David Bowie recenzja płyty „Blackstar”- Wygrać ze śmiercią

dnia

Takie teksty pisze się ciężko , ciężej nawet kiedy jest się fanem. Miejmy z głowy te ceregiele. Bowie był geniuszem. Jasne jego dyskografia pełna jest wtop, a ilość płyt mniej udanych w dyskografii przewyższa liczbę tych bardziej udanych. Ale nie ma w historii popkultury (poza czwórką z Liverpoolu, ofc!)postaci która tak mocno by zredefiniowała nie tylko muzykę, ale również praktycznie każdy aspekt kultury. Mówimy tu o posągu popkultury, który pozostanie żywy przez lata. Przez kokainowe-homo wygłupy przez kokainowe-kosmiczne wygłupy aż po starszego ułożonego pana w garniturze to tak w dużym skrócie kariera rudzielca. Serio jeżeli rozmawiamy o Davidzie Bowiem muzyka zawsze schodzi na drugi plan, lecz nie tym razem. Tutaj muzyka zagłusza wszystko.

Ta historia w ciągu ostatniego tygodnia obiegła orbitę Internetu przynajmniej dwa razy. „Blackstar” to album nagrany przez Bowie’go w trakcie walki z rakiem. Cała płyta to rodzaj pożegnania z fanami. Oczywiście ci co znają karierę ekscentrycznego Brytyjczyka, nie mogą być zaskoczeni. Ten maniakalny twórca kreował sam siebie do śmierci. Sesje nagraniowe ponoć były bardzo intensywne, ale David nie poddawał się, walczył do końca. Ale to by było bardzo nie w jego stylu, gdyby się po prostu poddał. Zamiast tego podziękował fanom za wsparcie, zaśmiał się śmierci w twarz, wszystkich oszukał no i przy okazji nagrał dobrą płytę.

Kiedy ukazał się tytułowy singiel promujący wydawnictwo. Niektórzy symbolikę śmierci i przemijania odebrali jako zainteresowanie Dawida kwestiami satanizmu, albo przynajmniej udanie się w koncepcyjne rejony takich zespołów jak Boards of Canada. Wszystko podsycał mistrzowski teledysk, który skuteczne podsycał kontrowersje wokół nowego wydawnictwa Anglika. Teraz widzimy, że jest to jeden z bardziej życiowych i bezpośrednich albumów w dyskografii Bowie’go. Teksty traktują o jego przeszłości, radzeniu sobie z sławą no i w końcu pożegnaniem. Na „Blackstar” mamy przedstawiony obraz cynika, który nie ima się kostuchy i niczym w kultowej „Siódmej pieczęci” Bergmana wyzywa ją na pojedynek, mając do końca szanse na zwycięstwo.

Muzycznie mamy do czynienia z całkiem świeżym przeglądem obecnych trendów w muzyce Indie-electronic. Na pierwszy rzut ucha można by stwierdzić, że Bowie na najnowszej płycie zaciągnął muzyczny dług u takich artystów jak: Bjork czy Radiohead. Płyta też podejmuje stylistyczny dialog z jazzem czy też z soulem. Wszystko to może odsyłać do jednej z najbardziej niedocenionych płyta Davida czyli„Obstacle 1”, gdzie podobne eksperymenty ścieliły się gęsto.

David nie próbuje wyważyć na tej płycie otwartych drzwi. Trzyma się utartych przez innych artystów ścieżek i przepuszcza ją przez „pierwiastek Bowie’go”. Oryginalne pomysły innych artystów zostają zakorzenione w długoletniej dyskografii Brytyjczyka. Można by nawet użyć określenia, że David bawi się w swoistego DJ-a na tej płycie. Miksując wszystko to co znajdzie w znajomy sobie produkt.

Jest to jednak najlepszy album twórcy „Life on Mars” od lat. „Blackstar” posiada niesamowitą energię, która została pewnie wymuszona poprzez okoliczności nagrywania. Całość przez swoje zapożyczenia jest zwarta i kompletna. Nie ma problemu, żeby skatalogować ten album. Ale jest w nim właśnie pewien pierwiastek Bowie-zmu, który winduję te kompozycje w górę i sprawia, że nawet sami Bjork czy Radiohead nie zdołaliby nagrać podobnych numerów.

Wielu artystów współczesnych jak i klasycznych poległoby podejmując podobny „eksperyment” co Bowie. Łatwo było w tym wypadku przestrzelić i nagrać smutne pieśni żałobne. Zamiast tego otrzymaliśmy epitafium godne prawdziwego artysty, trochę wycofane, zagubione i samozachowawcze jednak zważywszy na okoliczności o tych wadach już teraz się nie pamięta. Takie płyty chcąc nie chcąc stają się z miejsca pomnikami popkultury. „Blackstar” nie wygląda najgorzej z tą łatka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *