Zabójcze kino – Relacja z Camerimage 2017// część 2

(Tekst jest dalszym ciągiem transkrypcji rozmowy dwóch bydgoskich myślicieli, przeprowadzonej w legendarnym saloniku secesyjnym.)

Kunach: Często ma się wrażenie, że co roku na Camerimage jest jakiś motyw przewodni. Nigdy tak naprawdę nie wiadomo, czy to tak celowo. Ty mówiłeś o rzeźni, czy w ogóle zabijaniu zwierząt (jak np. w Pokocie) w wielu filmach na festiwalu.

Smyk: Tak, najbardziej oczywisty będzie francuski film Still Life. Rzecz o młodym pracowniku rzeźni, na co dzień stosującym przemoc, by doprowadzić zwierzęta do miejsca ich kaźni. Nie jest on jednak całkowicie odczłowieczony…

Kunach: No właśnie, ale to bardziej nam sugeruje opis filmu. Opis fabuły, który czytałem jest znacznie ciekawszy od samego filmu! Mówi, że film opowiada o gościu, który pracuje w nieprzyjemnym miejscu i niezbyt mu się to podoba. W ogóle nie da się tego odczuć przez większość czasu. Jedyne co, to ten jeden dialog, sprowadzający się do wymiany w stylu „Masz koszmary? –Mam”.

Smyk: Ale jest ta jedna fajna scena, gdy rozmawiają: „Co by było, gdybyśmy mogli stworzyć takie genetyczne modyfikacje świń, które by nie krzyczały i nie srały”…

Kunach: Ja to potraktowałem jako wątek humorystyczny, typowe gadanie po blancie.

Smyk: Jak człowiek się spali czy schleje, to jednak jakieś prawdy z niego wychodzą. A tu wyszło na jaw, że coś ich dręczy.

Kunach: Fakt, może masz rację… ale co właściwie z tego wynika? Nic. Ten film to materiał na etiudę operatorską rozciągnięty do pełnego metrażu.  I nie zapomnijmy o ostatniej scenie, gdy pieski idą do psiego raju…

Smyk: Ojej, ta sentymentalna piosenka Cohena…

Kunach: Taak. Nie ma co się rozwodzić więcej. Musieliśmy widzieć coś lepszego w temacie rzeźni.

Plakat: IMDb

Smyk: Raczej nie był to depresyjny węgierski film pt. Rzeźnik, kurwa i chujek z jednym okiem (wolne tłumaczenie – przyp. red.).

Kunach: Tak, Rzeźnik, dziwka i chujowa reżyseria… możemy to mieszać z błotem, ale właściwie co tym osiągniemy? Tego filmu i tak nikt u nas nie obejrzy.

Smyk: Ale dlaczego to dostało premierę akurat na naszym festiwalu? Zdjęcia ma nie najgorsze, to prawda…

Kunach: Ja rozmawiałem z kimś związanym z selekcją filmów na Sundance i podobno sam fakt premiery światowej automatycznie podnosi prestiż festiwalu. Prawdopodobnie to główny powód, dla którego film Dziwkarz, okochujnik i rzeźnik znalazł się na Camer.

Smyk: Reżyser i operator też mają jakąś renomę wyrobioną… ale co to za film właściwie? Inspirowany kinem niemym obrazek moralnej dekadencji czasów admirała Horthy’ego ze scenami jak z hardkorowego porno.

Kunach: Typowe Węgry?

Smyk: Węgry to w ogóle ciekawy kraj, specyficzny stan duszy. Jeśli spojrzeć tylko na samą historię XX wieku. Najpierw część Austro-Węgier, po wojnie udupienie terytorialne poprzez traktat w Trianon, skutkiem tego dochodzą do głosu te wszystkie narodowe ruchy i mamy proto-faszystowską dyktaturę. Dalej – trzymanie się z Hitlerem (ale nie dopuszczając go do Polski!), lata komunizmu, nędzy, stłumionej rewolucji i w końcu demokracja. Ale co teraz? Viktor Orbán, niemożliwa do załatania dziura budżetowa, dysproporcje ekonomiczne i znacjonalizowana prasa. Historia Węgier to historia depresji, a ich kinematografia jest tego dobitnym odzwierciedleniem. Ale był na festiwalu dobry węgierski film i do tego zdobywca głównej nagrody – Dusza i Ciało.

Kunach: Nie widziałem tego! O czym to w ogóle było?

Smyk: Znowu akcja ma miejsce w rzeźni, ale tym razem konwencja dziwacznej komedii romantycznej. Stary kawaler z lekko neurotyczną osobowością i niekomunikatywna, autystyczna pedantka. Pewnego dnia oboje mają sen o miziających się jeleniach na rykowisku i zaczynają czuć pewien rodzaj duchowej więzi. To mógł być zwykły, indie romkom o uroczej, upośledzonej społecznie dziewczynie uczącej się interakcji z innymi ludźmi, poprzez odgrywanie scenek z codziennych rozmów czy specyficzną „muzykoterapię” i przeżywającej wyzwalającą miłość. Reżyserka jednak wzięła się za sprawę wyjątkowo poważnie, w tonach kina wysoko-artystycznego, z metafizyką, z ogrywaniem schematów typowych dla tego gatunku. I wychodzi naprawdę niezwykła, uderzająca w mroczne rejony, ale z pewnością nie cyniczna i w gruncie rzeczy ciepła opowieść z gorzkim posmakiem.

Foto: BFI

Kunach: Czyli mówisz, że widziałeś pierwszy, niewywołujący totalnej depresji, węgierski film?

Smyk: Tak!

Kunach: Bo mówiłeś mi już kiedyś o tym fenomenie, a potem za każdym razem jak puszczali coś węgierskiego, to pytałem się np. znajomych albo moich homestayów, czy widzieli jakiś nie-smutny film z tego kraju. Każdy unikał odpowiedzi.

Smyk: Nie zrozumiesz ich, Węgry mają jeden z najwyższych współczynników samobójstw w przeliczeniu na jednego mieszkańca.

Kunach: O mój Boże…

Smyk: Co nie? I to nawet w Duszy i Ciele można odczuć, jakaś przedziwna kultura wokół chlastania się. Mają nawet specjalną piosenkę do tego!

Kunach: Ja słyszałem, że mają najwyższy współczynnik samobójstw po wyjściu z kina (śmiech).

Smyk: To na pewno! Jeśli istnieje taka statystyka, to Węgrzy muszą w niej przodować!

Kunach: Mówiłeś kiedyś także o innym temacie przewodnim Camer…

Smyk: Tak, „dzieci i ryby głosu nie mają”, czyli niemówiący bohaterowie w Shape of Water i Wonderstruck.

Kunach:  Hmm, o tym pierwszym rozmawialiśmy wczoraj, a nie widziałem Wonderstruck.

Smyk: To film Todda Haynes’a – gościa, który nakręcił wcześniej Carol i jest prekursorską postacią dla nowoczesnego kina LGBT. Teraz zrobił ten film familijny, dziejący się na dwóch płaszczyznach czasowych. Jest chłopiec w latach 70., wychowujący się bez ojca, a do tego traci słuch, gdy zostaje trafiony piorunem. Zanim zdąży się przyzwyczaić do odbierania świata na zupełnie nowy sposób, pragnienie odkrycia tajemnicy  tatuśka  popycha go w podróż do Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku. Równolegle przedstawiona jest druga część, w latach 20., niema i czarno-biała. Opowiada o głuchoniemej dziewczynce z pasją do kina, starającą się odnaleźć matkę, która ją wcześniej porzuciła w pogoni za sławą. Ostatecznie ta druga historia traci znaczenie, konwencja kina niemego całkowicie zatraca się i zostaje tylko cukierkowy film familijny, będący w rzeczywistości… reklamą Muzeum Historii Naturalnej?

Plakat: IMDb

Kunach: Jak tak teraz myślę, to można ten motyw rzeźni, zabijania, rozwinąć po prostu do tematu krzywdzenia niewinnych istot – czy to zwierząt, rybo-człowieka u Del Toro, czy w końcu dzieci. Jest też przecież Niemiłość.

Smyk: Niesamowity film, pisałem już o nim. Być może mój faworyt tego roku.

Kunach: Miałem niepowtarzalne doświadczenie po wyjściu z seansu. Gdy ze znajomymi czekaliśmy w kawiarni na ekipę do bankietu, rozmawialiśmy sobie chwilę o naszych wrażeniach z filmu Zwiagincewa i… po chwili wszyscy zaczęli płakać. Siedzieliśmy w kółku i ryczeliśmy. To było tak mocne, tak dawało w dupę. Cały czas liczysz, że da się z tych bohaterów wykrzesać jedną pozytywną emocję, a tu nic. Świetne było to, że przedstawiał problem braku uczuć ze strony rodziny uprzywilejowanej, nie zrzucał winy na otoczenie w żaden sposób. Środowisko materialne nic nie determinuje, chodzi o sam problem ludzkiego skurwysyństwa. Ja przyznam, że nie rozumiem do końca Rosji, nie mam zbyt często do czynienia z kulturą tego kraju. Z jednej strony chłód, wszechobecna bieda, represyjne systemy polityczne, z drugiej jedna z największych sił filozoficznych, intelektualnych, literackich. Nie miałem nigdy odwagi czytać Gogola, czy oglądać Tarkowskiego, bo wydaje się zbyt mądre dla mnie.

Foto: IMDb

Smyk: Więc Niemiłość była zdecydowanie twoim ulubionym filmem festiwalu?

Kunach: To i… etiuda studencka, Heimat. O polskiej rodzinie z hipsterskimi dzieciakami, które już nie rozmawiają z rodzicami, ale teraz muszą składać zeznania, bo sąsiad pobił ojca. Tak świetnie uchwycone relacje rodzinne, w oszczędnych dialogach, gdzie musisz sobie wiele dopowiadać na podstawie jakichś drobnych gestów. Szkoda tylko, że tłumaczenie nigdy nie odda tych wszystkich niuansów językowych i 3/4 widowni nie miało okazji doświadczyć filmu ze zrozumieniem takim jak ja. No bo jak przetłumaczysz zdanie „Dostałem szybką tubę i się wyłożyłem” ale to zawsze problem w kinie zagranicznym.

Smyk: A propos rozumienia, muszę się trochę wyżyć na Aronofskym i jego mother!. Film był już recenzowany na blogu i raczej nie mam wiele do dodania, oprócz sprawy reakcji reżysera na krytykę jego dzieła. Darren, kurwa. Wszyscy rozumieją twoje biblijne metafory! Nie musisz nam niczego tłumaczyć! Po prostu twój film jest słaby, pretensjonalny i łopatologiczny. Działa tylko i wyłącznie na poziomie alegorii, ciężko to nazwać spójną historią w innym przypadku. Cenię gościa za Zapaśnika i Pi, ale jego najnowsza rzecz, poza rolą Jennifer Lawrence i operatorką nie oferuje nic ciekawego.

Kunach: Nie uwierzę, że to mogło być tak pretensjonalne jak filozofowanie Iggy’ego Popa. Nie ma sensu się rozwodzić. Metodę Houllebecqa nazwałbym po prostu filmowym odpowiednikiem książki Youtubera.

Smyk: Aż mnie zachęciłeś! Ale wróćmy do ciekawych rzeczy. Widziałem nowego Lanthimosa – Zabicie świętego jelenia. Nie uważam, że to film równie dobry jak chociażby Lobster, ale na pewno trzyma z nożem na gardle i zostaje w głowie. To dziwna mieszanka thrillera z czarną komedią, pełna odniesień do Biblii, antycznej tragedii czy cytatów filmowych (Funny Games Haneke chociażby). To wszystko jest przefiltrowane przez specyficzną wrażliwość Greka, jego dziwaczny świat, w którym wszyscy bohaterowie są autykami. Tutaj w trakcie zwykłej, towarzyskiej rozmowy ktoś może casualowo rzucić „Moja córka miała ostatnio pierwszą miesiączkę” i nikt nie widzi w tym nic dziwnego. Dodaje to kolejny poziom dyskomfortu do i tak niepokojącej opowieści o winie i karze, fatum i karmie. Rozczarowało mnie trochę to, że po kulminacyjnym zwrocie w połowie filmu, historia przestaje zaskakiwać i sprowadza się do obserwowania tragedii w zwolnionym tempie. Dużo o tym filmie myślałem i zostawił jakiś ślad na pewno, ale to nie jest jakieś wybitnie oryginalne dzieło.

Foto: IMDb

Kunach: Przypomniał mi się bardzo fajny film Fredericka Wisemana, który widzieliśmy tylko częściowo – Ex Libris.

Smyk: Tak, to był taki obserwacyjny dokument o Bibliotece Publicznej w Nowym Jorku.

Kunach: Gdyby jakiś student filmówki rzucił pomysł, żeby nakręcić film o nowojorskiej bibliotece (do tego 3,5-godzinny), gdzie przez większość czasu oglądamy po prostu wykłady bez komentarza, zostałby nie tyle wyśmiany, najprawdopodobniej w ogóle pożegnałby się z karierą! A będąc tak dobrym i doświadczonym reżyserem, można wziąć sobie najbanalniejszy temat i zrobić z tego coś tak interesującego..

Smyk: A to nie jest film, który idzie według jakiegoś schematu – przedstawienie historii biblioteki, wyjaśnienie sposobu jej funkcjonowania czy „dzień z życia pracownika”. To po prostu krótkie scenki z jakichś paneli dyskusyjnych, spotkań autorskich czy warsztatów. Dostajesz dzięki temu ogólny vibe tej instytucji, czujesz się jakbyś ją znał.

Kunach: Jak tak myślę, to chyba nie ma lepszego sposobu, by o czymś takim opowiedzieć. Gdybym ja np. miał nakręcić film o miejscu, gdzie spędzam dużo czasu, weźmy nasz teatr, to najsensowniejsze byłoby dosłownie pokazanie losowych ujęć. Bo pewne rzeczy są jednorazowe i takie smaczki więcej ci mówią o tej instytucji niż cokolwiek innego. Nie wiem ile czasu Wiseman nad tym pracował, nie wiem ile godzin materiału znalazło się na taśmie, nie wiem ilu montażystów musiało odpaść, zanim ten film doszedł do skutku! Ale udało się i tylko żałujemy, że nie zostaliśmy do końca. Chyba mieliśmy coś wtedy do załatwienia.

Smyk: Ale polecamy jak najbardziej, jak i starszą twórczość tego dokumentalisty, z którą też obcowaliśmy na festiwalu.

Plakat: IMDb

Kunach: Jeśli już jesteśmy przy dokumentach, to wypada pochwalić comeback naszego bydgoskiego twórcy Marcina Sautera – Żalanasz. Piękna rzecz o upadłym relikcie radzieckiej gospodarki nad wyschniętym Jeziorem Aralskim.  Bałem się o to, jak zostanie przyjęty przez widzów festiwalu, ale w końcu dostał główną nagrodę w Konkursie Krótkich Dokumentów!

Smyk: Jeden z filmów, których przegapienia najbardziej żałuję. Drugim są Ptaki śpiewają w Kigali Krauzów, ominęły mnie drugi festiwal z rzędu!

Kunach:  Widziałem. Film o badaczce, która przyjmuje uciekinierkę z Rwandy, mimo że się nie znoszą.  Wiadomo, nie można lubić każdego. W filmie najbardziej interesująca była postać polskiej badaczki, grana przez Jowitę Budnik. Świetnie zagrana, napisana – doświadczona przez życie, z trudnym charakterem – ona często była tą problemową osobą w rozmowie. Ale jej poświęcono tylko pierwszą połowę filmu, druga z powrotem do Rwandy i pochówkiem rodziców uciekinierki okazała się przeraźliwie nudna i zupełnie nie wybrzmiała emocjonalnie. Parę fajnych, dokumentalnych ujęć i niewiele więcej.

Plakat: IMDb

Smyk: Motyw znalezienia się w obcym kraju… to też Pomiędzy słowami Urszuli Antoniak.

Kunach: Mi się bardzo podobał, bo lubię Gierszała, ale nie wiem czy go do końca zrozumiałem. Może dlatego wydaje mi się mądrzejszy, niż faktycznie jest. Ale to ciekawa historia o imigracji, jedna z niewielu, gdzie można mówić o całkowitej asymilacji z inną kulturą już w pierwszym pokoleniu. Zawsze jak się robi jakieś sagi rodzinne np. o imigrantach w Ameryce, to da się odczuć, że dopiero po kilku pokoleniach traktuje się przybyłych jak „swoich”. A tu jest historia o młodym Polaku, który staje się Niemcem, bo może…

Smyk: Dopóki na jego drodze nie pojawia się ojciec (Andrzej Chyra), kwintesencja „polskości”. Mi nieszczególnie ten film podszedł, uwagę przyciągały głównie piękne, czarno-białe kadry. Za bardzo budził skojarzenia ze stylem kina Jarmuscha, z którym rzadko się lubię. Uderzyła mnie monotonia i brak rozwinięcia dla niektórych wątków – uchodźczego, romantycznego.

Kunach: Tak naprawdę najważniejszy w filmie jest ten jeden dialog Chyry z Niemcem i zapośredniczeniem tłumacza (coś jak analogiczna scena w Lost in Translation, zresztą tytuł polski niemal identyczny). Świetne ukazanie specyficznej walki narodów, głęboko skrywanego jadu prawie wychodzącego na światło dzienne, ale przepuszczonego przez politycznie poprawne tłumaczenie.

Smyk: Szanuję niekonwencjonalność tego filmu, ale po seansie odczułem mimo wszystko pewną pustkę.

Foto: IMDb

Kunach: Widziałem jeszcze wiele ciekawych etiud czy świetne technicznie Sweet Country, tak naprawdę moglibyśmy rozmawiać jeszcze długo, nasze doświadczenia na Camerimage są zawsze bogate. Co dla nas definiuje ten festiwal, jeśli nie tylko filmy?

Smyk: Klaskanie i bankiety!

Kunach: Klaskanie na reklamach totalnie, tradycja od lat! Przed każdym filmem gromkie owacje na każdym spocie sponsorów festiwalu…

Smyk: Nie na każdym!

Kunach: No tak, na TVP buczeliśmy. Ale Bakusie to był hit. A bankiety to już w ogóle super sprawa, wbijanie bez zaproszenia na darmowe jedzonko i alkohol. A potem jeszcze jakiś after w klubie festiwalowym.

Smyk: Ja nie pamiętam za wiele z klubu Jetlag…

Kunach: (śmiech) Ale musisz pamiętać tę okropną muzykę! Codziennie to samo, mimo że miał być inny DJ każdego dnia. Remiks Falling z Twin Peaks, kawałki Dylana w tej samej kolejności i Highway to Hell… Czwartego dnia mieliśmy sytuację, gdzie jedna koleżanka trzymała drugą, która chciała rozwalić głośnik. Serio, ta powtarzalność doprowadzała do szaleństwa.

Smyk: Ale liczą się ludzie, a takich jak na Camer nie ma nigdzie indziej.

Kunach: Nie ma tu jakichś poważnych producentów w smokingach, którzy chcą cię wciągnąć do wytwórni, tylko studenci, artyści i entuzjaści, lubiący się dobrze bawić.

Smyk: I David Lynch! Świetne spotkanie po kinowym seansie pierwszych dwóch godzin nowego Twin Peaks. Jeśli widzieliście jakikolwiek wywiad z Lynchem, wiecie jaki to typ człowieka. Żyje w swoim własnym świecie, odpowiada zdawkowo i nie lubi głupich pytań. Mimo to fascynuje ludzi równie mocno, jak jego twórczość.

Foto: Wyborcza

Kunach: Ja się odważę powiedzieć, że nie rozumiem do końca takiego kultu jednostki wokół człowieka, wynikający z tego, że nie obchodzi go kreowanie wizerunku medialnego. Taki Tarantino chociaż się stara, żeby mieć dobrą personę publiczną i ja to bardziej szanuję.

Smyk: Byłem też na spotkaniu z Laną Wachowską o serialu Sense8, które sprowadzało się do tego, że ona nawijała jak najęta o anegdotkach produkcyjnych przez 1,5 godziny, a osoby biorące z nią udział w panelu powiedziały może po zdaniu. Przyjemnie się słuchało tak gadatliwej osóbki, ale niewiele było w tym dyskusji jak na panel „Let’s talk about Sense8”. Oczekiwałem też, że wejdzie trochę na tematy społecznego odbioru tego serialu, dlaczego pomimo dużego budżetu, niezłej kampanii reklamowej i nazwisk Wachowskich trafił głównie do mniejszości LGBT i został skasowany po dwóch sezonach. Ale poza tym to było bardzo przyjemnie spędzony czas.

Kunach: Wszelkie warsztaty, seminaria…

Smyk: Byliśmy na ciekawym wykładzie o perspektywach dla autorów zdjęć w grach komputerowych, gdzie mówił m.in. DOP nowego God of War.

Kunach: Tyle wrażeń! A ty słyszałeś, że podobno za rok Camerimage już nie będzie w Bydgoszczy? (śmiech)

Smyk: Co roku tak mówią!

Kunach: I kiedyś rzeczywiście przeniosą i wtedy każdy powie „A nie mówiłem!”, żeby zabłysnąć.

Smyk: Dopóki nie przyjmą tu Kevina Spacey’ego, jestem na pokładzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *