Dlaczego drugie Pacific Rim jest takie zwyczajne

W moim ostatnim tekście o Pacific Rim w reżyserii Guillermo del Toro omawiałem co czyniło tamten film tak niepowtarzalnym. Teraz przejdę do kontynuacji, czyli Pacific Rim: Rebelia, która w zestawieniu z poprzedniczką dobrze pokazuje różnicę między filmem autorskim, a producenckim.

Pierwsze Pacific Rim okazało się sporym sukcesem artystycznym, ale niestety nie finansowym. Film przy budżecie 190 mln, zarobił zaledwie 411 mln – niby wyszedł na zero, ale żadne to osiągnięcie. Szanse na kontynuację były marne, jednak wciąż krążyły pewne plany. Dzieło del Toro albowiem świetnie się sprzedało na azjatyckim rynku, szczególnie w Chinach, co miało duże znaczenie przy pracy nad kontynuacją.  Producenci stwierdzili, że lepiej skupić się na chińskim rynku i nawiązać większą współpracę z producentami z Państwa Środka. Zaangażowano kilku tamtejszych aktorów na drugim planie, a sporą część akcji osadzono w Chinach. Jednocześnie, aby film zarobił cokolwiek,  postanowiono wydać dużo bardziej bezpieczny produkt, a to niestety wiązało się z licznymi zmianami.

Komercja nad stylem

Pacific Rim: Rebelia nie jest już w żadnym stopniu filmem autorskim. Guillermo del Toro został tutaj ograniczony tylko do funkcji producenta. Na stołku reżyserskim zasiadł niejaki Steven S. DeKnight – debiutant filmowy, który dotychczas reżyserował odcinki Daredevila, Buffy, Spartacusa i Tajemnic Smallville. Nie jest to żaden niezależny artysta, wizjoner kina rozrywkowego, tylko rzemieślnik, który zawsze tworzył produkcje wg ściśle wyznaczonych wytycznych.

Podczas swojej długiej recenzji części pierwszej pisałem jak reżyser dbał o warstwę artystyczną filmu, ile ciekawych pomysłów i zabiegów zastosował w każdym najmniejszym szczególe. W Rebelii nie uświadczymy nawet ułamka wizjonerstwa. Wszystko prezentuje się dużo bardziej zwyczajnie, sztampowo i nijako.

Dobrze już to odzwierciedlają plakaty. Podczas gdy na plakatach do pierwszej części widzieliśmy potężne, majestatyczne, ale też pokryte śladami zużycia mechy, maszerujące przez ocean w nocy i deszczu, tak na plakacie do dzieła DeKnighta wszystkie maszyny są jaskrawo kolorowe, czyste, pozują niczym figurki z reklamy zabawek na tle zwyczajnej metropolii w słoneczny dzień. Jaegery, pancerze pilotów, miasta wyglądają jednakowo i plastikowo, niczym nie wyróżniają się na tle innych, współczesnych blockbusterów.

Po lewej plakat filmu Pacific Rim, po prawej plakat filmu Pacific Rim: Rebelia

Innym przykładem może być dobór żeńskiej bohaterki. W dziele del Toro była nią Rinko Kikuchi, Japonka wzorowana na bohaterkach anime, co miało dodatkowo nadać filmowi urok japońskiej produkcji. W kontynuacji postać ta została ograniczona do trzecioplanowej roli, a jej miejsce zajęły inne aktorki, których udział wynika z dosyć cynicznych, komercyjnych pobudek. Producentom zależało na bardziej przystępnym filmie, który będzie mógł przyciągnąć więcej dzieci i nastolatków, dlatego jedną z głównych bohaterek wciela się 15-letnia Cailee Speany. Na drugim planie występuje niejaka Tian Jing – popularna, chińska aktorka która miała dodatkowo przyciągnąć chińską widownię.

Foto: Pacific Rim Wiki – Fandom

Obie aktorki wiążą się z całymi wątkami, które również, nie wynikają z inwencji twórczej, tylko komercyjnej (na dodatek niezbyt dobrze poprowadzonymi). W filmie wysuwa się wątek nastoletnich kadetów szkolonych na pilotów Jaegerów – pomysł z pewnym potencjałem, ale kompletnie niewykorzystany. Przez większość czasu młodzi piloci nie odgrywają żadnej roli, ich wątek znika na pewien czas i wraca dopiero w samym finale. Same postacie nastoletnich kadetów są przedstawione tak nieciekawie i pospiesznie, że w finalnej walce nie zapamiętacie kto pilotuje którą maszynę. Wątek „chiński” to w dużej mierze „product placement” Chin. W pierwszej części żadne państwo nie wysuwało się na pierwszym planie w projekcie Jaegerów, tutaj kluczową rolę odgrywa Państwo Środka. Film przedstawia Chiny jako kraj jutra – jaki to potężnym państwem są, jakie wspaniałe zdobycze technologiczne zapewniają naszym bohaterom.

Foto: IMDb

Chłodna kalkulacja zamiast wizji

Niestety to nie koniec rozwiązań wyraźnie podyktowanych przez studio. Skoro film dopasowano pod młodszą widownię, ograniczono mrok, przemoc, oraz dodano więcej młodzieżowego humoru.

Poprzednik zgrabnie bilansowało ton. Znalazło się wystarczająco dużo miejsca na momenty poważne i humorystyczne. Z jednej strony opowiadało historię wyniszczającej wojny między ludźmi a Kaiju, wszelkie futurystyczne technologie nosiły znamiona zużycia, a każdy z bohaterów był weteranem dotkniętym traumą. Z drugiej strony nie zabrakło humoru, luzu, komicznych postaci dzięki czemu uniknięto przedramatyzowania. Było to bardzo zgrabne połączenie estetyki blockbustera z anime. W kontynuacji zabrakło tego pierwszego, przez co nie czujemy stawki, ani zagrożenia. Dużo więcej jest infantylnego humoru,  jaskrawych kolorów, przez co całość przypomina bardziej odcinek kreskówki na Cartoon Network. Mało która postać w ogóle ginie, a kiedy już to się dzieje, albo jest to ktoś kto nas nie obchodził, albo zostało to zaprezentowane kompletnie bez emocji.

Jaegery – u góry kadr z filmu Pacific Rim Rebelia, na dole kadr z filmu Pacific Rim

W filmie del Toro nie brakowało humoru, wynikał on głównie z charakterów postaci przez co wychodził naturalnie, nie wybijał z rytmu. Tutaj jest on bardziej nachalny i czerstwy. Dowcipy wyraźnie są skierowane do nastoletnich widzów, ale niestety są zrealizowane po najmniejszej linii oporu (np: żarty o „cyckach”, Jaeger pokazujący środkowy palec), albo są to przestarzałe nawiązania (np: mem „trolololo”).

Ilość nad jakością

Inną kwestią, która dobrze pokazuje autorski charakter pierwszego Pacific Rim, a producencki charakter kontynuacji jest podejście do scen akcji. W filmie del Toro scen walk było zaledwie parę, ale każda była długa, rozbudowana, pełna pomysłów na inscenizację i choreografię. Reżyser za każdym razem wiedział, jak przeprowadzić walkę w taki sposób, aby się wyróżniała i zapadała w pamięci. Odbywały się nocą, w trakcie deszczu, na oceanie, albo w futurystycznym Hong Kongu pełnym kolorowych neonów, co tworzyło świetny klimat i ucztę dla zmysłów. Jaegery używały najróżniejszych broni, każdej poświęcono wystarczająco dużo czasu, a całość zmontowano bardzo przejrzyście. Zadbano również o samą fizykę walk. Roboty niby futurystyczne, ale bardzo ociężałe, niedoskonałe co nadawało dużej wiarygodności i tworzyło bardziej ekscytujący spektakl.

Tutaj niestety wygląda to zdecydowanie biedniej. Twórcy poszli nie na jakość, tylko na ilość. Dzieje się dużo, ale mało co zapada w pamięci. Walki są za mało pomysłowe, rzadko który chwyt, atak Jaegerów lub Kaiju jest w stanie nas zaskoczyć i wzbudzić efekt „wow”. Sceny akcji są zbyt dynamicznie zmontowane, wszystko przebiega za szybko, przez co są mniej angażujące. Mechy są teraz dużo szybsze i zwinniejsze, przez co nie czujemy już ich ciężaru i siły. Wszystkie batalie mają miejsce w świetle dnia, w mało interesujących sceneriach. Z tego powodu wyglądają płasko, mało ciekawie.

Kokpit Jaegerów: u góry kadr z filmu Pacific Rim, na dole kadr z filmu Pacific Rim: Rebelia

Pacific Rim: Rebelia cierpi również fabularnie, zwłaszcza jeśli odwołamy się do części pierwszej. Fabuła w filmach o walkach wielkich robotów z potworami nie musi być najważniejsza. W dziele del Toro była pretekstowa, ale bardzo sprawnie poprowadzona, inteligentnie operująca schematami rodem ze starych kaiju eiga, super sentai i anime mecha. Była spójna, angażująca, a nawet logiczna (oczywiście w ramach realiów filmu), a każdy z bohaterów był dobrze wykorzystany. Druga część niestety „przeskakuje rekina” zdecydowanie zbyt wiele razy, dużo wątków i zwrotów fabularnych nie ma sensu, nawet jak na obraną konwencję. Kompletnie, bez uzasadnienia przepadł protagonista z części pierwszej, Raleigh Becket (Charlie Hunnman) i praktycznie w ogóle nie jest wspominany. Inna kluczowa postać, czyli Mako Mori (Rinko Kikuchi) jest tutaj mocno zmarnowana i zbędna. Pojawiają się nowe postacie – część z nich (jak np: bohater grany przez Scotta Eastwooda) jest niepotrzebna i posiada niezbyt zrozumiałą relację z pozostałymi.

Pierwsza część nie była hitem kasowym, powstała już 6 temu, więc producenci założyli że film musi być przystępny również dla nowej widowni. To logiczne przypuszczenie, ale niestety uznano, że koniecznie trzeba przypominać większość wydarzeń z poprzedniego filmu licznymi, nachalnymi ekspozycjami. Mocno cierpią na tym dialogi, które brzmią sztucznie, brakuje nawet porządnych one-linearów których w poprzedniczce była cała masa.

No i ostatnia różnica. Pierwsze Pacific Rim było zamkniętą, zwartą i w pełni satysfakcjonująca historią. Sequel nie był konieczny, a sam pomysł z ponowną inwazją obcych wydaje się naciągany. A Pacific Rim: Rebelia, zgodnie z modą współczesnych blockbusterów próbuje budować własną franczyzę. Odwołuje się do części pierwszej i kończy się wyraźną zapowiedzią kontynuacji. Jak na ironię, film zarabia jeszcze gorzej, szanse na część trzecią spadły praktycznie do zera i pozostaniemy z niedokończoną historię wojny ludzi z obcymi. Przynajmniej darowano sobie sceny po napisach, zapowiedzi uniwersum i spin-offów niczym w ostatniej Mumii.

Kiepski sequel = kiepski film?

Pacific Rim: Rebelia pod żadnym stopniem nie dorównuje pierwszej części, ale czy ktoś łudził się że będzie inaczej? Pierwszy film był jednorazowym sukcesem, na dodatek nie kasowym, tylko artystycznym. Samo powstanie sequela graniczyło się z cudem, a jeżeli film miałby już powstać to tylko w takiej złagodzonej, rozcieńczonej formie. Nie jest to dobra kontynuacja, ani też dobry film, ale czy to musi oznaczać że mamy do czynienia z gniotem? Bynajmniej. Pacific Rim: Rebelia jest poprawnym, letnim blockbusterem który fanom dużych robotów i potworów powinien dostarczyć wystarczająco dużo frajdy.

Foto: Awards Circuit

Brakuje stylu, klimatu i pomysłowości z filmu del Toro, ale wciąż dostarcza sporej dawki bezpretensjonalnej rozrywki. Tempo akcji jest szybkie. Scen walk jest naprawdę sporo, nie zachwycają, ale nadal są satysfakcjonujące. Montaż prezentuje się poprawnie, nie ma wrażenia chaosu na ekranie. Bez problemu możemy określić kto z kim walczy i kto aktualnie wygrywa. Zdjęcia, czy scenografia prezentują się przeciętnie, ale efekty specjalne wcale nie ustępują pierwszemu Pacific Rim. Nie jest stylowy, ale od strony czysto technicznej wygląda ładnie. Potwory posiadają fajny design, a Jaegery chociaż trącą plastikiem, nie są chodzącą kupą złomu jak w filmach Transformers.

Głupie, ale nie obraźliwe

Akcja filmu ma miejsce 10 lat po wydarzeniach z pierwszego Pacific Rim, ludzkość wygrała wojnę z Kaiju. Poznajemy losy Jakea Pentecosta (John Boyega), syna Strackera Pentecosta (Idris Elba), który bohatersko oddał życie w walce z potworami. Przez lata uciekał od odpowiedzialności – imprezował, pracował na czarnym rynku. Po ponownym aresztowaniu dostaje szansę na odkupienie – niczym jego ojciec ma przyłączyć się do programu Jaegerów, szkolić młodych kadetów i przygotować się na ponowny atak przybyszów z obcej planety.

Fabuła daleka jest od ideału. Popełnia wiele błędów fabularnych, wiele rozwiązań jest zbyt absurdalna nawet jak na obraną konwencję filmu. Jednak znalazło się parę nie najgorszych pomysłów na historię. Film opowiada o akceptowaniu własnego dziedzictwa, przekazywaniu „pałeczki” młodszemu pokoleniu. Jest parę zaskakujących zwrotów akcji, odrobinę niepewności w niektórych wątkach, dzięki czemu fabuła nie nudzi. Rozwinięto nieco uniwersum – obserwujemy jak ludzkość rozwija się pod wpływem wojen z Kaiju, do jakich zmian dochodzi w społeczeństwie.

Foto: The Playlist

Bohaterowie nie dorównują charyzmą tym z poprzedniej części, połowa z nich jest do zapomnienia, co nie znaczy że nikt nie wzbudza sympatii. John Boyega nie jest drugim Idrisem Elbą, ale wciąż łatwo polubić jego postać. W filmie powracają Burn Gorman i Charlie Day jako Herman i Newton, obaj jeszcze bardziej przerysowani, ale aktorzy zachowują się na tyle swobodnie, że potrafią sprzedać niektóre gagi. Bohaterowie chociaż nakreśleni grubą krechą, przechodzą pewien rozwój. Nawet postacie grane przez Cailee Speany i Tian Jing posiadają własny character arc.

Fani japońskiej popkultury nadal mogą wyłapywać pewne nawiązania. Pomijając oczywiście Jaegery i Kaiju wprowadzono tutaj też inne elementy rodem z kaiju eiga, super sentai i mecha. Wątek nastoletnich pilotów chociaż wydaje się podyktowany przez studio, trudno nie dostrzec w nim podobieństwa do Neon Genesis Evangelion. Poza tym pojawiają się się inne pomysły i rozwiązania żywcem zaczerpnięte z anime Hideaki Anno – próba zastąpienie pilotów sztuczną inteligencją, albo zbuntowane, biomechaniczne, seryjne Jeagery. Finalna walka toczy się z  ogromnym Kaiju przypominającym nieco Godzillę, w Tokio na tle góry Fuji. Pojawia się nawet ciekawa (ale też bardzo absurdalna) wariacja transformacji nawiązująca do przemiany Zordów w Megazorda z Power Rangers.

Podsumowanie

Pacific Rim: Rebelia nie jest żadnym godnym następcą pierwszej części, ale też trudno było tego oczekiwać. To jest film który miał po drodze wiele problemów produkcyjnych i fakt że w ogóle powstał mocno mnie dziwi. To blockbuster jakich wiele – prosty, głupi, sztampowy, pozbawiony stylu, nastawiony po prostu na akcję. Pewne nawiązania do japońskiej popkultury są, ale żaden z tego hołd na miarę filmu Guillermo del Toro. Jest przedstawicielem złego podejścia do tworzenia kontynuacji, ale nie czyni go złym filmem.

Wciąż to lepsza rozrywka od Transformers, filmów Rolanda Emmericha, albo najnowszych Power Rangers. Spełnia podstawy w opowiadaniu historii, budowaniu postaci i dostarczaniu rozrywki. Drugie Pacific Rim trudno mi polecić i odradzić. Jest zwyczajnym blockbusterem skierowanym do widzów, którzy po prostu szukają rozrywki z udziałem wielkich robotów i potworów która ich nie obrazi i nie znudzi. W sam raz na raz.

Ocena: 5+/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *