Creed II – Rocky IV part 2

Żadna marka blockbusterów nie uniknie mody na sequele, prequele, soft-rebooty i spin-offy. Istnieje jednak pewna seria, która nie jest żadnym blockbusterem, filmem fantasy, czy science-fiction, tylko dramatem. Piszę tu oczywiście o cyklu Rocky, który od 2015 jest kontynuowany przez serię Creed.

Przyjęło się myślenie, że „sequelowość” jest wyłącznie odcinaniem kuponów, które rozmienia markę na drobne. Seria Rocky miewała swoje gorsze momenty, ale nigdy nie spadła poniżej pewnego poziomu. Nawet kiedy mówimy o campowym Rocky IV lub V, zawsze w tych filmach biło serce Sylvestra Stallone, jego zrozumienie dla postaci i komentarz, który chciał przekazać. Seria Rocky i Creed to jeden z tych rzadkich przypadków, w których seryjność stała się mocną stroną. Wszystkie te filmy są ze sobą spójne, wszelkie wątki, postacie, a nawet drobne anegdoty powracają. Obserwujemy jak bohaterowie, ich relacje, oraz otoczenie się zmienia. Czego doskonałym przykładem jest najnowsza odsłona, czyli Creed II w reżyserii Stevena Caple Jr.

Młody bokser Adonis Creed (Michael B. Jordan), syn zmarłego mistrza wagi ciężkiej Apollo Creeda, udowodnił swojej wartości. Zyskał nie tylko pas mistrza świata, ale także rodzinę w postaci swojego „wuja” Rockyego Balboy (Sylvester Stallone) i ukochanej Bianci (Tessa Thompson). Idyllę zakłóca pojawienie się Ivana Drago (Dolph Lundgren) – emerytowanego pięściarza, który 33 lat temu przyczynił się do śmierci jego ojca – razem ze swoim synem i uczniem, Wiktorem. Obaj młodzi bokserzy kierowani wzajemną zemstą rzucają sobie wyzwanie.

Foto: Multikino

Stare z nowym

Creed II jest nie tylko bezpośrednią kontynuacją jedynki, ale także ciągnie wątki z Rockyego IV. Założenie intrygujące, ze względu na ogromną różnicę dzielącą oba te filmy. Rocky IV był dzieckiem swoich czasów, kwintesencją lat 80 pełną oczywistych aluzji do Zimnej Wojny, syntezatorowych brzmień, efekciarstwa i przerostu formy nad treścią. Film jednocześnie najbardziej rozrywkowy z całego cyklu i najbardziej zahaczający o guilty pleasure. Creed z drugiej strony (zaraz po pierwszym Rockym) był najbardziej poważnym, dojrzałym i przyziemnym filmem z cyklu.

Najnowsza część na szczęście spisuje się ze swojego zadania celująco. Świetnie łączy wątki, a nawet styl obu filmów. Przede wszystkim świetnie wpleciono wątki z Rockyego IV do świata Creeda. Mam tu przede wszystkim na myśli postać Ivana Drago i jego syna. W filmie z 1985 postać grana przez Dolpha Lundgrena była po prostu villainem, kompletnie obdartym z wszelkich ludzkich cech (wręcz dosłownie). Tutaj postanowiono go w końcu zrzucić na ziemię, uczynić z niego i jego syna pełnoprawnych bohaterów z własnym wątkiem i motywacjami. Są antagonistami, ludźmi wyrachowanymi i brutalnymi, ale jednocześnie jesteśmy w stanie rozumieć ich postępowanie, a nawet im współczuć.

Od strony realizacyjnej Creed II czerpie wszystko co najlepsze z obu filmów. Nadal mamy surową paletę barw, oraz narrację rodem z filmu Ryana Cooglera. Wiele scen jest bardziej subtelnych, pozbawionych dialogów i grających wyłącznie obrazem – co świetnie pokazuje wstęp. Ale już sekwencje treningowe, oraz pojedynków bokserskich kładą nacisk na rozmach, a nawet teledyskowość.

Film wygląda fantastycznie. Zdjęcia, scenografia, czy montaż dopracowana na najmniejszy guzik. Na Creeda II po prostu dobrze się patrzy, a momentami spory patos zamiast razić skutecznie podnosi emocje. Niestety sama ścieżka dźwiękowa nie prezentuje się tak imponująco. Utwory muzyczne nie są już tak wpadające w ucho jak w jedynce, a motyw przewodni pojawia się zbyt rzadko (ale z kolei świetnie wykorzystano Gonna Fly Now).

Foto: GeekTyrant

Wojna pokoleń

Echo dwóch filmów, reprezentujących dwa różne pokolenia odbija się nie tylko w stylu, ale także w samej historii. Tematem przewodnim Creeda II jest dziedzictwo – rozliczenie się z dawnych konfliktów, godzenie się z przeszłością, oraz pojednanie z rodziną. Odnosi się to do niemal każdego z bohaterów. Co organicznie łączy się z jedynką, oraz z całym cyklem Rocky.

Nowy Creed nadal dojrzale podchodzi do wątków obyczajowych. Bohaterowie mierzą się z własnymi słabościami i z brutalną rzeczywistością. Adonis i Bianca niby tworzą razem wspaniałą parę, ale ciągle masz świadomość postępującej choroby narzeczonej. Rocky niby zwalczył nowotwór i wyszkolił świetnego boksera, ale nigdy nie nie potrafił dogadać się z własnym synem. Sam konflikt między Adonisem, Rockym, a Ivanem i Wiktorem nie jest już taki czarno-biały. Obie grupy mają swoje racje, motywacje – powiedziałbym nawet, że z przewagą na stronę rodziny Drago. Jednocześnie, podobnie jak w filmie Ryana Cooglera, film nie jest przedramatyzowany. Dobrze wykorzystuje humor, który jednocześnie rozluźnia atmosfera i podkreśla ludzką stronę postaci.

Creed II, niczym najlepsze odsłony cyklu budzi autentyczne emocje, dzięki bohaterom. Wszyscy są barwni, charakterni, interakcje między nimi prezentują się bardzo wiarygodnie. Mają swoje konflikty, słabości i momenty zwątpienia, dzięki czemu wypadają wiarygodnie. Co jest zasługą nie tylko reżysera i scenarzysty, ale przede wszystkim obsady. Aktorzy ponownie spisali się znakomicie, czuć między nimi chemię, potrafią jednocześnie wykrzesać gamę silnych emocji, jak i niuansów. Wiele można złośliwego powiedzieć o Sylvesterze Stalone jako aktorze, ale jako Rocky wypada doskonale, świetnie ponownie spisuje się też Michael B. Jordan. Sporym zaskoczeniem jest z kolei Dolph Lundgren, który zaskakująco dobrze wypadł w wyjątkowo dramatycznej, zniuansowanej roli.

Dla niektórych problemem może być schematyczność scenariusza. Historia jest w dużej mierze miszmaszem wątków z III i IV części Rockyego. Nie licząc wątku rodziny Drago, łatwo przewidzieć zwroty akcji, ale też trudno wyobrazić sobie, aby już w 8 część serii nie powtarzano pewnych pomysłów. Poza tym to są schematy, które fani po prostu uwielbiają. Chcemy oglądać jak bohater upada, a potem za sprawą motywacyjnego przemówienia, sile miłości i treningu wraca na szczyt. Chcemy wyjść z sali pełni optymizmu i motywacji.

Foto: ew.com

Podsumowanie

Creed II poza podejściem do antagonistów nie odkrywa niczego nowego, ale też nie musi. To świetnie poprowadzony film wg sprawdzonej formuły, który dostarcza masę emocji. Poczujemy dreszcze, napięcie, zastrzyk pozytywnej energii i motywacji, a na końcu popłaczemy się ze wzruszenia – i właśnie dlatego kochamy tą serię.

Ocena: 8+/10

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *