potem bohaterkę, która właściwie nie ma prawa przetrwać w nim, bo cóż z tego, że autor mówi nam, że Achaja potrafi walczyć, skoro pokazuje nam, że (jeśli akurat fabuła tego potrzebuje) nie umie.

Achaja była niezwykle wykształconą dziewczyną — nawet jak na warunki królestwa Troy, gdzie nie odmawiano dziewczętom prawa do nauki. Z natury bystra i inteligentna, pod ręką najlepszych nauczycieli szybko przerosła większość chłopców. Achaję nauczono pokonywać kobiece słabości, wyszkolono w fechtunku tak, że była w stanie władać nie tylko krótkim mieczem piechoty, włócznią, nożem i sztyletem, ale nawet dwuręcznym, ciężkim mieczem rycerskim  z łatwością równą tej, z jaką inne dziewczęta posługiwały się igłą do haftowania.
Bolało ją wszystko, piersi, stopy od zgrzebnych sandałów, plecy od wypełnionego jakimś debilizmem worka… Krok za krokiem. Ile można tak iść? Jak wiele kroków można w życiu uczynić? Pięćdziesiąt? Sto? Owszem, była szkolona przez swoich nauczycieli, biegała nawet w pełnym pancerzu (prawdziwym!) z tarczą… Ale własne nogi jako sposób na podróżowanie? To jakiś idiotyzm. Przy tysiącu kroków straciła rachubę.

 I niestety, moje kamienne serce nie jest w stanie znieść takiego bełkotu. To są dwa cytaty z pierwszego tomu, na przestrzeni kilku rozdziałów Ziemiański zapomniał już, że Achaja przecież taka wyćwiczona, że szermierka, że nic tylko miecze, sztylety, bo jak przychodzi do chodzenia to się nie da. Oczywiście w większości wynika to z tego, że autor nie przepuści sobie okazji do opisów zawierających dziewczęce biusty, nie oszukujmy się, ale prowadzi to właśnie do tworzenia takich potwornych Mary Sue, tak absurdalnych postaci, których nie da się lubić.

Uwierzcie mi na słowo, Marię Zuzannę można lubić – Geralt, Aragorn czy Hermiona, ale tylko wtedy kiedy niosą ze sobą jakąś treść, kiedy ewoluują, zmieniają się. Dojrzewają. Ale za nic czytelnik nie polubi postaci wyciętej z kartonu, ustawionej w blasku słońca, która czeka na księcia z bajki, bo przecież tylko na to zasługuje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *