Climax – Tainted Love

Śmietanka festiwalowej publiczności pokochała najnowsze dziecko jednego z najbardziej kontrowersyjnych twórców współczesnego kina – tym razem tylko sześć osób wyszło z canneńskiego pokazu, miast spodziewanej połowy. Widownia Nowych Horyzontów zobaczyła w nim najintensywniejsze doświadczenie filmowe co najmniej bieżącego roku. Teraz Climax rozchodzi się po kinach na całym świecie i unicestwia niewinność zwyczajnych widzów.

Jak opisać to, czym jest w istocie nowy Gaspar Noé? Najprościej film można porównać do uczucia, gdy jesteście na aż nazbyt ostrej techno-imprezie, właśnie zaciągnęliście się bardzo mocnym blantem i, synchronicznie z kluczowym beat dropem, doznajecie najpotężniejszego orgazmu w życiu. Trudne do wyobrażenia? Tak samo niepojęte jest to, jak udało się doprowadzić choreografię taneczną do poziomu perfekcji, osiągniętego w kluczowych sekwencjach niniejszego filmu.

Foto: IMDb

12 godzin Sodomy

Reżyser spędził długi czas na śledzeniu kameralnych scen klubów undergroundowych, ale i talentów z YouTube’a, by wytypować prawdziwy dream team artystów do tego ekranowego performansu. Przez 16 dni zdjęciowych, razem osiągnęli prawdziwe twórcze szaleństwo. Zaczyna się spokojnie. Bohaterowie w drugiej z kolei sekwencji filmu, następującej po elegijnym zakończeniu z elektroniczną aranżacją Erika Satie i napisach końcowych (sic!), wypowiadają się, jako przerysowane wersje siebie, o tym co znaczy dla nich taniec. Jeśli znużą nas ich nieco pretensjonalne aforyzmy, to na pewno zaczniemy się rozglądać po otaczających ich w kadrze kasetach VHS i książkach. A tam grubo, bo m.in. Żuławski, Pasolini, Buñuel, Argento…

Cytaty filmowe nie będą oczywiście ograniczać się jedynie do tytułów. Zanim jednak argentyński reżyser zaserwuje nam kinofilską ucztę, uraczy nas niesamowitym pokazem tanecznych ewolucji. Wykonawcy miotają się po parkiecie w kontrolowanym chaosie ekstrawaganckich układów, na tle gigantycznych, znaczących pasów kolorowego światła – niebieskiego, białego i czerwonego, w pionie. Już abstrahując od witalności wypływającej z ciał tancerzy, czy syntezatorowych bangerów prosto z lat 80. i 90. – nie będziecie mogli się nadziwić, ile energii może zawierać się w wprawionej w ruch wstędze materiału czy pasmach rozczesanych włosów. A te wszystkie sensualne doznania to nawet nie z występu na żywo, a w starych, dobrych 24 klatkach na sekundę i jednym ujęciu.

Foto: IMDb

Wkraczając w pustkę

Co jednak po tych wszystkich atrakcjach, wrzuconych na sam początek? Czy film może nas jeszcze czymś zaskoczyć? Na pewno kilka niespodzianek czeka ansambl bohaterów, którzy na starcie mają między sobą jakieś mniej lub bardziej wypowiedziane animozje. Okazuje się, że ktoś doprawił popijaną przez uczestników sangrię bliżej nieokreślonym, psychodelicznym specyfikiem. Podejrzenia padają od razu na LSD, ale dalszy seans filmu bardzo szybko może podać tę teorię w wątpliwość. Jaka dawka kwasu robi coś takiego z człowiekiem?

W miarę popadania tancerzy w coraz większą degrengoladę i zezwierzęcenie, forma filmu adekwatnie adaptuje się do powszechnego rozkładu. Opanowana wcześniej kamera zaczyna wykonywać szalone piruety, wertykalne przewroty, gwałtowne szwenki i roztrzęsione zbliżenia. Bohaterowie gubią wszelką racjonalność, którą można było jeszcze dostrzec w ich wcześniejszym, niemal dionizyjskim obrzędzie zatracania się w medium nieobcej im sztuki. Teraz dla widza jedyną płonną nadzieją jest ta, że oko kamery przyklei się w końcu do kogoś, kto zachowuje się trochę mniej jak postać z filmu grozy i zaprzesta temu danse macabre. Nawet miłość, której reżyser może nigdy nie był specjalnym optymistą, ale pozostawiał w niej nadzieję, staje się tu niczym więcej jak desperacką karykaturą.

Foto: IMDb

Ukryte

Czy jednak w tym psychodelicznym tripie na ekranie kryje się jakaś rzeczywista treść? Czy istnieje w ogóle jej potrzeba? Można oczywiście używać standardowych kluczy, używanych w przypadku podobnych temu i podobnie krytykowanych dzieł. Czy Spring Breakers Korine’a i Wilk z Wall Street Scorsese działają jako trafna krytyka hedonizmu, jeśli uprawiają ją przez zaciągniecie widza do uczestnictwa w nim, tak długo, aż będzie doszczętnie wyczerpany/znudzony? Kwestia bardzo indywidualnego poczucia estetyki.

Ale w przypadku filmu Climax mówi się jeszcze o innym poziomie, alegorycznym. Czy przypadkiem jest to, że w projekcie zmieszani zostają przedstawiciele tylu różnych nacji, mniejszości etnicznych i seksualnych, a w głównej przestrzeni budynku bije nas po oczach ogromna flaga Francji? Mieszkającemu na co dzień w Paryżu Argentyńczykowi na pewno nieobce są rosnące napięcia, nastroje antyimigranckie i odrodzenie nacjonalizmów. Szczególnie w obliczu zamachów w stolicy sprzed trzech lat. Czy Noé okazuje się więc tutaj odważniejszym komentatorem społecznym niż nieśmiały Haneke, kreując filmowy koszmar o niebezpieczeństwach multikulturowego tygla?

Foto: IMDb

To nie manifest polityczny i nie udaje też, że nim jest. Ciężko tu o jakąkolwiek sensowną krytykę społeczną, gdy reżyser, z typowym dla siebie nihilizmem, konsekwentnie odmawia właściwie wszystkim bohaterom człowieczeństwa. Najsłabszym punktem filmu jest długa sekcja „gadana” w pierwszej części, która ma na celu zapoznać widza chociaż z częścią z nich. W rzeczywistości oglądamy nudne przebitki ze schematycznymi dialogami dwóch lub trzech postaci, zwykle dotyczącymi zamiaru aktu seksualnego lub plotki na temat osoby, która pojawi się w kolejnym ujęciu. Zmarnowany potencjał na moment, w którym można by powiedzieć coś o tych postaciach, zanim popadną w totalną degenerację i przyjmą rolę postaci ze slashera do odstrzału.

Pump Up The Volume

Brak pełnokrwistych postaci jest jednak jedyną poważną bolączka filmu, o której zapomnimy natychmiast, gdy wróci do tego, w czym idzie mu najlepiej. Climax to epileptyczna feeria, nadwyrężająca kluczowe zmysły widza do wytrzymałościowych absolutów. Na widok rzuconych na Wasze siatkówki niesamowitych obrazów i elektryzujących brzmień penetrujących bębenki, będziecie równocześnie zasłaniać usta, wyszeptywać zduszone niecenzuralne słowa, a mimowolnie zaczną z Was wylewać się łzy radości i przytłoczenia zarazem. Tego doświadczycie godnie tylko jednak, jeśli nie przegapicie seansu na dużym ekranie…

Ocena: 7,5/10

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *