Balansując na krawędzi – czy klub piłkarski może być zarządzany przez agenta? OK

O tym, że agenci piłkarscy odgrywają we współczesnym futbolu coraz większą rolę, przekonujemy się niemal co okienko transferowe, gdy gwiazdy światowego formatu mogą za namową swoich agentów błyskawicznie zamienić przywiązanie do klubowych barw na „transfer request”. Jednak wydaje się, że to jednostkowe przypadki – trudno wyobrazić sobie, aby cały klub znajdował się „pod batutą” jednego agenta, który może niemal od ręki pozbawić go wyjściowej jedenastki.

Jeśli coś wydaje się niemożliwe, wystarczy wysłać tam kogoś, kto o tym nie wie, a ten to zrobi. Z takiego założenia wyszli, zdaje się, włodarze angielskiego Wolverhampton. Ten klub wracając w zeszłym sezonie do piłkarskiej elity w Anglii, miał już przyklejone do siebie dwie łatki: „najbardziej portugalskiego spośród angielskich klubów” oraz „zespołu Mendesa”.  Wynika to oczywiście z bardzo bliskiej współpracy, jaką zawiązał ten zespół, będąc jeszcze na poziomie Championship.

Co z tego wynika?

Dla samego agenta to świetna „baza przerzutowa” dla jego Klientów – klub, który zawsze chętnie przyjmie oferowanego przez Mendesa zawodnika, osadzi go w pierwszym zespole, a w razie potrzeby – także i ukształtuje go sportowo. W ten sposób Mendes tworzy sobie „zaplecze” dla swoich Klientów, „mając w posiadaniu” hiszpańską Valencię, portugalską Benfikę oraz angielskie „Wilki”. Może on spokojnie rotować zawodnika między tymi klubami na przykład jak w przypadku Joao Cancelo, szlifując go w akademii Benfiki, a następnie przenosząc do Valencii gdzie nabrał ogrania w mocnym zespole hiszpańskiej ekstraklasy. Dalsza część historii to oczywiście jego transfer do Juventusu, a następnie Manchesteru City. W ślad za tym idą ogromne prowizje i polepszanie renomy agenta jako tego, który świetnie zarządzał karierą gracza. Dla przypomnienia – Cancelo przychodzący na Estadio Mestalla to ledwie 20-letni chłopak nierozpoznawany przez większość kibiców, kilka lat później ten sam Joao staje się członkiem grupy kapitałowej City, a o jego podpis zabiegają także inne wielkie kluby.

Sam klub – przynajmniej w przypadku Wolverhampton – również nie ma prawa narzekać. Oto beniaminek wbrew zdrowemu rozsądkowi kwalifikuje się do europejskich pucharów w jednej z najcięższych i najbardziej wyrównanych lig piłkarskich świata, zadziwiając obserwatorów jakością swojej gry, „dobrze czującym się” składem oraz sposobem rozgrywania piłki. Kolejnym plusem jest zabójcza jak na beniaminka kadra – Moutinho, Jimenez, Rui Patricio czy Ruben Neves to wprawdzie nie gwiazdy pokroju Messiego czy Ronaldo, ale zawodnicy bardzo uznani, rozpoznawalni, sprawdzeni i gwarantujący solidność i jakość. Tak długo jak „Wilki” pozostaną w dobrej komitywie z superagentem, próżno liczyć, by zespół ten osiadł na laurach – agent nie będzie zabiegał o zmianę pracodawcy, a i sami zawodnicy będą ukontentowani solidnymi zarobkami oraz wizją gry w europejskich pucharach oraz pewnym miejscem w składzie.

I w tym momencie pojawia się problem – tak długo – jeśli relacje między agentem a włodarzami się pogorszą, możemy być świadkami istnego kuriozum. O jak wielkiej skali absurdu mowa? Na to pytanie odpowiedzieć mogą kibice wspomnianej wcześniej Valencii – chaotyczna polityka transferowa, zawodnicy wyciągani z kapelusza, największe gwiazdy klubu odchodzące niemal z dnia na dzień. Oczywiście spory udział w tym stanie rzeczy ma także konflikt na linii właściciel-kibice oraz kadra, ale rola charyzmatycznego Portugalczyka w tym cyrku jest nie do niezauważenia.

Jak żyć, Panie Mendesu, jak żyć?

Pytanie brzmi, czy w takim razie takie balansowanie na styku europejskich pucharów beniaminka oraz rozpadającego się na naszych oczach uznanego klubu jest dobrym posunięciem?  Oczywiście nie ma tutaj jednoznacznej odpowiedzi – w tym przypadku możemy nawet pokusić się o rozbicie tej kwestii na dwa osobne kazusy. Z punktu widzenia „Wilków” inwestycja warta jest tego ryzyka – w najgorszym możliwym scenariuszu zmuszeni zostaną do sprzedaży swoich gwiazd i budowania kadry bez pomocy portugalskich gwiazd, co poniekąd już czynią, uzupełniając ją piłkarzami, takimi jak Dendoncker, Adama czy Cutrone. W najlepszym zaś spodziewać się możemy, że ta i tak solidna już kadra, wspierana regularnie przez kolejne lizbońskie talenty, na stałe zwiększy grono czołowych klubów angielskich do siedmiu rywalizujących drużyn.

Kazus Valencii pokazuje natomiast, że większe kluby o już wyrobionej marce i pozycji raczej tracą na takim zabiegu. Ostatnimi laty na Estadio Mestalla nie zawitał na dłużej żaden topowy piłkarz, a jeśli w klubowej szatni znalazło się już miejsce dla utalentowanego gracza, ten w końcu raczej prędzej niż później odchodził bez najmniejszych przeszkód do większego klubu. Brak tutaj poczucia stabilizacji oraz rozwoju – Valencia wydaje się tkwić w miejscu w najgorszym możliwym poczuciu stagnacji „ratowana” cyklicznym dokooptowywaniem do pierwszego zespołu wychowanków, którzy i tak, zgodnie z logiką, w końcu ją opuszczą.

Osobiście mam przekonanie, że Valencia to na tyle spora marka, że spokojnie mogłaby rozwijać się bez uciekania w zawiłe, bliskie relacje z superagentami – oczywiście, na przykładzie choćby Juventusu, warto być z nimi w dobrej komitywie, dbając o ich dobry odbiór, ale na tym koniec. Taka Valencia mogłaby w pełni skupić się na szlifowaniu diamentów ze swojej akademii, okraszając ich jak dotychczas solidnymi zawodnikami pokroju Parejo czy wcześniej Maty, Soldado oraz Banegi. Dałoby to kibicom większe poczucie równowagi i stabilności, lepiej przemyślane transfery i spore zyski – patrząc choćby przez pryzmat samego Maty, klub pozyskiwał go za około 2 miliony, by oddać go za 26, co jest wynikiem imponującym – zamiast ciągłego napięcia oraz wrażenia spontaniczności i gwałtowności transferów – owszem, młode talenty wciąż trafiają do klubu, ale mam osobiste wrażenie, że są mniej starannie selekcjonowani, opierając się na sugestiach agenta oraz opuszczając klub za mniejszą kwotę, niż by można było za nich zapłacić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *