Captain Fantastic – As You Like It

dnia

Któż z nas choć raz w życiu nie marzył o ucieczce od problemów i cywilizacyjnego pędu, by oddać się życiu w zgodzie z naturą? Pomysł realizowany w kulturze już niezliczoną ilość razy, nierzadko również jako pretekst do opowiedzenia o tym, jak środowisko w jakim się wychowujemy wpływa na to, kim się stajemy jako dorośli. Co więc świeżego może Matt Ross w swoim drugim filmie pełnometrażowym wnieść do tak utartego tematu?

Grany przez Viggo Mortensena Ben wraz z sześciorgiem dzieci mieszka w górskim lesie z dala od miejskiego zgiełku. Ich rutyna składa się z całodniowych wyczerpujących treningów i wieczornych lektur klasycznej literatury. Sami zdobywają sobie pożywienie, a ich kontakt ze światem zewnętrznym jest ograniczony tylko do wypadków absolutnej konieczności. Ta utopijna rzeczywistość intelektualnych i fizycznych Übermenschów nie może trwać wiecznie – gdy żona głównego bohatera i współtwórczyni tej szalonej wizji popełnia samobójstwo, przedziwna rodzinka musi stawić czoła wyzwaniom rzeczywistości, by spełnić ostatnie życzenie zmarłej.

mv5bzjzjzjblmjatytnhyy00zgq3lwe5zjgtmdk1ztbmm2qwzjfmxkeyxkfqcgdeqxvyntg1mja0ota-_v1_sx1777_cr001777737_al_
Foto: IMDb

Podstawowym problemem z jakim tego typu historia musi się zawsze zmierzyć jest oczywiście to, po czyjej stronie ma się narracja opowiedzieć. Czy ta rodzinna hipisowska komuna naprawdę znalazła receptę na szczęście, czy potrzebują kubła zimnej wody? Film jest jednak wystarczająco inteligentny, by nie dawać nam gotowych odpowiedzi, przynajmniej nie od razu. Już od pierwszych scen, gdy obserwujemy radykalną zmianę tonu od krwawego, plemiennego rytuału przejścia, do idyllicznych obrazków radosnej rodziny rodem z kina familijnego, będą nami rządzić sprzeczne uczucia. Z jednej strony widzimy wybitnie uzdolnionych atletów i erudytów, nieskażonych ograniczeniami celebrującego przeciętność, konsumpcyjnego społeczeństwa, z drugiej nieprzystosowanych społecznie dzikusów, nie potrafiących znaleźć wspólnego języka z rówieśnikami. W jednej scenie oceniamy Bena jako niesamowicie efektywnego, choć wymagającego nauczyciela, w drugiej jako niewrażliwego instruktora musztry, zmuszającego dzieci do radzenia sobie z emocjami i tematami, na które mogą być jeszcze niegotowe.

Jak możecie się domyślić, rozwiązaniem jakie film będzie nam sugerował jest złoty środek – nie iść w radykalny konformizm, grać według swoich zasad, nie porzucać całkowicie indywidualizmu, ale też nie popaść w drugą skrajność, jakkolwiek racjonalne argumenty za nią przemawiające mogą się wydawać, gdy perswazyjnie wykłada je nam postać Mortensena. Zanim jednak dojdziemy do takich wniosków, film przeprowadzi nas przez kalejdoskop emocji i konwencji dramatycznych.

mv5bmtkzote2mtu1mf5bml5banbnxkftztgwodazmtm0nze-_v1_sx1500_cr001500999_al_
Foto: IMDb

Generalnie ogląda się to jak dobry, niezależny, słodko-gorzki film drogi. Jeśli lubicie zarówno refleksyjne, offbeatowe opowieści w guście Alexandra Payne’a jak i ciepłe, mądre, kino rodzinne typu Little Miss Sunshine poczujecie się jak w domu. Kiedy reżyser zostaje przy tych sprawdzonych metodach komediodramatu jest naprawdę ciekawie i angażująco. Są jednak momenty, w których próbuje za mocno uderzyć w pewne sentymenty i burzy niejako rytm filmu. Familijne klisze, emocjonalne skróty, zbyt bezpośrednio wykrzyczane słowa, o jedną garść patosu czy sacharyny za dużo – wszystko tu niestety jest, przez co film miejscami staje się mocno przewidywalny, a wiele dramatycznych momentów nie rejestruje jak należy.

Jako tako jest to rzecz poprawnie wykonana, choć stylowo to niemal „zerówka”. Smaku dodaje w zasadzie tylko bardzo przyjemny, choć nie zawsze wyszukany indie soundtrack. Aktorsko też stoi na przyzwoitym poziomie. Viggo Mortensen potwierdza, że jest sprawnym dramatycznym wykonawcą i potrafi przeprowadzić swoją postać przez wszystkie kluczowe emocjonalne chwile, choć nominacja do Oscara według mnie była trochę na wyrost. Z dziećmi różnie – niektóre radzą sobie świetnie i zapadają w pamięć, inne nie są w stanie przeskoczyć poziomu kliszy, według której ich postacie napisano. Ciekawy, choć niewykorzystany jest świetny jak zawsze Frank Langella jako główny oponent bohatera.

mv5bmjewotgwntqwov5bml5banbnxkftztgwmzyynde0ote-_v1_sy1000_cr0014991000_al_
Foto: IMDb

Captain Fantastic to film trochę jak jego protagonista – ma dobre intencje, chce dla nas jak najlepiej, ale czasami próbuje za bardzo i być może potrzebuje trochę dystansu. Potrafi zirytować swoim przerośniętym ego i przekonaniem o własnej słuszności, ale nie na tyle, żeby stracić do niego sympatię. Nie oczekujcie zachwytów, a kilku mądrych refleksji i emocjonalnego otulenia.

Ocena: 5/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *