„Czarnobyl” – Sekrety i kłamstwa

dnia

Najwyższe noty telewizyjnych krytyków. Prawie błyskawiczny skok do czołówek rankingów ocen społeczności na wszystkich największych portalach filmowych. Same superlatywy w wypowiedziach na temat aktorstwa i strony technicznej produkcji. Zdecydowany faworyt do najbliższego sezonu nagród. I memy, niesamowicie dużo memów. Ktoś mógłby zapytać: o co ten cały krzyk? Dlaczego cały świat zdaje się zachwycać pięcioodcinkowym serialem o katastrofie w Czarnobylu? 

Facebook, Reddit, Twitter i inni komentatorzy katastrofy

Sukces miniserialu Czarnobyl ze stacji HBO nie ogranicza się do nadzwyczajnie wysokich ocen i oglądalności. Najbardziej w całej sprawie zafascynował mnie jego rozdźwięk społecznościowy. Po szeroko dyskutowanym, krytykowanym i ośmieszanym ósmym sezonie Gry o tron widzowie najwidoczniej potrzebowali jakościowej „odtrutki” po wielkim rozczarowaniu, a także paliwa na swoją kreatywność. Kto by się spodziewał, że tak poważna, ciężka tematycznie docudrama o jednej z największych katastrof drugiej połowy XX wieku i opresyjnym systemie ZSRR może mieć taki potencjał „memiczny”? Wydaje się wręcz, że niemal każda linijka dialogowa serialu, z „3,6R/h” i „Nie widziałeś grafitu na dachu, bo go tam nie było” na czele, została na jakiejś dużej grupie filmowo-telewizyjnej przerobiona na śmieszny obrazek.

Czy owe „upopkulturowienie”, z pozoru mało rozrywkowej, faktograficznej produkcji jest przejawem jakiejś patologicznej znieczulicy publiczności, do tej pory przyzwyczajonej do fantazyjnego eskapizmu spod znaku adaptacji George’a R.R. Martina? Absolutnie nie! Sądzę że mówimy o z gruntu uważnych i wnikliwych widzach, wyposażonych w smartfony i zdolność szybkiego reagowania na nowe trendy, którzy w ten sposób znajdują ujście dla swoich potrzeb współuczestnictwa w odbiorze kultury.

Oswajają siebie i innych z tragicznymi implikacjami wydarzeń serialu oraz, co ciekawe, czynią edukację historyczną, zapamiętywanie rozlicznych faktów na temat prawdziwej katastrofy, autentycznie atrakcyjną aktywnością. Jak przyjemne było uczucie zakończenia kolejnej przygnębiającej godziny Czarnobyla, gdy wiedzieliśmy, że nie jesteśmy z naszymi refleksjami samotni, a w sieci będzie pełno zarówno ożywionych dyskusji na temat autentyczności przedstawionych w odcinku faktów, ale i kolejnych dawek, mniej lub bardziej zabawnych, przeróbek.

Miłość od pierwszego odcinka

Jednak mimo wszystko chciałbym, żeby był czas się zatrzymać, po tej całej presji podążania za falą popularności serialowego giganta i naprawdę docenić, jaka to w istocie jest doskonała robota filmowa. Jedną z moich pierwszych myśli po finałowym odcinku było: „Trzeba to jak najszybciej powtórzyć, chociaż ten pierwszy odcinek!” Po pierwsze, dlatego że, tak jak podejrzewałem, gdy jesteśmy już zaznajomieni z całą historią i bohaterami, odbiór znacząco się zmienia i zwracamy uwagę na więcej niuansów. Po drugie – otwierający odcinek Czarnobyla jest najbardziej imponującą realizacyjnie godziną, jaką do tej pory doświadczyłem w produkcji telewizyjnej, a swoim kunsztem w konstruowania dramaturgii i poczucia namacalności zniszczenia, przebił wszystko, co do tej pory próbował osiągnąć nurt wysokobudżetowego kina katastroficznego.

Foto: IMDb

Choć wita nas, stanowiący klamrę całej opowieści, monolog walczącego przeciwko „kłamstwu czarnobylskiemu” Walerija Legasowa (Jared Harris), to przez większość odcinka trudno mówić o głównym bohaterze. Zobaczymy wiele twarzy, wiele niepokojących obrazów, usłyszymy liczne nazwiska, krzyki, rozkazy i wiązanki naukowego żargonu, który trochę rozumiemy, w zależności od naszej wiedzy w zakresie nauk ścisłych, a trochę gubimy się w tej chaotycznej polifonii, jak strażak Ignatenko (Adam Nagaitis). Bo nawet w prostym zadaniu, jakim wydawało się ugaszenie płonącego dachu, kryje się… właśnie, co? Głęboki spisek, czy po prostu wstydliwa fuszerka sowieckiej gospodarki? Doświadczanie kolejnych oszałamiających dźwiękowo (!) i wizualnie sekwencji pierwszego odcinka Czarnobyla jest jak uczestniczenie w odczycie stenogramu z czarnej skrzynki. Poruszamy się po tekście jakby po omacku, jednak z całą świadomością autentycznej grozy życia, skrywającej się pod skrzętnie zapisanymi (tu zainscenizowanymi) minutami kryzysowej sytuacji, pokazanej z kilku perspektyw.

Telewizyjni przodownicy pracy

W całym serialu jest mnóstwo pojedynczych obrazów, które na stałe zapiszą się w Waszej świadomości, nawet jeśli znacie Czarnobyl już doskonale, czy to z materiałów historycznych, czy nawet gier komputerowych z postapokaliptycznej serii S.T.A.L.K.E.R., które na nowo budowały pamięć zbiorową o realiach katastrofy dla kolejnego pokolenia. Z każdego elementu produkcji bije absolutny profesjonalizm. Ostra jak brzytwa, bardzo cyfrowa technika zdjęciowa z wyrazistą dominantą szarych i błękitnych barw, zderzona z naturalistyczną scenografią rodem z głębokiej „komuny”, oraz wyjątkowo sprawnie zastosowanym, wysokokontrastowym oświetleniem (osoby odpowiedzialne za realizację bitwy o Winterfell z Gry o tron mogłyby się wiele nauczyć od Brytyjczyków). Wywołująca dreszcze i zimne poty, ambientowa ścieżka dźwiękowa Hildur Guðnadóttir. I nie wiem jak przy takim rozmachu, starczyło im jeszcze środków i godzin pracy na kilka ujęć z tak niesamowitą charakteryzacją, odtwarzającą skutki choroby popromiennej, ale nazwanie tego „poziomem hollywoodzkim” tylko by chyba umniejszyło wkładowi pracy.

Foto: IMDb

Trudno też oczekiwać czegoś innego niż rewelacji od takiej śmietanki europejskiego aktorstwa filmowego w głównych rolach, jak Jared Harris, Stellan Skarsgård czy Emily Watson. Ale serial działa też dzięki tym mniejszym rolom, emocjonalnym wątkom, które wzbogacają, już i tak kompleksowy obraz tragedii, o pojedyncze akty poświęcenia i heroizmu, pozbawione jednak patosu, mogącego wzbudzać zbyt duże skojarzenia z socjalistycznym produkcyjniakiem. Tu na pierwszym miejscu zawsze jest jednostkowe doświadczenie, nie tzw. sprawa, choć twórcy nigdy nie pozwalają nam zapomnieć o skali katastrofy i jej długoterminowych skutkach.

Czy jest się czego czepiać?

Czarnobyl ma jedną wadę, ale jest to wada fundamentalna. Język. Mówimy o brytyjskiej produkcji z aktorami nieznającymi rosyjskiego, w większości spoza wschodniego kręgu kulturowego (boli także pominięcie wątku zróżnicowania etnicznego ówczesnego ZSRR, poza może epizodyczną postacią Ormianina), zbawiennie obstającymi przy swoich rodowitych akcentach, bez usilnego „rusyfikowania” angielskiego oraz z twórcami interpretującymi rosyjską historię ze swojej perspektywy. Pewnie, że mówimy o mimo wszystko komercyjnej produkcji, że postsynchrony, dubbing i tłumaczenia są drogie, a większość widzów i tak wybrałaby ścieżkę angielską, że nie chcemy wspominać nieudolnie „spolszczonych” dialogów w netfliksowym 1983.

Foto: The New Yorker

Kompromisy przy tak dużych produkcjach są konieczne, jednak jeśli ktoś bardzo chce naprawdę zatopić się w historycznych realiach Prypeci roku 1986 i jest uwrażliwiony na podobne, typowe dla zachodnich interpretacji bolączki kulturowe, to będzie miał problem z czerpaniem całkowitej przyjemności z Czarnobyla. Szkoda jednak, żeby okazało się to przeszkodą nie do przeskoczenia. Szczególnie w przypadku tak świetnego pod każdym innym względem serialu.

Ocena: 8/10.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *