Czwarta władza – Wszyscy ludzie prezydenta

Najnowszy film Stevena Spielberga otwiera sekwencja kiełkującej wojennej pożogi. Niczym w stockowym obrazku z wietnamskiej dżungli circa 1966, amerykańskie helikoptery lądują kolejno na otwartym polu, krzątający się jankesi wymieniają docinki, a w tle przygrywa Creedence Clearwater Revival. Tę specyficzną sielankę przerywa nocny atak Charliego, w którym żołnierzy przytłaczają kolejne serie z karabinów maszynowych, a wszystko obserwujemy poprzez jak wypłukane błotem kadry Janusza Kamińskiego na przeraźliwie niskich kluczach oświetleniowych. Przywodzi to na myśl niezapomniane wizualnie, ziarniste piekiełko Szeregowca Ryana.

Ale to nie będzie tego typu film. W Czwartej władzy wojenny sajgon okaże się tylko tłem dla hymnu na cześć „zwykłych bohaterów” z Washington Post. Tutaj hałasami ogłuszającymi i zapowiadającymi nam „rzeźnię” będą nie krzyki i wystrzały, a co najwyżej szumy prasy drukarskiej i dźwięki kolejnych plików papieru uderzających o bruk. Nie dajcie się jednak złudzić, że nie będziecie oglądać filmu wojennego – wszyscy tutaj przemawiają, jak gdyby w takowym uczestniczyli. Patos i kaznodziejstwo będą językiem urzędowym, a wszystkie kwestie wypowiadane Dużymi Literami. Na rzucone w towarzystwie pytanie o to, czy cenzura prasy zdarzyła się już kiedyś, jedna z tych figur Prawdziwego Dziennikarstwa odpowie z namaszczeniem: „Nigdy w historii Naszej Republiki”.

Foto: IMDb

Dobry wujek Steven

Ze wszystkimi jego wadami, lubię kino Spielberga. Zarówno jego kanon Nowej Przygody, jak i te dzieła dotykające poważniejszych tematów (Kolor purpury, Lista Schindlera, Monachium). Uważam, że jest doskonałym reżyserem z bardzo wyrazistym stylem, który z niemal każdego tematu jest w stanie utkać coś naprawdę ekscytującego, z duszą i wrażliwością swojego wewnętrznego dziecka. A historia po którą sięgnął w tym roku, z całą swoją kameralnością i deficytem fajerwerków, mogła zapowiadać co najmniej godnego, bardziej optymistycznego następcę świetnego Spotlight.

Osią fabuły jest wyciek zastrzeżonych informacji na temat działań amerykańskiego rządu w Indochinach, który nastąpił na przełomie lat 60. i 70., na łamach dzienników New York Times i Washington Post. Wokół tego zaczyna rozwijać się konflikt wartości między wydawczynią tego drugiego – Kay Graham (Meryl Streep), a jego redaktorem naczelnym – Benem Bradlee (Tom Hanks). Stołeczni dziennikarze (grani przez telewizyjnych mistrzów pierwszego i drugiego planu) dzielnie walczą o przejęcie dokumentów, a decydenci na czele muszą wybrać pomiędzy publikacją i narażeniem się prezydentowi, a biernością i konformizmem.

Foto: IMDb

Stevie Two Times

W ostatnim czasie bardziej niż zwykle wyczuwałem w języku, którym Spielberg mówi do widzów dużą dawkę protekcjonalności. Zawsze tworzył kino proste i przystępne, ale przy tym miał dużo wiary w rozumność odbiorcy, a na pewno brał sobie do serca maksymę show, don’t tell (obejrzyjcie debiutancki Duel albo choćby Bliskie spotkania…). Teraz wydaje się czuć potrzebę tłumaczenia wszystkiego, od informacji fabularnych, do poruszonej problematyki. Najlepiej dwa albo trzy razy.

Mamy choćby ładnie zainscenizowaną scenę w sali konferencyjnej. Widzimy kilkunastu mężczyzn siadających kolejno na fotelach, a pośród nich samotna Meryl Streep. Nie zrozumieliście jeszcze? Nie szkodzi, bo potem widzimy kilka razy jak nasza szefowa nerwowo przegląda notatki, z których, zgodnie z wcześniejszą sceną, jest świetnie przygotowana. Coś jednak powstrzymuje ją od zabrania głosu, a jak już to robi, nikt nie słucha. Na ratunek przychodzi Tom Hanks, który dużo sprawniej wykłada autorskie pomysły wydawczyni. Scena sama w sobie jest bardzo dobra, ale najwidoczniej to za mało. Potem mamy długie ujęcie śledzące na korytarzu, w którym szowinistyczne krawaty bardzo głośną wyrażają swój dyskomfort w temacie kobiety na stanowisku kierowniczym. A potem ona to słyszy! Teraz rozumiecie? Jawna dyskryminacja w miejscu pracy!

I to dotyczy całokształtu tego filmu. Wszystkie problemy, dotyczące etyki dziennikarskiej, obywatelskiej odpowiedzialności czy uczciwości wobec rządzących, są tu wypowiedziane jakby z ambony, z zacięciem deklamatorskim. To teatr wielkich liter, w którym najmniejsze wątpliwości zostaną błyskawicznie rozwiane, a jeśli czegoś jakimś cudem nie zrozumiemy, to zostanie nam wytłumaczone ponownie, dobitniej. W Czwartej władzy się nie rozmawia, tu się tylko uprawia ping-ponga komunałów.  I to nie jest nawet kazus Sieci Lumeta, gdzie te rozdmuchane przemowy naładowane argumentami przeciwnej strony miały wymiar satyryczny, przy tym wzmacniający przekaz. Tu wszystko jest boleśnie poważne albo bezpieczne, nawet elementy humorystyczne.

Foto: IMDb

Comfort food

Czy przy tym wszystkim jest to źle zrobiony film? Absolutnie nie, warsztatowo jest więcej niż finezyjnie, jak zawsze zresztą. Spielberg tylko zyskał z czasem na talencie do ciekawego inscenizowania nawet najbanalnieszych scen dialogowych, gdzie kinetyczna energia aktorów i kamery doskonale intensyfikuje dramatyczne efekty wypowiedzi. Jak za mało się dzieje, to zawsze można wpleść jakąś tajną misję na drugim planie. Nawet jeśli sprowadza się do zabieganego chłopca na posyłki na przeszpiegach w The Times, które kończą się klęską. Dopóki uwaga widza jest utrzymana, można pozwolić sobie na wiele.

Całą resztę robi sprawdzony team – Kamiński i Williams. Z tym że, jak to bywa ostatnio u tego drugiego, choć ścieżki słucha się świetnie podczas seansu, to po napisach końcowych szybko wyparowuje z pamięci. Aktorstwo też jest bardzo imponujące, z minimalistyczną i niezdolną do omyłek Meryl Streep na czele i świetnym wsparciem ze strony ludzi telewizji (Carrie Coon, Jesse Plemons, Bob Odenkirk).

Bardzo znaczącym wyjątkiem jest tutaj jednak… Tom Hanks. Szczerze, choć szanuję próbę wiarygodnego odwzorowania bostońskiego akcentu odgrywanej postaci, to dla mnie efekt końcowy okazał się wyjątkowy komiczny. Bradlee bez przerwy zniża głos, warczy i manierycznie stylizuje swoją macho-mowę, jakby zaraz miał rozebrać się do podkoszulka, wrócić do swojej przyczepy i zlać żonę. W połączeniu ze znaną nam prezencją nieszkodliwego everymana, tworzy to absolutną karykaturę, odwracającą uwagę od bezpretensjonalności reszty obsady.

Foto: IMDb

Hollywood Ending

Film wieńczy sekwencja antycypująca aferę Watergate, poprzedzona złowieszczym ujęciem Richarda Nixona odgrażającego się przez telefon, sprawnie korzystając z rutyny złoczyńcy rodem ze Scooby Doo pt.: „Wszystko by mi się udało, gdyby nie te wścibskie dzieciaki i ta ich głupia gazeta”. Myślę, że to idealnie podsumowuje ten umiejętnie zrealizowany, ale aż komicznie zachowawczy i pozbawiony dystansu produkt.

Ocena: 4,5/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *