Ciągle obok – Hańba w Teatrze Ludowym

dnia

Według pewnego kryterium dotyczącego filmowego lub teatralnego zrealizowania wybranej książki można podzielić ludzi na dwie główne grupy. Jedna grupa nie dopuszcza do siebie myśli o takiej realizacji, bo obawia się, że wrażenie, które zostawiło dzieło literackie zostanie zakłócone. Druga zaś czeka na skonfrontowanie słowa z obrazem. W przypadku niektórych książek, które uznaje się za arcydzieła pytanie o sens i sposób ekranizacji/ inscenizacji nabierają większej wagi.

Dla mnie ogromnym dylematem okazała się „Hańba” (Teatr Ludowy, Kraków) w reżyserii Marcina Wierzchowskiego. Kilka dni przed obejrzeniem spektaklu pochłonęłam książkę o tym samym tytule autorstwa J.M. Coetzee’go. I oczywiście tych samych emocji podświadomie oczekiwałam od scenicznej realizacji. Chociaż sam pisarz też nie oferuje nieoczekiwanych zwrotów akcji, to jednak z dużą swobodą rysuje różne oblicza tytułowej hańby i wstydu ustami głównego bohatera, czyli kapsztadzkiego profesora literatury.

fot. Klaudyna Schubert

Wierzchowski wpuszcza aktorów w klimatyczną scenografię Barbary Ferlak. Sama przestrzeń pozwala na to, żeby niektóre sceny rozgrywały się symultanicznie, a inne płynnie przechodziły w kolejne wydarzenia. Zabudowana trochę jak PRL-owski półko-tapczan, a wszystko po to, aby na małej powierzchni zmieściło się jak najwięcej elementów – dom profesora, dom jego córki, gabinet, przychodnia dla zwierząt… I efektowny regał zapełniony książkami jak na profesora literatury przystało.

fot. Klaudyna Schubert

Sama hańba nawiązuje do kilku aspektów z życia postaci. Pierwsza sytuacja to romans profesora ze studentką. Może nie byłoby to aż takie dziwne – w końcu to nie jedyny romans w historii – ale młoda dziewczyna nie ma na niego ochoty, co ma swoje konsekwencje. Kochliwy literaturoznawca nie poczuwa się do winy, nawet gdy staje przed komisją na uniwersytecie. Traci więc posadę i musi spojrzeć na życie od nowa. Wyjeżdża do swojej córki, za miasto. Zmiana otoczenia ma być rozwiązaniem na wszystkie problemy. Jednak niedługo potem pojawiają się kolejne kłopoty. Trzech mężczyzn okradło dom, zabrali samochód, pobili profesora i zhańbili córkę. Słowo „gwałt” nie pada ani razu. Wydaje się zbyt dosłowne i ciężkie. Zawsze mówi się o tym gdzieś obok, jakby na marginesie. Nie mówić o tym głośno… to tak jakby się nie wydarzyło.

fot. Klaudyna Schubert

W historii opowiedzianej w teatrze głos zyskuje również osoba pokrzywdzona, która czasami tłumaczy też myśli innych bohaterów. Widzowie w słuchawkach (które otrzymuje się przy wejściu) słyszą kobiecy delikatny głos. Z jednej strony koi nerwy, ale jest również głosem sumienia, które wytyka błędy. Samym aktorom umykają emocje, chyba dlatego, że często zwracają się do widowni, a nie do siebie.

Mam wrażenie, że najistotniejsze wątki wybrzmiały, bo tak wypada. Całość przypomina raczej filmowe klatki puszczone w logicznym ciągu, ale „afrykańska” dusza książki gdzieś umknęła. Prawie trzy godziny i nic nie poczułam. Może oprócz sceny, w której regał się przechyla i wypadają z niego książki (w scenie, w której profesor orientuje się, że jego mieszkanie także zostało splądrowane). Liczyłam chyba na tą subtelność opowieści, którą ma Coetzee i nic. Ktoś mógłby się przyczepić, że może jego teksty są nie dla teatru… ale jego dzieło użył chociażby Krzysztof Warlikowski w „(A)polonii”.

fot. Klaudyna Schubert

Liczę, że „Hańba” zostanie lepiej wykorzystana kiedyś w teatrze…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *