BoJack Horseman, czyli poradnik niebycia bucem

Gdyby ktoś jeszcze kilka miesięcy temu powiedział mi, że antropomorficzny koń z internetowej kreskówki stanie się dla mnie najciekawszym, najlepiej napisanym antybohaterem w popkulturze, prawdopodobnie byłbym bardzo sceptyczny, może nawet wyśmiałbym tę sugestię. Teraz wiem, że to stwierdzenie wcale nie jest dalekie od prawdy, a BoJack Horseman okazał się postacią równie odpychającą, co boleśnie bliską.

Back in the 90’s…

Zacznijmy może jednak od podstawowego pytania – skąd w naszej kulturze wzięło się to ogromne zainteresowanie antybohaterami i dlaczego tak bardzo lubimy śledzić ich losy? Jeśli chcemy się pobawić w lekcję historii, nietrudno zauważyć, że nie jest to bynajmniej nowe zjawisko. Możemy cofnąć się do historii powieści, do Cervantesa, fascynacji „prozą życia”, zwyczajnością niedoskonałych bohaterów powstałą w opozycji do przepoetyzowanej sztuki wysokiego języka i konwencjonalnych wzorców. Możemy pójść jeszcze dalej, dramaty Szekspira z niezliczonymi przykładami, od prawych ludzi sprowadzonych na złą drogę (Makbet) do amoralnych psychopatów bezczelnie zwracających się do nas bezpośrednio i czyniących nas współwinnymi swojej zbrodni (Ryszard III). Ale cholera, przecież postaci niedoskonałych, skażonych tragicznymi wadami i zaniechujących heroicznych działań możemy się doszukać już w antycznych tragediach i poematach!

Tak naprawdę jest to więc fenomen co najmniej tak stary jak sama sztuka. Minęło jednak trochę czasu, zanim na dobre skrystalizował się w obiegu kultury popularnej. W kinie zalążków możemy się doszukać w filmach noir lat 40. i 50., głęboko związanych z powojennymi nastrojami egzystencjalnymi, adaptacjach powieści kryminalnych, z archetypicznymi postaciami cynicznych, niestroniących od używek detektywów. Był to jednak znaczący wyjątek w zachowawczym, pruderyjnym, jednym słowem – Haysowskim Hollywood. Dopiero na przełomie lat 60. i 70., w dobie liberalizacji obyczajów, społecznej kontestacji wobec konserwatywnej moralności, pociągający outsider wychodzący naprzeciw normom społecznym przeżywa swój renesans. Bonnie i Clyde Penna, Nocny Kowboj Schlesingera, Francuski Łącznik Friedkina, Ojciec Chrzestny Coppoli, Taksówkarz Scorsese – tytuły można wymieniać bez końca.

HBO

A telewizja? Trochę dłużej to potrwało, większość nie zaprzeczy, że początek serialowego antybohatera to rok 1999 i premiera Rodziny Soprano. Wielkie to było ryzyko dla prywatnej stacji kablowej, wyprodukować serial przeznaczony wyłącznie dla widzów dorosłych, pełen niepokojących psychopatów służących za bohaterów, których nie można było podsumować jedną cechą czy charakterystycznym powiedzonkiem jak w sitcomie, których losy należało śledzić na bieżąco, by w pełni zrozumieć meandry umysłu Tony’ego Soprano i zamiary jego ferajny. Potem poszło już z górki – Deadwood, Dexter, Mad Men, Breaking Bad, Gra o Tron, House of Cards… Jest tego na pęczki. W dobie świata masowej atrakcji, różnorakich źródeł rozrywek w multipleksach, konkurencyjnych stacjach telewizyjnych i serwisach streamingowych, gdy walka o odbiorcę jest bardziej zacięta niż kiedykolwiek, trzeba reagować szybko. Jeśli ludzie tak namiętnie oglądają tych antybohaterów, nieistotny jest teraz powód, dopóki istnieje popyt, takie zjawisko może funkcjonować bez końca, trzeba produkować tego jak najwięcej.

I’m more horse than a man

Więc możemy dojść tym tropem do wniosku, że złożony psychologicznie, moralnie ambiwalentny bohater to już niemal telewizyjna klisza, temat tak przeżarty jak zombie czy superhero. Co więc według mnie czyni BoJacka tak wyjątkowym na tle wszystkich innych?  Dlaczego tak mi zależy, żebyście rzucili wszystko i zagłębili się w perypetie egocentrycznego gwiazdora sitcomu, zmagającego się z przemijającą sławą, do tego będącego gadającym koniem? Oczywiście poza tym, że to rewelacyjny serial, który po pierwszych kilku nieudanych odcinkach (będących mało błyskotliwą satyrą na Hollywood pełną banalnych żartów na bazie motywów zwierzęcych), szybko wykonuje kolosalny skok jakości, wznosząc się na dramatyczne wyżyny. Multum barwnych i rozbudowanych bohaterów, autentycznie emocjonalne zetknięcia z ich życiowymi tragediami, problematyka egzystencjalna, nieustanne eksperymentowanie z formą oraz cięte, inteligentne i uczciwe głosy w ważnych społecznie debatach (molestowanie seksualne, aborcja, dostęp do broni) – to wszystko zaoferował nam BoJack Horseman w swoich czterech sezonach.

Ale wrócmy do samego BoJacka. Z początku zapowiada się jak chodzący szablon – aktor sitcomu, którego czasy świetności minęły, z traumatycznym dzieciństwem, zatapiający smutki w morzu alkoholu i kokainowych równinach. Jest definicją osoby toksycznej, swoim gigantycznym ego i niedostatkiem empatii sabotuje wszystkie relacje w swoim życiu. Nie potrafi cieszyć się z sukcesów innych, wykazuje całkowity brak zainteresowania ich potrzebami emocjonalnymi i nigdy nie przyznaje się do błędu. Wystarczy przypomnieć sobie druzgocący odcinek That’s Too much, Man!, w którym bohater podczas ciągu alkoholowego dołącza do AA i całkowicie partoli krok polegający na przeproszeniu wszystkich dotkniętych przez jego pijaństwo. Kończy się to jakąś kompletną farsą, w której pomiędzy kolejnymi urwanymi filmami, BoJack bełkocze coś przypominającego raczej dukanie wyuczonych formułek, „wzbogaconych” niedyskretnym obwinianiem skrzywdzonego, niż faktyczną skruchę. Całość zostaje spuentowana jeszcze bardziej przygnębiającym finałem, którego nie zdradzę.

ajoshjacobs.wordpress.com

Co jednak niezwykłego serial robi dla tego bohatera? Nigdy nie wybacza. Nigdy zbyt długo nie pochyla się nad ciężkim brzemieniem bycia BoJackiem, nie usprawiedliwia jego zachowania. Pokazuje nam jak głęboko zakorzeniona jest jego nienawiść do samego siebie, jak bardzo pragnie zmiany, ucieczki z emocjonalnego marazmu, bycia godnym miłości i udowodnienia swojej wartości jako człowieko-konia, ale zawsze zostaje to ostatecznie skonfrontowane z bólem, jakiego kosztem jego patologicznej osobowości, doświadczają inni. Zawsze jest ta chwila otrzeźwienia, kiedy już myślisz, że przyszedł moment choć trochę kompensujący, że on jednak się czegoś nauczył… a potem zdarza się coś, co jednoznacznie nam przypomina „No tak, to jednak BoJack”. Wszystkie działania jakie podejmuje w serialu, mają realistyczne konsekwencje, co widać nawet na poziomie zmieniającej się czołówki, w której stale wprowadza się wariacje w otoczeniu dryfującego BoJacka – od szkód materialnych, do kurczącego się towarzystwa. Choć tak jak w przypadku prawdziwych toksycznych osób, bardzo często ofiary zaciskają zęby, skrywają traumę głęboko na tyle ile mogą i wracają do swojego krzywdziciela, w nadziei, że coś się zmieni, to prędzej czy później ten zapijaczony kobieciarz musi zostać ze wszystkiego rozliczony.

Owszem, istnieje emocjonalnie niszczycielski odcinek Fish Out of Water, w którym umieszczony w podwodnym limbo bohater wydaje się zdolny do czynów, których byśmy się po nim się spodziewali. Jest to jednak obudowane kolejnym poziomem ironii. Dopiero pozbawiony wszystkiego, co daje mu oparcie – używek, zdolności werbalizowania swoich uczuć (pozornie), kontaktu z bliską osobą, a raczej możliwości zduszenia jej swoim ego i wymuszenia na niej litości, dopiero wtedy BoJack jest w stanie wziąc odpowiedzialność za swój los i zrobić coś niezupełnie egoistycznego. Jednak wystarczy jedno niepowodzenie, jedna rzecz nie po jego myśli, jedna sugestia, że może nie było warto chować dumy do kieszeni, by BoJack znów okazał się BoJackiem.

Giphy

Everybody loves you, but nobody likes you

Prawda, inne podobne dzieła kultury również nie stronią od moralnego potępiania czynów swojego bohatera, od ukazania nam jego prawdziwej twarzy. Jednak prawie zawsze jest ten element gloryfikacji. Fascynują nas antybohaterowie tak samo, jak ludzi urzekają prawdziwi psychopaci, którymi bardzo często te postacie są. Są inteligentni, charyzmatyczni, odnoszą wiele sukcesów. Reprezentują nasze jungowskie cienie, wewnętrzne pragnienia złamania konwencji społecznych i zrobienia czegoś niedobrego. Oglądając antybohaterów, żyjemy drugim życiem poprzez nich, nie możemy wyjść z podziwu, że to ludzie zupełnie tacy jak my. Jak podobni moglibyśmy do nich być, gdybyśmy mieli jaja uciec od etosu przeciętniaka!

Joe.ie

I tu wchodzi dostrzegalny szczególnie w internetowych społecznościach fenomen, który bardzo mnie niepokoi. Ludzie, którzy do reszty poddają się ekranowej iluzji, wypaczając swoje poczucie moralności. Nihilistyczne anony rodem z 4chana, samozwańcze Ricki Sanchezy. Obrońcy Waltera White’a, przy każdej okazji przypominający wszystkim, jaka z tej Skyler suka, że nie pozwala, by jej mąż stale ją okłamywał i sprowadzał na rodzinę śmiertelne niebezpieczeństwo. Ludzie, którzy oglądają filmy Koterskiego i potem dumnie stwierdzają, że są dokładnie jak Miauczyńscy, że Dzień świra to ich życie, wkurwiają ich te same rzeczy, bo należą do wyższej kategorii człowieka pośród bezmyślnej masy. Znajdując w ten sposób potwierdzenia dla swojej  mizantropicznej wizji świata, życiowego marazmu, nie czują już potrzeby cokolwiek zmieniać, bo ta fikcyjna postać staje się dla nich oparciem.

Powyższy post trafia w sedno, choć mam małe zastrzeżenie, co do fragmentu o identyfikowaniu się z bohaterami o negatywnych cechach. Utożsamianie się z uczuciami bohatera ≠ solidaryzowanie się z nim moralnie. Możemy znajdować emocjonalne punkty wspólne ze złą osobą i to nie znaczy, że stajemy się tacy jak ona. To co odczuwa BoJack jest znajome dla wielu odbiorców, może nawet uniwersalne. Niskie poczucie wartości, zmaganie się z odrzuceniem, rozczarowaniem, nieudanymi związkami, napiętymi relacjami z rodziną czy ogólne poczucie nikłego znaczenia naszych działań na rzeczywistość. I nie zapomnijmy oczywiście, że BoJack jest osobą chorą. Cierpi na przypadłość niepokojąco powszechną w naszym społeczeństwie.

You stupid piece of shit

BoJack ma depresję. Wszystkie objawy są na miejscu – chroniczny brak motywacji do działania, jednostajny nastrój, poczucie beznadziejnej bezcelowości obejmujące wszystko od relacji społecznych, do najprostszych codziennych czynności, ciągłe zmęczenie i zaniechanie wszelkich spontanicznych działań. Psychologiczny realizm został już wielokrotnie doceniony przez krytykę, o BoJacku mówiło się w kontekście najwierniejszych przedstawień tej choroby. Ludzie, którzy jej doświadczyli lub doświadczają, widzą w BoJacku odbicie swojego cierpienia, zrozumienie, co widać po licznych wypowiedziach i artykułach na ten temat.  Prawdopodobnie szczytowy poziom twórcy osiągnęli w szóstym odcinku najnowszego sezonu, wzbogacając codziennie perypetie konia swoistym strumieniem świadomości, w tragikomiczny sposób obrazujący nam to, z czym ten człowiek się zmaga na co dzień. Psychologiczne samobiczowanie, ciągłe kwestionowanie samego siebie, natrętne myśli urastające do rozmiarów egzystencjalnych kryzysów, niekończąca się walka autodestrukcyjnych instynktów.

Sezon czwarty jest szczególnie interesujący przez to, że jest tym, który najintensywniej drąży problem pt. „Czy on może się zmienić?”. BoJack staje się jeszcze bardziej autorefleksyjny, w końcu uświadamiając sobie, że nigdy nie ucieknie od tego kim jest. Rozwiązania w rodzaju zmiany otoczenia nie poskutkują. Musi zdać sobie sprawę, że tylko zdradzając siebie, robiąc to czego jeden z tych głosów w głowie nigdy nie byłby w stanie, czyniąc z „typowego BoJacka” swoisty antywzorzec dla samego siebie, może poczynić jakieś zmiany.

Go talk to her, Idiot. Drink first! NO! You stupid alcoholic. Talk to your daughter. You’re ruining her. You know that right? Your poison is already in her, there’s nothing you can do! That’s not true! Yeah, it is! You stupid piece of shit. You’re a real stupid piece of shit, and everywhere you go you destroy people! ‚Course your mother never loved you! What do you expect? (…) WHAT ARE YOU GONNA DO ASSHOLE? SHUT UP!

Tą drogą dotarliśmy do najważniejszej dla mnie funkcji antybohatera. Mamy nieskończoną ilość pozytywnych wzorców w kulturze, ale czy one pomogły nam nie popełniać błędów w swoim własnym życiu? Może czasem potrzebujemy czegoś dokładnie odwrotnego, tego antywzorca właśnie. Kogoś na wskroś niedoskonałego, ale w ludzki sposób, kogoś w kim możemy się przejrzeć i zastanowić się, jak wiele wad z nim dzielimy. Dla mnie właśnie BoJack stał się takim antyideałem. Widząc jak wiele analogicznych myśli znajdowałem w jego i swoim życiu wewnętrznym, mogłem wiele nauczyć się na temat tego, jak to może się przekładać  na… po prostu bycie chujową osobą. Mając tego świadomość, można pewnych zachowań łatwiej unikać.

Foto: thepicta

I często później łapałem się na tym, że w różnorakich sytuacjach życiowych mówiłem sobie: „Czy w ten sposób zareagowałby BoJack, czy tak by się zachował?”. Jeśli odpowiedź była pozytywna, naturalnie przychodziła autocenzura: „W takim razie zrób coś dokładnie odwrotnego, coś czego on by nie potrafił. Jeśli popełniasz jakiś poważny błąd w relacji z ważną dla Ciebie osobą, nie odcinaj się, nie oczekuj, że problem sam zniknie, że odejdzie w zapomnienie, tylko podejmij próbę naprawienia tego, zrób chociaż mały gest, na który ten konio-człowiek nie potrafiłby się zdobyć.”

Taką rolę BoJack spełnił lepiej niż niemal jakikolwiek inny fikcyjny bohater, jakiego poznałem. Dlatego zachęcam każdego do zapoznania się z tym telewizyjnym bohaterem, bo może i dla Was codzienne problemy humanoidalnych, animowanych zwierząt z Hollywoo, okażą się jednymi z najważniejszych dzieł sztuki, jakie kiedykolwiek przeżyjecie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *